Moje Miasto
Pielęgnowanie pozostałości epok minionych nie zagraża niczyjej tożsamości narodowej - wręcz przeciwnie - umacnia ją i sprawia, że umiłowanie tradycji przekazywane jest z pokolenia na pokolenie.
Londyńskie lotnisko przywitało mnie deszczem. „Deszcz, jak zwykle”- pomyślałam pierwszy raz w życiu z ulgą i uczuciem, które można nazwać radością ze spotkania tego co znane i niezmienne. Droga do „mojej” wsi miejsca, w którym los umieścił mnie 6 lat temu także przebiegła bez niespodzianek. Powoli wracałam do równowagi po podróży i emocji z nią związanych. Do prawdziwego spokoju ducha potrzebny był jeszcze szybki przegląd, jeden rzut oka na pogrążone we śnie Wollaston, a właściwie tylko na jego starą część, tak bliską każdemu mieszkańcowi wioski. Pierwsze wzmianki o Wollaston pochodzą z VII wieku. Najstarsze zachowane i pielęgnowane miejsce, to wzgórze obserwacyjne, swoista „latarnia” z XII-go wieku, a najstarsze, ciągle istniejące i służące ludziom budynki mają ponad 700 lat! Nic dziwnego więc, że dla wszystkich to wartościowy skarb wyrażany nie tylko w funtach, ale również emocjach takich jak duma, poczucie tożsamości i stabilności.
Tej nocy, jak zwykle od wieków wszystko stało na swoim miejscu i wyglądało tak samo. Kamienne domki, pochodzące z XIII wieku, na York Road nadal, niby perły, były nanizane na niteczkę wąskiej uliczki. Nikomu nie przeszkodziło jeszcze, że nie mieszczą się na niej dwa mijające się samochody. Domy nadal kryte są strzechą lub kamiennymi łupkami i dobrze, bo piękne to i romantyczne. Na szczęście nikt nie chciał sprzedać tutaj dachówki bitumicznej, a może chciał, ale nikomu nie przyszło do głowy z tego skorzystać. Nikt nie zatynkował pięknych, trochę pociemniałych, ścian kamiennego kościoła z XIV-go wieku, tylko dlatego, że nie pasuje do palety barw królującej we współczesnym budownictwie. No i drzewo na środku skrzyżowania też stoi! Chociaż zawsze coś zasłania, ale można przejść na drugą stronę, żeby podziwiać zabudowania czy widok. Centrum wsi usytuowane jest na szczycie wzniesienia, na którym spotykają się wszystkie drogi prowadzące tutaj, a w centrum tego centrum rośnie sobie od lat drzewo. Jakoś nigdy nikomu nie przyszło na myśl żeby wyciąć je i tym samym usprawnić ruch drogowy. Za to, wiele lat temu, ktoś zauważył, że to fajne miejsce
do obserwacji i zwykłego, ludzkiego gapienia się, podglądania innych. Zrobił, więc drewnianą ławeczkę naokoło drzewa. Na tej ławeczce siadają kolejne pokolenia wollastończyków, popijając piwko z pobliskiego pub’u i opowiadając o tym co we wsi piszczy. W cieniu drzewa siadają ci, którzy czekają aż przyjezdny Chińczyk przygotuje zamówioną kolację, którą zaniosą do domu. Na tej ławeczce, zaprzyjaźniona Mary, 40 lat temu przyłapała swojego bardzo niedorosłego syna na paleniu papierosa (ups!). Ile jeszcze takich historii pamiętają stare deski ławki? Nocą ławeczka ma innych zwolenników i pewnie było tak zawsze, tak więc jest przydatna 24 godziny na dobę od niepamiętnych czasów. Pokolenia odchodzą i przychodzą, a ławeczka nadal jest wokół drzewa, tak samo romantycznie drewniana i prosta. Co jakiś czas ktoś wymienia w niej deski, żeby kolejni zakochani mogli wycinać swoje inicjały oprawione w serca i wyznania typu „kocham Jolke”.
