Hadesowe przyjaźnie Eli Cwaliny

Ela Cwalina: Przez długi czas życiorys mogłam pisać po bożemu i typowo dla wszystkich polskich kobiet pokolenia powojennego:


 
Ela Cwalina: Przez długi czas życiorys mogłam pisać po bożemu i typowo dla wszystkich polskich kobiet pokolenia powojennego: szkoła, studia, mąż, dziecko i po kilku latach z dzieckiem w domu, praca zawodowa...Pracowałam spokojnie jako nauczycielka. Chociaż już to „spokojnie” jest pewną nieścisłością. Skończyłam na KUL romanistykę. W latach 70 tych, zatrudnienie się gdziekolwiek w „publicznej” placówce, a przecież inne nie istniały, wcale nie było proste. Wszak była to uczelnia, którą kończyły karły reakcji i czarne owce. Po dość długich korowodach znalazłam pracę w szkole podstawowej, gdzie uczyłam właściwie wszystkiego w klasach początkowych, Potem udało się zmienić pracę na zgodną z moim wykształceniem i tym, co kochałam. A więc jęz. francuski – w szkole średniej, na kursach empiku (wszyscy zaczynali uczyć się języków), na KUL i w szkole plastycznej. Lubiłam tę pracę, kontakt z ludźmi, młodymi i zupełnie różnymi.. To dawało mi radość i energię. Zdarzył się m.in. interesujący epizod w charakterze tłumaczki sceny plastycznej KUL w wędrówkach festiwalowych po Europie, która była wówczas jeszcze dla nas niemal zamknięta. Tłumacz był dla wszystkich osobą bezcenną i pomagał w niemal wszystkich aspektach podróży.
 
Aż idąc sobie kiedyś ulicą, wiosną 1984 roku spotkaliśmy naszego kolegę, otrzaskanego we świecie człowieka, ponieważ kilka lat pracował w RFN; gdzie z niejednego pieca jadł chleb i niejeden zmywak poznał z bliska. Szukał teraz w mieście rodzinnym ciekawszych zajęć niż te, których dostarczała praca na państwowych etatach. Spotkanie to - okazało się – kompletnie zmieniło moje, nasze z mężem życie. Zapalił nas do niezwykłego, ekwilibrystycznego i pachnącego przygodą pomysłu – a mianowicie poprowadzenia baru kawowego na terenie Centrum Kultury w Lublinie. Placówka nazywała się „bar kawowy III kategorii”. Postanowiliśmy zaryzykować, choć z perspektywy czasu myślę, że ryzyko nie było szalone. Ale też pamiętać trzeba, że wtedy niemal wszyscy ludzie pracowali na etatach, a prywatna inicjatywa brzmiała dość dwuznacznie. Do kawy dorzuciliśmy automaty zręcznościowe i puściliśmy się w te przygodę. Szło nieźle. Tylko klientela była zanadto rozpięta pod każdym względem. Doszliśmy do wniosku, że trzeba ją jakoś przesiać. Automaty zlikwidowaliśmy, za to pozwolono nam zaanektować jeszcze jedną salę. Staliśmy się teraz „Disco Bar Hades” co było bardzo zgodne z aktualnymi trendami.
 

 
Pytasz jakie było menu? To była prawdziwa partyzantka i absolutna kreatywność. I tak np. flaki po włosku, w których królowała głównie włoszczyzna. Przedziwne sztuki w odbieraniu od gości kartek żywnościowych w zamian za dania mięsne. Gdy urządzaliśmy bankiet dla większej ilości gości, najpierw otrzymywaliśmy od nich w ramach zadatku na imprezę kartki, potem załatwialiśmy aprowizację i w zależności od tego co się udało „zdobyć” układaliśmy menu, które bywało zaskakujące i nieraz dalekie od tego o czym rozmawialiśmy z naszymi Gośćmi na wstępie.
Kucharze byli różni, a nasza wiedza o gastronomii dość powierzchowna, by nie powiedzieć kameralna, domowa. Oj, dużo jeszcze trzeba było się nauczyć. Kuchnia stała pośrodku i była koniecznie odmalowywana na niebiesko. Gdy nie mogłam zrozumieć przymusu tego koloru, dowiedziałam się że nawet dziecko wie, że muchy się takiej nie „czepiajom”.
Np. wymyśliłam kiedyś, że tarty, tak charakterystyczne dla kuchni francuskiej, które przyjęły się na całym świecie ...będą świetnym stałym pnuktem menu w Hadesie. Tymczasem nie chciały się przyjąć... musiałam z żalem z nich zrezygnować. Natomiast golonka Grześkowiaka, (który bywał u nas i chętnie zajmował miejsce kucharza przygotowując ją dla siebie i znajomych i przekazał Hadesowi swój przepis) zajęła poczesne miejsce w naszym menu i ciągle jest chętnie jadana.
 
