Jak synowa z teściową

„Rodzice są ośćmi, na których dzieci ostrzą sobie zęby.”
/ Peter Ustinov /

Parafrazując piosenkę Kabaretu Starszych Panów iż „niełatwe jest życie staruszka” można by zanucić równie dobrze, że niełatwe jest życie teściowej już choćby z samej tylko nazwy..

Nie ma bowiem żartu, w którym największą radość sprawia zięciowi lub synowej kiedy teściowa wyjeżdża , a najlepiej w ogóle oddaje ducha Panu – wreszcie jest gwarancja, że w domu zapanuje święty spokój…

Skąd się wzięło takie negatywne nastawienie do tego akurat członka nowej rodziny nie wiadomo, ale widać, że coś musiało być kiedyś na rzeczy, skoro aż tak bardzo utrwalił się jego zły obraz…

Magdalena Stankowska, doktorantka badająca właśnie zależności między synowymi a teściowymi przybliżyła temat SuperBabciom i SuperDziadkom w trakcie kolejnego ich spotkania na warszawskim Ursynowie.

Przy okazji prześledzono jak sprawa ta ma się w innych obszarach kulturowych. Modele kontaktów synowych i teściowych w Skandynawii, Włoszech, Japonii, Indiach i krajach arabskich pokazały iż najbardziej jesteśmy podobni do Skandynawów, natomiast Boże broń przed Indiami i krajami arabskimi choć w Japonii też nie byłoby lekko. W Indiach nadal obowiązuje, choć niby nie formalnie, ale zwyczajowo się go wymaga, tak zwany posag, który jeśli jest mały to synowa ma kiepską sytuacje rodzinie, a w skrajnych przypadkach może nawet ponieść śmierć – ok. 7 tysięcy rocznie młodych dziewczyn spotyka ten los wg oficjalnych danych, a nieoficjalnych może być ich trzy razy więcej… Włosi znów – „mamma mia” – kochają swoje matki nade wszystko, długo mieszkają z nimi i potem także „mamma” jest nierozerwalnie związana z rodziną syna… Zakwefione Arabki to nadal niewolnictwo kobiet , z którego nie tak prędko da im się wyjść…

W którym momencie mama drugiej strony staje się teściową ? Wychodzi na to, że od momentu ślubu dzieci, gdy już zalegalizują swój związek, choć bywa, że związek nie jest zalegalizowany, ale młodzi żyją jak małżeństwo i mają dzieci, wtedy teściowa też jest teściową za obopólną zgodą…

Jak poznać dziewczynę swojego syna, z którą ma zamiar stworzyć rodzinę i związać swoje życie ? Dla teściowej najlepsza sytuacja jest wtedy kiedy pierwsze spotkanie odbywa się u niej w domu, czuje się wtedy bezpieczniej, jest „u siebie”, ale też ciąży na niej większa odpowiedzialność jak spotkanie to wypadnie choćby w postaci „przypalonego” z nerwów ciasta… Bardziej jest zdenerwowana jednak druga strona … Oczywiście w każdym przypadku może być inaczej…

A jak już jest po weselu czyli jak się gwarowo mówi „po ptakach” zaczyna się życie w nowej konfiguracji, w której każda ze stron musi stanąć oko w oko z nowa sytuacją, zmierzyć się z nią i zacząć funkcjonować na innych zasadach…

I tak „cóż my widzim panie dobrodziku”, jak mawiał pułkownik Marian Kuźniewicz, zdobywca przyczółku San Angelo we Włoszech w czasie bitwy o Monte Cassino co otworzyło aliantom drogę na Rzym…Ano widzimy, że różnie się te stosunki układają, nie zawsze , niestety, pomyślnie…

Młodzi to odrębna rodzina i to oni ustalają zasady na jakich będą funkcjonować. Po ślubie następuje tzw. odcięcie pępowiny i niedopuszczalny jest wtedy tzw. szantaż uczuciowy, zazdrość, nastawienie odgórne na „anty”, młodzi powinni mieć wolność wyboru.

Badania, które przeprowadziła pani Stankowska, w których wzięło udział 80 synowych i 80 teściowych plus przeprowadzono 40 wywiadów pokazały, że teściowe dużo lepiej oceniają swoje relacje z synowymi niż synowe z teściowymi. Synowe w większości nie zaliczają teściowych do osób najbliższych…. Duże rozbieżności pojawiają się kiedy na świat przychodzą wnuki…

Dalszy ciąg tematu będzie pod koniec listopada- wtedy dowiemy się jak być asertywną i radzić sobie z krytyką w obopólnej relacji…

A na zakończenie właśnie o trudnej roli teściowej choćby niebo chciała przychylić: Zięć widząc teściową w drzwiach pyta – mamusia na długo przyjechała? Na tak długo jak tylko chcecie – odpowiada teściowa. – To mamusia się nawet herbaty nie napije?