W swoim paranoicznym spisie inwentarza musiałam, więc też „odhaczyć” ławeczkę. Była! Nadal drewniana, nie marmurowa, ani granitowa - żeby było ślicznie i zagranicznie. I w tym momencie stuknęłam się w głowę, karcąc siebie w myślach. Przecież wyjechałam tylko na 6 dni i nikt nie byłby w stanie nic zmienić! Na dodatek nikomu nie przyszłoby do głowy cokolwiek zmienić, a jeśli nawet, to nikt by mu na to nie pozwolił. Nawet gdybym wróciła po pięćdziesięciu latach, to wszystko było by takie same jak je widziałam ostatnio. Bo tutaj nie ma znaczenia czy coś jest rzymskie, saksońskie czy angielskie. Tutaj wszystko jest nasze, zasługuje na szacunek i jest traktowane jako dziedzictwo kulturowe, jak korzenie, jak fundament. Pielęgnowanie pozostałości epok minionych nie zagraża niczyjej tożsamości narodowej - wręcz przeciwnie - umacnia ją i sprawia, że umiłowanie tradycji przekazywane jest z pokolenia na pokolenie. Nikt nie zaznacza swojego istnienia przez niszczenie tego co zastał. Pielęgnuje to co otrzymał w spadku, a swoją potrzebę tworzenia realizuje gdzie indziej. Angielski dziadek spotyka się ze swoim angielskim wnukiem w tym samym pub’ie, w którym popijał piwko ze swoim ojcem, a ten ze swoim. Dziadek z wnukiem rozmawiając o rodzinnej wsi i o innych okolicznych miejscowościach, operują tymi samymi nazwami miejsc i ulic, rozumiejąc się nawzajem i znając te miejsca . W wollastońskim muzeum można podziwiać stare fotografie wioski oraz jej mieszkańców. I wiecie co? Wollaston z tych obrazów nadal istnieje! Na przestrzeni lat mógł zmienić się właściciel czy branża, ale budynek nie tylko pozostał, ale jest zadbany i nadal użyteczny. Wollaston ciągle zachwyca swoją pierwotną szatą. Szatą, o którą się dba i pielęgnuje, którą ozdabiają stare, kamienne zabudowania niczym najdroższe klejnoty, jaśniejące ciągłym blaskiem. A kolejni mieszkańcy doszywają misternie koronki wokół tego co zastali; na swój sposób przedłużając suknię wioski. Do Wollaston powraca się jak do domu rodzinnego, gdzie wiele pokoleń zostawiło po sobie znaki, dla których każdy ma szacunek. Dzięki temu osada, licząca sobie prawie tysiąc lat promieniuje świeżością i elegancją, nie tylko w nowych dzielnicach, ale również w najstarszych zakamarkach tej starowinki. Nazwiska ludzi zasłużonych dla miejscowości funkcjonują w niej na co dzień. Nikt nie odszedł w zapomnienie tylko dlatego, że był „nieodpowiedniej narodowości”.
No tak, ale dlaczego ten nagły przegląd wioski, którą zdążyłam polubić i uważam za swoją, skąd ten zachwyt nad angielskim umiłowaniem tradycji. Dlaczego po raz kolejny zastanawiam się nad angielską mentalnością, nad tym co sprawia, że wyspiarze potrafią docenić spadek, który otrzymali.
Otóż wróciłam z krótkiego ale jak zwykle intensywnego pobytu w Polsce, w moim Mieście. Piszę miasto z dużej litery nie bez kozery. Olsztyn zawsze będzie ważnym dla mnie miejscem na Ziemi, bliskim sercu bez względu na to jak długo mnie tu już nie ma. Za każdym razem wracam tutaj, żeby spotkać ludzi, których kocham, ale również, żeby pobyć z moim miastem, pooddychać jego atmosferą, posłuchać jego odgłosów, poczuć zapachy stare i nowe, pójść na spacer w znajome miejsca, nacieszyć się ich widokiem. No i tutaj zaczyna boleć!
