Rynek 50 plus

Wywiad Ewa Radomska

Delegacja Zespołu Szkół Sportowych nr 72 im. Gen. Wł. Andersa w rnWarszawie  przeprowadziła wywiad z Panią Ewą Radomską na temat Bitwy o rnMonte Cassino. Pani Ewa Radomska jest córką uczestnika tej bitwy Jana rnRadomskiego.

Bardzo mi jest miło gościć kadrę nauczycielską i uczniów Szkoły i odpowiedzieć na interesujące ich pytania:

Czy mogłaby Pani opowiedzieć nam o swojej rodzinie – skąd pochodzi Pani Tata?
-Mój Ojciec Jan Radomski urodził się 10 sierpnia 1907 roku w Żółkwi. Było to miasteczko założone w 1597 roku przez hetmana polnego koronnego Stanisława Żółkiewskiego, herbu Lubicz. Miasteczko to wraz z Zamkiem zaprojektował Paweł Szczęśliwy, przedstawiciel szkoły włoskiej w architekturze. Żółkiewski chciał aby było podobne do renesansowego Zamościa. Żółkiew  prawa miejskie otrzymała 22 lutego 1603 roku. Była ulubioną rezydencją Jana III Sobieskiego. Do 16 sierpnia 1945 roku było to miasto polskie, powiatowe, w województwie lwowskim, leżące 35 km od granicy Polski. W 1991 roku leży Żółkiew w granicach niepodległej Ukrainy.

Drugim miasteczkiem, które wiążę się z rodziną Ojca było Olesko. To miasteczko z kolei jest położone 72 km od Lwowa. Zostało przyłączone do Polski w 1366 roku przez króla Kazimierza Wielkiego. W 1629 roku urodził się w nim  przyszły król Polski Jan III Sobieski. Podobnie jak Żółkiew zostało przyłączone do Ukrainy. W miasteczku tym mieszkali rodzice Ojca do wojny. Tam kształciły się dwie młodsze siostry Ojca w seminarium nauczycielskim – Jadwiga i Urszula. Mama Ojca, czyli moja babcia miała na imię Petronela, miała pracownię kapeluszy – była modystką. Ojciec Ojca czyli mój dziadek Grzegorz Radomski najpierw był ułanem, a potem objął posadę pracownika w Sądzie Rejonowym właśnie w Olesku. Babcia zawsze opowiadała, że dlatego wyszła za niego za mąż bo był „czerwony na gębie” tzn. zdrowy ! A chodziło o to, że wcześnie została wraz z siostrą, która też w młodym wieku  zmarła , sierotą. Jej Ojciec, zdaje się miał nazwisko Golis, był wydawcą, wydawał książki i raz będąc w górach na nartach zesłabł i zmarł. Niedługo potem zmarła mama, więc zostały oddane do wujka, który się nimi zajął, ale on także w niedługim czasie zmarł. Kiedy już były z siostrą dorosłe, siostra bardzo pokochała teatr i grała w jednym z prowincjonalnych teatrów. Kiedyś teatr dawał spektakl w nieogrzewanej sali , przeziębiła się i dostała zapalenia płuc. Niebawem zmarła. Miała podobno śliczne, bardzo długie włosy i w trumnie przykryta była tymi włosami...Te włosy to jakby rodzinna „specjalność” - babcia Petronela, która zmarła w wieku 83 lat, do końca miała długie, ładne włosy, bez cienia siwizny, a wręcz na odwrót z jasnej blondynki robiła się szatynką i czesała w koronę na głowie. Widzę po sobie, że też nie siwieję tylko ciemnieję – super – zaoszczędzę na farbach do włosów ! Stąd właśnie babcia tak bardzo bała się, że znowu ktoś bliski jej umrze, że na zalotników patrzyła głównie pod kątem czy zdrowo wyglądają!

Dziadkowie przeżyli razem wywiezienie na Sybir, ale dziadek jednak okazał się słabszy i w 1956 roku zmarł. Podobno bardzo mnie lubił i jak byłam malutka nosił mnie na rękach. Odtąd babcia pół roku bywała u nas w Legnicy, a pół roku u córek, które osiedliły się po wojnie w Katowicach. Zawsze mówiła mi taki wierszyk jak to Pan Bóg w niebie kazał dzieciom zbierać kwiatki, a jedno z nich odpowiadało : „Ale po cóż ja mam zbierać kwiatki i komu ? Ojca matki nie mam już nie nie mam także domu...”  Mój Ojciec zaś po ukończeniu gimnazjum realnego, tylko nie wiem w którym miasteczku, zaczął studiować prawo na Uniwersytecie we Lwowie. Po dwóch latach jednak zrezygnował, sytuacja materialna rodziny okazała się nie najlepsza , kształciły się jeszcze dwie młodsze siostry, więc objął stanowisko w Izbie Skarbowej w Podhajcach, którego z czasem stał się naczelnikiem. Podhajce to z kolei miasto w obwodzie tarnopolskim. W swojej historii wielokrotnie zmieniało przynależność państwową. W latach 1945 – 1991 ponownie włączone zostało  do ZSRR, a od 1991 roku już na stałe w granicach Ukrainy. Wracając jeszcze do Lwowa to podobno Ojciec dorabiał do studiów grając w niemym kinie na skrzypcach, bo tak kiedyś odbywały się seanse kinowe. Kiedyś zaczęła lecieć Mu krew z nosa i ledwie dokończył koniec seansu.