Bajka prawdę ci powie….

„Dzieciństwo pełne miłości pozwala przeżyć
połowę życia w tym zimnym świecie”. /Jean Paul/

Był sobie mały jeżyk.

Wydawało mu się, że jest największą niezdarą na świecie, że nic nie umie, nie potrafi,
że wszyscy będą śmiali się z niego i nikt nie będzie chciał się z nim przyjaźnić. Było mu coraz smutniej… Ale nikt nigdy nie jest zostawiony sam sobie! Wystarczy udać się na wędrówkę, a wtedy zawsze kogoś się spotka. Na przykład dobrego człowieka, który pokaże nam, że jest całkiem inaczej! I tak właśnie stało się z jeżykiem. Dzięki takiemu spotkaniu i uświadomieniu mu przez dobrego człowieka ile ma zalet i umiejętności z zalęknionego stał się odważnym i pełnym radości mieszkańcem lasu i to w dodatku przynoszącym szczęście innym!

Tak właśnie brzmi bajka terapeutyczna, oczywiście w ogromnym skrócie, napisana dla małego Sebastiana, który był jak ten jeżyk – niepewny siebie, zalękniony, przekonany, że wszyscy inni są lepsi od niego…

W świat bajki o właściwościach terapeutycznych wprowadziła uczestników Szkoły SuperBabci i SuperDziadka na warszawskim Ursynowie Marta Pędzieszczak, instruktorka dramy, baśnioterapii oraz terapeutycznych zajęć plastycznych.

Przenieśliśmy się wszyscy w ten niepowtarzalny świat pełen nieprawdopodobnych zdarzeń, w którym wszystko jest możliwe i musi skończyć się dobrze…Wyobraźnia zaczęła pracować na najwyższych obrotach! Kiedy po wykładzie i zapoznaniu się z zasadami pisania bajki terapeutycznej, czyli takiej, która spowoduje iż dzieci zaczną wierzyć w siebie, porzucą swój lęk i tremę, zaczną czuć się dobrze z rówieśnikami i nie będą bać się odrzucenia, dostaliśmy za zadanie napisania takiego tekstu powstały piękne opowieści, które przy okazji uświadomiły wszystkim prawie iż drzemie w nich niekwestionowany talent literacki! I tak powstały bajeczki o pingwinkach, które podbierały sobie zabawki, misiu, którego bolał brzuszek, sarenki, która wydawała przyjęcie, piesku, który jest teraz w chmurach, zazdrosnych o siebie braciszkach, przepraszam jeśli którejś nie wymieniłam, ale wszystkie były naprawdę urocze i mądre i przede wszystkim pozwalały odzyskać dzieciom wiarę w siebie i nauczyć je właściwego postępowania!

O tym, że takie bajki są potrzebne mówią już same statystyki. Dzieci mają coraz częściej zaburzenia w sferze psychiki, są agresywne, zaborcze, mają zaburzenia snu, tłumią emocje, mają trudności w wyrażaniu swoich potrzeb… W pewnych przypadkach jest to uwarunkowane genetycznie, ale większość to wina dorosłych. Przyczyny tego są społeczne takie jak błędy wychowawcze gdy raz dziecku się pozwala na dużo, a zaraz wprowadza ostry rygor, rodzice zaniedbują dziecko uczuciowo, struktura rodziny jest zaburzona, znerwicowana.

W bajko terapii bajki nie powinny zawierać morału, przez to stają się bardziej podobne do baśni, w których właśnie nie ma morału… Baśń jest pięknym snem, w którym dziecko może oddać się takiej fantazji jaką tylko umysł dziecka może stworzyć…