Kiedy wszystkie sprawy aprowizacyjne i papierkowe zostały mniej więcej opanowane, a my mieliśmy już nieco więcej miejsca, zaczęły mi się marzyć jakieś ciekawe imprezy, zdarzenia artystyczne. Pierwszy pomysł wprawił w ruch mój mąż wraz ze swym przyjacielem Waldkiem Drasem. Festiwal jazzowy od pierwszej imprezy wypadł nadspodziewanie dobrze. To był rok 1992. Już na sam początek pojawiły się polskie tuzy jazzu – J.Ptaszyn, K.Ścierański, Z.Namysłowski, J.Śmietana. Festiwal odbywa się co roku i byli u nas chyba wszyscy polscy (i nie tylko) artyści jazzu.
 
I tak naprawdę w tym momencie w moim życiu zaczął się nowy rozdział. Zaczęłam odkrywać swoje pasje. Siebie. Wybierać to co najbardziej lubię i co mnie autentycznie pasjonuje. I...jeszcze mogłam podzielić się swoim zachwytem z innymi.
Zaczęłam uczyć się rzeczy, o których do tej pory nie miałam pojęcia.
Musiałam zmierzyć się ze swoimi kompleksami i słabymi stronami. Wejść na scenę. Zapowiedzieć do sensu wydarzenie jakie będzie miało miejsce, widząc naprzeciw wlepione we mnie gały 600 osób – to było wyzwanie, które początkowo mnie paraliżowało. Musiałam również popatrzeć na siebie jak na kobietę, która powinna zaprezentować się publicznie w sposób naturalny, jak najbliższy temu jaka jestem naprawdę. Rozmowy z artystami, którzy jak wiadomo nie zawsze chodzą po ziemi. Zawieranie kompromisów tak, by żadna ze stron nie była urażona. Negocjacje. Umiejętność pozyskania sponsorów dla idei, które – wiedziałam to i widziałam w oczach moich rozmówców – nie mają najmniejszych szans. A jednak – udawało się. Pozyskanie akceptacji i pomocy ze strony męża i wspólnika; zapewne jestem nieraz dla nich krzyżem pańskim ze swoimi – z tzw. zdroworozsądkowego punktu widzenia – pomylonymi pomysłami.
Po kilku latach pracy nasze role w „Hadesie” zostały ustalone. Ja najchętniej przygotowuję strawę duchową i imprezy które wymagają szczególnej i niepowtarzalnej oprawy, Mój mąż i nasz wspólnik, zajmują się tą najtwardszą i najtrudniejszą częścią działań jakie są konieczne; księgowością, zaopatrzeniem i twardą codziennością funkcjonowania firmy. Ja szukam nowych wyzwań.

 
Znając wielu artystów, (w rodzinie męża są osoby z talentem i wykształceniem plastycznym), pomyśleliśmy o pokazywaniu ich dzieł w naszych wnętrzach. W ten sposób powstał zwyczaj urządzania wystaw, a co za tym idzie wernisaży. To wymagało wymyślenia oprawy wydarzenia no i nakarmienia czeredy gości i przyjaciół artystów. Nie mogliśmy pozwolić sobie na kosztowne przyjęcia. Należało wymyśleć atrakcyjną i niedrogą formułę. A to znaczyło tyle, że 2 dni przed imprezą robiłam ciasto, a potem piekłam je w nocy w najprzeróżniejszych kształtach, dodając każdej partii innych smaków. W ten sposób powstała „instytucja” wernisażowych ciasteczek. Przed każdym wernisażem mam ręce pełne roboty.
 

 
Wiesz, lubię patrzeć jak podczas wernisażu ludzie trzymając w dłoniach kieliszek wina i ciasteczkowy drobiazg bawią się rozmową. Myślę, że te drobiazgi powodują, że chwilkę dłużej cieszą się chwilą, dla której przybyli. Bawią się nią dłużej. Na wernisaż „dotyk ziemi”, który odbywał się w lubelskim radio zrobiłam ciasteczka, które miały strukturę naturalnych kształtów i kolory wzięte z natury. Zrobiły furorę.
 