Lotnisko w Gdańsku przywitało nas mrozem, śniegiem i słońcem-super! Nareszcie doznam polskiej zimy! Podróż do Olsztyna przebiegła bez zmian czyli wszystko było inne niż półtora roku temu. „Siódemka” jak zwykle w rozbudowie, przebudowie, rozkopana, rozryta, po obu stronach usypane pryzmy piachu. Na szczęście śnieg przykrył budowlany rozgardiasz i z zadowoleniem przyglądałam się Polsce w białej sukni, pięknie połyskującej w słońcu. Wjechaliśmy do Olsztyna, który również przywdział na tę okazję biały smoking - jakiż był elegancki! Wszędzie było pięknie, ale już szybki rzut oka pozwolił mi zauważyć, że moje miasto jest nadal jedną, wielką budową. Kolejne dni wizyty, spacery po olsztyńskich ulicach oraz rozmowy z przyjaciółmi potwierdziły moje spostrzeżenie. Nie jestem pewna czy to tylko olsztyńska specjalność, czy może nasza narodowa, ciągle wszystko burzyć, budować, zamalowywać i znowu burzyć, żeby następnie zbudować itd. itd., bez końca. A przecież, ktoś już kiedyś nam zarzucił, że „Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie co posiadacie”. A jak mamy wiedzieć co posiadamy, pokochać to, uznać za swoje skoro jak tylko się do czegoś przyzwyczaimy, to od razu ktoś ma inną koncepcję miasta i zaczyna
wcielać w życie swoje dzieło zniszczenia? Kocham Olsztyn miłością naiwną, dziecięcą, prostą. Miłością, która każe mi kupować widokówki z wizerunkiem mojego oblubieńca za każdym razem kiedy tu jestem. Miłością, która sprawia, że przywożę tu swoich, angielskich przyjaciół, żeby zobaczyli skąd pochodzę. Miłością, która nie akceptuje braku szacunku dla tego staruszka i braku szacunku dla uczuć jego mieszkańców. Które to już pokolenie olsztyniaków nie może odnaleźć Olsztyna ze swojego dzieciństwa? Przesadzam? Może trochę, ale pokolenie pięćdziesięciolatków do którego należę ciągle pamięta miasto, którego nasze dzieci już nie znają. A co mają powiedzieć najstarsi mieszkańcy Olsztyna i okolic? Gdzie podziały się pałace i dwory Prus Wschodnich? Są już tylko w albumie Państwa Graniec! Gdzie podział się wielkomiejski, pełen charakteru Olsztyn z przełomu XIX i XX wieku. Olsztyn, który można oglądać tylko na starych pocztówkach w przepięknym albumie Pana Bętkowskiego. On rzeczywiście przedstawia nam Olsztyn jakiego nie znamy, miasto które zachwyca swoim urokiem. Przyznaję ze smutkiem, że dzisiejszy Olsztyn jest tylko wyblakłym cieniem miasta sprzed stu laty. A raczej przygarbionym widmem starego dziedzica obleczonym w poszarzałą szatę, obszarpaną po bokach i wyblakłą, na której gdzieniegdzie widnieją ślady dawnej świetności, ale i tak przeważają niedbale przyszyte łaty i pysznie świecące nowoczesne świecidełka. A przecież ten gród nad Łyną ma wszelkie predyspozycje, żeby błyszczeć jak perła osadzona w koronie lasów i jezior! Perła, która jest naszym dziedzictwem, którą powinniśmy pielęgnować i być z niej dumni.
Czy ciągle za mało jest ludzi, którzy opowiadają nam trudną historię tej ziemi, żeby zauważyć, że nie jesteśmy tu pierwsi, że przybyliśmy tu tylko na chwilę, że po nas przyjdą następni? Czy za mało jest ludzi, którzy na różne sposoby mówią ”Olsztyn kocham”, nazywają go małą Ameryką, świętą Warmią, żeby zarazić nas tą miłością? Czy za mało jest tych, którzy wystawiają swoje nazwisko na publiczną chłostę walcząc o „Dukat”, zabytki dawno, lub dopiero co odkryte,
drzewa w parku zamkowym, drewniane kładki na jeziorze Długim itd, itd? Czy za mało ich jest, żeby to wszystko uchronić przed zapomnieniem i zniszczeniem? Nie dziwię się tym mieszkańcom ulicy Rybaki, którzy mając za oknem betonowe dzieło zamiast zabytkowej kładki chcą się stamtąd wyprowadzić. Patrząc na nowy most, który z powodzeniem można nazwać drzwiami do lasu nasuwa się jedna myśl : znowu wykonano kawał, dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty. Nie wspomnę już o poranionych brzegach jeziora. Że nie widać, bo śniegiem przykryte, a to czego oczy nie widzą o to serce nie boli? Oj boli, boli. Że zaraz zarośnie - a czy zdąży? Spacerując po Olsztynie zastanawiałam się ile jeszcze drzew „wyrżniecie” (to cytat) - wszystkie czy „tylko” połowę, ile jeszcze razy plac przed Ratuszem Miejskim zmieni swoje oblicze i jakie lampy na nim postawicie przy następnej modernizacji? A z tego zatroskania wynika kolejne pytanie: jaki Olsztyn pozostawimy naszym wnukom?
Trawestując słowa dwóch Krakusów: Nie przenoście nam stolicy do Olsztyna, niech już pozostanie jaki jest. Niech duch, który przycupnął prawie 700 lat temu w Grodzie nad Łyną, panuje w nim nadal, bez względu na to kto zasiada na urzędach miejskich.
Grażyna Białous (korespondencja z Wielkiej Brytanii)
Wollaston














Dołącz do dyskusji - napisz komentarz
Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.
Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.