Weranda literacka
Wyczyn
Tekst piszę pod bezpośrednim wrażeniem niebywałego wyczynu
Czytałem jego opis, oglądałem w komputerze całe zdarzenie, przeczytałem też komentarze. Rzadko je czytam, bo niewiele dobrego mogę tam znaleźć, a wzajemne połajanki są mało interesujące i mało budujące.
Tym razem przeczytałem teksty ludzi zachwyconych jak ja wyczynem, jego autorem, a między wierszami czytałem wiele ciekawego o ich postawach.
Prawie każdy piszący widział w bohaterze wydarzenia człowieka, który zrealizował marzenie. Ja czytałem między wierszami o tym, że każdy wypisał swoje marzenie. Nie o tym, aby wzlecieć jeszcze wyżej, ale o tym, ze żyje przed linią horyzontu i żyje po to, aby tę linię osiągnąć i przekroczyć. Czy to jest sensem życia? Uznanie, połączone z podziwem, kierowali do bohatera sprzed lat pięćdziesięciu, dziś obecnego w eksperymencie. Rozumiem to, znam ten ton. Wtedy, pięćdziesiąt lat temu, wpatrywałem się w niebo, aby zobaczyć jak pierwszy Człowiek okrąża Ziemię. Wpatrywaliśmy się w świecący obiekt- pewnie Gwiazdę Polarną albo Syriusza, podnieceni, że widzimy ów Pojazd. Płakaliśmy nad losem pieska syberyjskiego. O Wielkim Skoku nie wiedzieliśmy nic. Taki był czas.
Trzeba było 50 lat, aby skoczyć z wysokości tylko „trochę” większej. Ale trzeba było ogromnego wysiłku ludzkiego intelektu, aby to „trochę” było możliwe.
Nie zatrzyma się Człowiek w drodze ku gwiazdom. Już wiadomo, że chce wznieść się jeszcze wyżej, zaledwie o cztery, trzy kilometry. Na pokonanie różnicy ośmiu trzeba było 50 lat przygotowań. Ile trzeba będzie na pokonanie tych „zaledwie” czterech kilometrów. Tak sobie myślę: najdłuższy odcinek jazdy pociągiem to kilkaset metrów do peronu. Wiem z lektury, z telewizji, i z własnej wspinaczki, że największego wysiłku wymaga pokonanie kilkuset metrów do szczytu góry. Doświadczyłem tego w życiu, że największego nakładu woli wymaga ostatnie zdanie. Powinienem je napisać- nie napiszę.
W przyszłym tygodniu tekst „O jednej żydowskiej pieśni”.

Zdjęcie www.sxc.hu / Emily1970
Tym razem przeczytałem teksty ludzi zachwyconych jak ja wyczynem, jego autorem, a między wierszami czytałem wiele ciekawego o ich postawach.
Prawie każdy piszący widział w bohaterze wydarzenia człowieka, który zrealizował marzenie. Ja czytałem między wierszami o tym, że każdy wypisał swoje marzenie. Nie o tym, aby wzlecieć jeszcze wyżej, ale o tym, ze żyje przed linią horyzontu i żyje po to, aby tę linię osiągnąć i przekroczyć. Czy to jest sensem życia? Uznanie, połączone z podziwem, kierowali do bohatera sprzed lat pięćdziesięciu, dziś obecnego w eksperymencie. Rozumiem to, znam ten ton. Wtedy, pięćdziesiąt lat temu, wpatrywałem się w niebo, aby zobaczyć jak pierwszy Człowiek okrąża Ziemię. Wpatrywaliśmy się w świecący obiekt- pewnie Gwiazdę Polarną albo Syriusza, podnieceni, że widzimy ów Pojazd. Płakaliśmy nad losem pieska syberyjskiego. O Wielkim Skoku nie wiedzieliśmy nic. Taki był czas.
Trzeba było 50 lat, aby skoczyć z wysokości tylko „trochę” większej. Ale trzeba było ogromnego wysiłku ludzkiego intelektu, aby to „trochę” było możliwe.
Nie zatrzyma się Człowiek w drodze ku gwiazdom. Już wiadomo, że chce wznieść się jeszcze wyżej, zaledwie o cztery, trzy kilometry. Na pokonanie różnicy ośmiu trzeba było 50 lat przygotowań. Ile trzeba będzie na pokonanie tych „zaledwie” czterech kilometrów. Tak sobie myślę: najdłuższy odcinek jazdy pociągiem to kilkaset metrów do peronu. Wiem z lektury, z telewizji, i z własnej wspinaczki, że największego wysiłku wymaga pokonanie kilkuset metrów do szczytu góry. Doświadczyłem tego w życiu, że największego nakładu woli wymaga ostatnie zdanie. Powinienem je napisać- nie napiszę.
W przyszłym tygodniu tekst „O jednej żydowskiej pieśni”.

Zdjęcie www.sxc.hu / Emily1970















Dołącz do dyskusji - napisz komentarz
Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.
Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.