Ewa Kubicka: A ja muszę się tutaj wtrącić i opowiedzieć kilka słów na temat samego wyglądu Hadesu. Są to piwnice w dawnym budynku poklasztornym, na którego ścianach zachowały się stare freski. Czerwona cegła ukazująca konstrukcję piwnic, wnęki, długie korytarze pełne są dekoracji przywodzących asocjacje z klasztornymi spiżarniami, starymi wnętrzami. Za każdym razem możemy tu odkryć jakiś nowy, nie dostrzeżony wcześniej drobiazg, malunek, płaskorzeźbę.
Do zachowanej struktury dodano elementy współczesnej scenografii i współczesnych fresków autorstwa Wiesława Jędruszczaka. Tak rozmaite, wszystko jest ze sobą jakoś cudownie zharmonizowane.
 
 
Przestrzeń, gdzie pięknie brzmią śpiew chóru Kairos prowadzonego przez Borysa Somershafa, romanse w jego wykonaniu, czy kameralny, poetycki Marcin Różycki. Jesteśmy z nimi autentycznie zaprzyjaźnieni i mamy wielką przyjemność w świadomości, że to u nas rozpoczynali swe kariery i u nas najczęściej i najcieplej są oklaskiwani dzisiaj.
 

 
http://www.youtube.com/watch?v=Vczu35hjBAI
 
 
http://www.youtube.com/watch?v=tVrY3sIt-8g&feature=related
 

 
http://www.youtube.com/watch?v=bVFSMLSPd6Q
 
Ela Cwalina: Przez tych 25 już lat działo się naprawdę wiele. Dzisiaj rozrzewnia mnie i nieco śmieszy, że niektóre działania były wprost pionierskie w konkretnym czasie i przyjmowane po tej stronie Wisły z wielkim ociąganiem.
 
Przekonałam się, że ludzie są chętni do pomocy i do zabawy. Trzeba jedynie przekonać ich opowieścią prawdziwą, trzeba ich lubić i być wobec nich osobą otwartą. Zawarłam wiele przyjaźni właśnie w czasach Hadesu. Wśród zaprzyjaźnionych kobiet jest Jola Szala, która pomogła mi odnaleźć własny styl i nie wstydzić się, a wręcz cieszyć ze jestem taka, jaka jestem. Grażyna Lutosławska, która nieraz towarzyszyła mi w pieczeniu ciasteczek długie godziny, a w rozmowach oswajałyśmy świat, życie i jego meandry, Pani dendrolog mieszkająca teraz daleko stąd. Hania – tłumaczka, z którą łączą mnie pasje literackie i artystyczne, ale także rozmowy w których mogę powierzyć Jej największe i najmniejsze tajemnice i nieraz myślę, że nie znam cierpliwszej od Niej osoby. Wiele innych kobiet dla których jedna cecha jest wspólna – wszystkie prowadzą intensywne życie wypełnione w miarę możliwości pasjami, bez których nie potrafią żyć. Wszystkie, pomimo najprzeróżniejszych zwrotów losu i fortuny nie rezygnują ze swoich marzeń.
 