Bajki terapeutyczne dzielimy na relaksacyjne gdy np. dziecko ma iść do dentysty i boi się, musimy je wyciszyć, wtedy w bajce pojawia się wiatr, woda, przenosimy je w inny świat i edukacyjne kiedy chcemy coś tym osiągnąć np. aby zaczęło jeść widelcem.
Bajki terapeutyczne generalnie są po to aby pomóc dziecku w rozwiązywaniu jego problemów. A tych problemów w jego malutkim wydawałoby się życiu jest bez liku, z którymi musi się uporać. Zazdrość, potrzeba dominacji, zbyt wybujała wyobraźnia, męczące sny, kłótnie dorosłych, strach przed wyśmianiem, przed wyjściem z domu. Bywa, że używają w obronie własnej piąstek czyli biją na przykład kolegów w przedszkolu. Jak wytłumaczyć dziecku, że nie zrobiło nic złego bo przecież nie rozumie jeszcze do końca swojego postępowania i nie umie powściągnąć swoich emocji? Uczymy dziecko tak: powiedz swoim rączkom żeby ciebie słuchały kiedy przyjdzie ci uderzyć kolegę – „moje rączki słuchajcie mnie”- bo to nie ty bijesz tylko twoje rączki, a zatem musisz je nauczyć posłuszeństwa…

A wierszyk, który jest w materiałach, które dostaliśmy od pani Marty, do których nie raz pewnie w zaciszu domowym wrócimy i dla nas dorosłych jest drogowskazem:
Każ-dy coś u-mie
u-miesz i ty
po-wiedz, co u-miesz
lub po-każ mi.

Babcia przed babcią

„Dzieci to goście, którzy pytają o drogę” / przysłowie indyjskie/

Zacznę od takiej anegdotki: tatuś zapowiada synkowi, że zaraz przyjdzie babcia. Synek pyta – która ? Ta w okularach czy ta, która przynosi prezenty ?

Kiedy wnuczek czy wnuczka mają przyjść na świat babcie i dziadkowie nie posiadają się z radości! I o ile dziadek już widzi siebie jak wnukowi pokazuje swoją kolekcję modeli samolotowych, wprowadza go w tajniki gry w szachy i dyskutuje o najnowszych markach samochodów, wnuczkę zaś uczy jeździć na łyżwach i czyta jej bajki o księżniczkach tak babcie odzyskują nagle wigor młodości i czują się jakby macierzyństwo znów stawało się ich udziałem! Rzucają się zatem do pomocy przy przewijaniu, karmieniu, kąpaniu co ponoć jest jednym z najszczęśliwszych zdarzeń w życiu człowieka – kąpanie niemowlęcia! Pomoc taka w pierwszych miesiącach życia dziecka gdy młoda matka oswaja się z macierzyństwem i wynikającymi stąd obowiązkami jest bardzo pomocna i bezcenna, ale z czasem zaczynają się problemy….

Bo oto zaczyna się współzawodnictwo babć ! Każda chce być tą kochającą najbardziej, dającą najbardziej skuteczne rady, umiejącą zająć się najlepiej maleństwem zgodnie ze swoim doświadczeniem, mądrością i intuicją. Z czasem zaczyna się nierówny podział ról…. Bo oto jedna właśnie uznała, że skoro jest matką córki to razem lepiej się komunikują, znają i łatwiej im dogadać się co do pielęgnacji i zabawy z dzieckiem, i że dzieci jej córki są jakby jej dziećmi, druga zaś, matka syna uważa , że są to dzieci jej syna, a więc tak samo jak własne!

A co mówią na ten temat naukowcy ? Wg Preceedings of the Royal Society babcie najbardziej kochają córkę swego syna. O tym decyduje DNA. Zdaniem naukowców z Cambridge Uniwersity babcie posiadają więcej wspólnych genów z córką swojego syna niż z innymi dziećmi w rodzinie. Babcię z córką syna łączy 31 % wspólnych genów, a z synem syna tylko 23 %. Wnuki po córce plasują się w środku stawki – mają ok. 25 % wspólnego DNA z babcią /dane z internetu/.

Naukowcy naukowcami, a życie życiem… Geny i DNA to jedno, a urocze maluchy to drugie i chęć obcowania z wnuczkami i wnukami jest jednym z najsilniejszych instynktów! Wnuki to przedłużenie naszego życia jeszcze o jedno pokolenie nie mówiąc o tym, że jest jakaś niesamowita łączność między tymi najstarszymi, a najmłodszymi. Edyta Stein tak to określiła : „ Człowiek z natury swej odczuwa sympatię do własnych dziadków, a niechęć do rodziców. Rodzice są za blisko, hamują człowieka, a człowiek chce być sam”.

Kiedy wnuki dorastają manipulacja z miłością zaczyna być coraz bardziej niebezpieczna… Zaczyna się przeciąganie na swoją stronę m.in. poprzez prezenty, obiecywanie kupienia czegoś czego rodzice nie chcą kupić, potajemne dawanie kieszonkowego i ukrywanie drobnych przewinień. I tak ta babcia, która „ ma okulary” i w związku z tym ciekawy wewnętrzny świat i mogłaby wiele dziecku opowiedzieć, zainteresować go czymś, odkryć w nim jego zdolności, podyskutować o nurtujących go sprawach jest „gorszą babcią” bo to co mogłaby w danej chwili dać w sferze ducha wydaje się niewymierne w porównaniu z wymiernymi korzyściami materialnymi.

Rodzi to niesnaski w rodzinie bo jak powiedzieć jednej babci, że jej postępowanie jest w sumie z krzywdą dla dziecka, a drugą pocieszyć, że też jest kochana i jej czas jeszcze nadejdzie… Wnuki bowiem dorastają, zaczynają same oceniać otaczający je świat, na swoich błędach uczą się systemu wartości, czasami długo to trwa…. Zdarza się, że babci już nie ma na świecie gdy nagle uświadamiają sobie, że to babcia przekazała im swoje talenty i zdolności, że przestrzegała przed czymś co ich spotkało bo kiedyś ją spotkało coś podobnego i że miłość nie tylko prezentami się mierzy….

Będą odszukiwać pamiątki po babci i dziadku, przypominać sobie ich powiedzonka
i zwyczaje aż sami staną się rodzicami, a ich rodzice dziadkami bo życie po spirali się toczy….

Niech twoja wartość będzie z tobą…

„Nie znam bardziej optymistycznego faktu niż ludzka zdolność do ulepszania życia dzięki świadomemu działaniu. Jeśli ktoś z ufnością podąży za swoimi marzeniami i postanowi prowadzić życie, które sobie wyśnił, bardzo szybko osiągnie niespodziewany sukces.” /Henry David Thoreau 1817 – 1862 /

Słowo, które zrobiło ostatnio „karierę” i powtarzane jest coraz częściej to „asertywność”. Raz po raz wszelkie publikacje o doskonaleniu swojej osobowości nakazują, aby być asertywnym, to znaczy nie bać się powiedzieć „nie”, kiedy nie zgadzamy się z czymś, ale zrobić to w taki sposób aby nie obrazić nikogo , a przede wszystkim samego siebie…

Z wielką ciekawością zatem słuchali uczestnicy Szkoły SuperBabci i SuperDziadka na warszawskim Ursynowie wykładu Teresy Kankiewicz „Jak być asertywnym, jak sobie radzić z krytyką ?”

Słowo „asertywny” pochodzi od angielskiego co znaczy „wiara w siebie.” Sama asertywność ma wiele definicji, a zatem może to być umiejętność posiadania własnego zdania i jednocześnie odwagi w wyrażaniu go, ale bez przekraczania praw innych ludzi i krzywdzenia ich, umiejętność odmawiania nie raniąc innych, umiejętność przyjmowania pochwał i komplementów, jest to także obrona własnych praw w sytuacjach społecznych, umiejętność wyrażania swoich emocji w sposób bezpośredni w granicach nie godzących w godność innych …

Człowiek asertywny jest wrażliwy na innych ludzi, ale jest stanowczy w swoich decyzjach, dba o swoje interesy, ale nie należy mylić tego z egoizmem. Swobodnie ujawnia siebie innym, wyraża otwarcie swoje myśli, uczucia, pragnienia, śmiało bez paraliżującego lęku, akceptuje swoje ograniczenia, niezależnie od tego czy w danej sytuacji udało mu się odnieść sukces czy też nie. Potrafi powiedzieć „nie”, zażądać czegoś co mu się należy, dochodzić swoich praw i egzekwować je, nie lęka się nadmiernie oceny, krytyki czy odrzucenia. Pozwala sobie na błędy i potknięcia, dostrzegając jednocześnie swoje sukcesy i mocne strony.