Pytasz o anegdoty, skandale, ciekawostki. Wiele różnych, wydawałoby się przypadkowych wydarzeń, które splatały ludzkie pomysły i ścieżki na dłuższe i krótsze chwile. Romanse, miłości i rozstania – w naszych murach. Ale nie naciskaj mnie – nie mogę ci o nich opowiadać jak się domyślasz, bo mimo że smaczne nadzwyczajnie są niektóre opowieści, nie powinny być opowiadane przeze mnie.
No dobrze.. jedną ci opowiem. Był wieczór teatralny. Występowała para znanych i popularnych aktorów w Polsce. Występ się zakończył i jak to u nas bywa, wieczór dalej potoczył się swobodnie wśród uciech stołu i rozmów. Aktor poczuł nieprzepartą potrzebę wyjścia ze swymi występami na miasto, wobec czego udał się z monologami niezbyt już trzeźwymi do budynku naprzeciwko niespecjalnie zdając sobie sprawę, że to komenda policji. Ponieważ policja nie była szczególnie zainteresowana jego mądrościami i dała temu wyraz wypraszając go, pozwolił sobie wyrazić cała pogardę dla takiej publiczności. Jednym słowem zrobiła się niezła awanturka, z której z trudem go wybroniliśmy. Następnego dnia przyszedł policjant do nas ubolewając nad tą historią i w końcu zakończył swoją tyradę: no a państwo mogliby – tacy kulturalni ludzie – zapraszać ludzi z kulturą, a nie takich tam.... byle jakich... co to wychowania i kultury nie znają.
Z fortepianem dość zabawna historia była. Któregoś dnia wpadł do nas Adam Makowicz, przywiedziony przez kolegę na frykasy nasze, słynne już podówczas w Lublinie. Mieliśmy wówczas jedynie stare rozklekotane pianino, na którym zwykle przygrywali dość przypadkowo ludzie, gdy imprezy nad ranem się rozkręcały, a dziewczyny na bosaka tańczyły na jego zwieńczeniu. Nagabnięty przez nas nawet zasiadł do tego pianina, ale szybko się poddał. Obiecał natomiast, że jak następnym razem będzie, to jeśli znajdzie się jakiś przyzwoitszy sprzęt do grania, chętnie pomuzykuje. Więc – kupiliśmy fortepian, Fortepian stoi już od kilku lat i świetnie służy wielu artystom. Wiemy, że któregoś dnia zagra na nim Makowicz.
 

 
Nie sądź, że tych 25 lat to same wzloty. Zdarzały się potknięcia, nieudane inicjatywy, które kosztowały mnie wiele pracy i energii, przynosząc zwrotnie frustrację i wymierne straty. Nieraz zastanawiałam się po imprezie, czy wpływy zrównoważą wydatki jakie poniosłam organizując jakieś wydarzenie, nie myśląc już zupełnie o zyskach. Bywa, że ludzie wykorzystywali moją otwartość i zaufanie jakim ich obdarzałam.
 
Skąd biorę energię? Nie wiem. Mnie samej zdaje się, że jestem nie nazbyt pracowita. Może fakt, że mogę działać na różnych, luźno powiązanych z sobą polach. Gdy mam fantazję na kulinaria, odtwarzam ze starych przepisów i własnej fantazji rzeczy, które zostały zapomniane, a okazuje się, że jest dla nich miejsce na rynku. Tak było np. z chrzanem na miodzie, który robiłam dla Hadesu, bo był po prostu potrzebny. Na którymś z turniejów nalewek zachwycili się nim R.Makłowicz i P.Bikont, i to zachęciło mnie do wydania chrzanu na szersze wody. Bywają dni, zwłaszcza latem podczas wszelkich jarmarków gdy handluję nim jak przekupka, dając próbować, zachwalając, patrząc jak znika wśród ludzi. To naprawdę fajna zabawa.
 

 
Dlaczego nie wspominam o nagrodach i wyróżnieniach?
Masz rację, zebrało się ich całkiem sporo, ale wydają mi się najmniej ważne w moich wspomnieniach i działaniach. Ważne było, że ktoś powraca, ma ochotę współpracować ze mną, dowiaduje się co jeszcze będzie.
 
Teraz? Teraz jestem cała przejęta organizowaniem koncertu Cesarii Evory. To trudne, zwłaszcza finansowo do dopięcia, ale już wiem, że możliwe. Po niezwykle udanym koncercie Nigela Kennedy’ego w zeszłym roku. Do jego organizacji przymierzałam się przez kilka lat, pełna niepokoju, czy nie skończy się to wszystko widowiskową klapą. Udało się. Dało mi wielką satysfakcję i wiarę w to, że każdy następny będzie co najmniej atak samo udany.
Teraz również przechodzę czas pokory... ponieważ mam problemy z oczami. I choć operacją, którą mam przejść jest banalana i niemal zawsze kończy się pełnym powodzeniem, mam , co tu dużo mówić sporego pietra.
Czego mi życzyć? Powrotu do murów Hadesu po remoncie który właśnie się rozpoczął i ma potrwać naprawdę długo. Czuję się naprawdę dziwnie bez jego piwnic.
Mój wiek nie jest tabu. Możesz spokojnie napisać że mam 55 lat. I że nie wiem, czy kiedykolwiek poczuję się na więcej niż 35.
 

 
 
Z Elżbietą Cwaliną, współwłaścicielką restauracji Hades w Lublinie rozmawiała Ewa Kubicka. Styczeń 2010r. Foto: Ewa Kubicka

 

Autor wpisu*:
2 x 7 (mnożenie) =