Musi znać swoje osobiste prawa, które są następujące:
-Mogę robić to co chcę dopóki to nie krzywdzi innych
-Mam prawo do szacunku ze strony innych nawet jeśli mówię „nie”
-Mam prawo mówić o swoich emocjach i zostać wysłuchany
-Mam prawo mówić „nie” bez poczucia winy
-Mam prawo otrzymać to za co zapłaciłem
-Mam prawo zadawać pytania i oczekiwać wyjaśnienia
-Mam prawo mówić „nie rozumiem”
-Mam prawo do popełniania błędów
-Mam prawo do korzystania z własnych praw

Abyśmy mogli być asertywni musimy mieć poczucie własnej wartości. A skąd ją bierzemy ? Bierzemy ją z dzieciństwa, bo to wtedy najbardziej kształtuje się nasz charakter. Dlatego taka ważna jest relacja z rodzicami, jeśli dziecko przeżywa jakąś traumę w dzieciństwie niesie ją potem w dorosłe życie, zostaje coś w nim zablokowane, poczucie własnej wartości kurczy się wraz z pierwszymi niepowodzeniami bo nie ma szkieletu na którym mogłoby się oprzeć. Dlatego dzieci trzeba kochać stawiając im jednocześnie granice, stawianie granic daje im poczucie bezpieczeństwa. Powinny mieć zaufanie do rodziców, że z każdym problemem mogą się zwrócić i zostaną wysłuchane. Nie lekceważyć ich uczuć – kiedy zdechnie chomik jest to autentyczna tragedia, a nie incydent, który się zlekceważy jednym nieroztropnym zdaniem. Trzeba pamiętać, że dziecko też ma prawo do złości, a jedną z metod pracy nad dzieckiem jest relaksacja.

Natomiast my dorośli, urodzeni tuż po wojnie, wyrośliśmy w warunkach nieporównanie biedniejszych niż obecnie, wychowywani przez rodziców dźwigających na swoich barkach wojenną traumę, przeżycia do których nieraz nie chcieli już w ogóle wracać, ale które nieraz prześladowały ich do samej śmierci, nie zawsze mamy w sobie poczucie własnej wartości bo może ktoś nie miał zwyczajnie już siły na swoją wartość, a co dopiero innych…

Pierwszą tzw. złotą myśl , jaką w życiu zapamiętałam jeszcze jako trochę już większe dziecko to była myśl Seneki Młodszego /4 p.n.e. – 65 n.e./ – „Żyć znaczy walczyć”. Początkowo nie bardzo rozumiałam o co chodzi, widziałam dwóch bijących się chłopaków na podwórku i zgroza mnie wzięła, że tak ma wyglądać życie. Dopiero potem zrozumiałam, że walka ta polegać ma zupełnie na czym innym, a przede wszystkim jest to walka o siebie i z sobą…

A zatem walcząc o siebie doceniajmy swoje osiągnięcia, afirmujmy siebie choćby na początek przez świadome ćwiczenia np. przez 3 tygodnie piszmy o swojej atrakcyjności, róbmy to tak długo aż zakoduje się ona w nas na dobre.. Zmiana samych siebie wpływa także na innych. Jeśli my zmienimy się pozytywnie inni też zaczną się zmieniać na lepsze gdyż najlepiej działa przykład. Mówmy naszym bliskim miłe rzeczy niech wiedzą, że są ważni dla nas. Nie reagujmy gwałtownie na coś co nam się nie podoba. Lepiej powiedzmy „przykro mi, ale muszę ci odmówić”. Ważne jest słowo „ponieważ”, którym krótko uzasadnimy dlaczego. W rozmowach dotyczących naszych uczuć mówmy :”cieszyłabym się gdybyś…”, ”podoba mi się gdy…”, „mam nadzieję, że będziesz mógł…”/ tego ostatniego nie rozumieć opatrznie !/

A zatem wszystko tkwi w poczuciu naszej wartości. Jeśli ma się duże poczucie własnej wartości to negatywne sądy nie poruszą nas. Nie uzależniajmy się od opinii drugiego człowieka bo jeśli opinia drugiego o nas jest ważniejsza od naszej własnej to jest to nasz wybór, który nie prowadzi nas do siebie tylko od siebie…. Ale wystarczy powiedzieć „nie zgadzam się z tym co mówisz” – i już skutecznie i kulturalnie bronimy się.

A zatem czas na zmiany – jak zakończyła swój bardzo ciekawy i interesujący wykład Teresa Kankiewicz.

A ja wciąż zakochana w starożytnych filozofach , bo u źródła zawsze jest najczystsza woda, pozwolę sobie jeszcze na koniec zacytować:
-Charakter człowieka decyduje o jego przeznaczeniu. / Herakli z Efezu 540 p.n.e. – 480 p.n.e./
-Największym władztwem jest władztwo nad samym sobą. /Seneka Młodszy 4 p.n.e – 65 n.e./.