Będąc już naczelnikiem w wieku 31 lat zobaczył, że pod oknem jego kancelarii raz po raz rano idzie bardzo ładna młoda dziewczyna... Obudził się w nim lew, tym bardziej, że był pod znakiem Lwa, aby ową „sarenkę” upolować. „Sarenką „ tą okazała się moja mama Helena Wisłocka / 7.10.1920 – 19.01.2007/ - która uczyła się w Szkole Handlowej i właśnie miała praktykę w tej okolicy...Zaraz „poszły” kwiaty, kosz pomarańcz, „kino, kawiarnia i teatr” i w 1938 roku pobrali się, a w styczniu 1939 roku urodził się mój brat Jerzy. Szczęście nie trwało długo, we wrześniu 1939 roku wybuchała wojna, Ojciec poszedł na wojnę, mama została sama z dziewięciomiesięcznym dzieckiem.... I tu zaczyna się druga opowieść, wojenna...

Kiedy i w jaki sposób Pani Tata trafił do Armii Andersa?
-Ojciec wraz z kilkoma innymi osobami z Podhajec starał się przedostać do Rumunii. Opłacony przewodnik na granicy okazał się zdrajcą i na granicy od razu wydał ich w ręce Rosjan. Wszyscy oni zostali wywiezieni do obozów bodajże gdzieś na Kamczatkę. Ojciec pracował przy wyrębie lasów. Opowiadał, że w nocy był taki mróz, że włosy przymarzały do brezentu. Zaczęły się choroby. Tyfus, z którego wyszedł dzięki lekarce, która jakoś sobie go upodobała i potajemnie dostarczała  lekarstwa. Szkorbut i kurza ślepota – podobno na statek wprowadzali Ojca koledzy bo już nic nie widział...  14 sierpnia 1941 roku podpisano umowę wojskową, która dała początek do rozpoczęcia formowania Armii Polskiej. Dowództwo jej objął 18 sierpnia 1941 roku gen. Anders. Rejonem formowania Armii był rejon Buzułuku w Rosji. W istniejących obozach NKWD dla jeńców polskich od 23 sierpnia 1941 roku do  23 września 1941 roku rozpoczęto rekrutację i tylko do 23 września zaakceptowano 24.828 jeńców. 31 lipca 1942 roku nastąpiła ewakuacja do Iranu żołnierzy i rodzin polskich w sumie ok. 70.000 ludzi...Tak Ojciec stał się żołnierzem Armii Andersa i przeszedł z nią cały szlak bojowy, a potem pobyt w Anglii aż do września 1947 roku. Doskonale nauczył się mówić po włosku i angielsku i w Anglii uczył angielskiego żołnierzy polskich. Zdaje się, że kręciła się tam koło niego nijaka ruda Mary, ale to już pozostanie na zawsze tajemnicą...

Jakie warunki zapewniali Rosjanie formułującym się oddziałom?
Na ten temat niewiele wiem, jako, że po wojnie nikt nie lubił, nie chciał czy w ogóle bał się z uwagi na panujący ustrój, o tym mówić. Ale teraz raz po raz ukazują się wspomnienia ludzi, którzy to przeżyli więc coraz więcej wiadomo …..Czyli warunki nieludzkie, przeżyć to była największa sztuka i wręcz dar od Boga... Natomiast pamiętam jak Ojciec opowiadał jak już będąc w Armii Andersa  starano się odkarmić żołnierzy. Najwięcej było … chałwy i pomarańczy... na które potem ledwie mógł patrzeć....Zresztą umundurowano ich, zrzucili wreszcie łachmany, zaczęła się jakaś higiena, powoli wracali do życia...

Teraz prywatnie, o które prosiła mnie  moja młodsza siostra, czy miał pani tata kontakt z misiem Wojtkiem?
Ten niedźwiedź Wojtek to jest wyjątkowo wzruszająca historia i prawdę powiedziawszy dowiedziałam się o nim  niedawno...Nie Ojciec o nim nie opowiadał natomiast to co wyczytałam o nim to urodził się w 1941 roku w Persji, zmarł 22 grudnia 1963 roku w Edynburgu w wieku 22 lat...Żołnierze polscy kupili go za parę puszek konserw od przygodnie spotkanego młodego chłopca. Zaadoptowany został przez żołnierzy 22 Kompanii Zaopatrzenia Artylerii w II-gim Korpusie Polskim. Był jeszcze taki mały, że nie umiał sam jeść karmiono go więc mlekiem z butelki po... wódce, a smoczek zrobiono z jakichś szmatek. Podobno bardzo lubił potem pić z takich butelek... Bardzo polubił także owoce, marmoladę, miód i … piwo. Przeszedł z żołnierzami cały szlak bojowy przez  Iran, Irak, Syrię, Palestynę, Egipt, Włochy aż po Anglię gdzie 15 XI 1947 roku pożegnał się z żołnierzami i oddany został do ZOO w Edynburgu. Tam jest pochowany i ma swój pomnik. Nadano mu stopień kaprala..

Jakie wspomnienia  słyszała pani od Taty o bitwie o Monte Cassino? Który moment w całej kampanii utkwił Pani Tacie najbardziej w pamięci?

Te dwa pytania w zasadzie łączą się. Ponieważ kiedy Ojciec umarł miałam niewiele ponad 18 lat, a jak już wspomniałam wcześniej nie mówiło się wiele o tych sprawach może i dlatego, że nie bardzo było można, a może także dlatego, że miano dosyć wojny, chciano zapomnieć o tych strasznych chwilach i przeżyciach… Osobiście pamiętam najbardziej taki moment kiedy jestem mała, siedzę Ojcu na kolanach, a On mówi mi o takiej bitwie gdzie trzeba było zdobyć takie wielkie wzgórze i że jak się o nie walczyło to „kule świstały koło uszu”. Tego zdania nigdy nie zapomnę. Z takich może bardziej humorystycznych to kiedy stali raz na warcie w nocy we Włoszech z kolegą, a tu za plecami w zaroślach jakiś szum. Zarepetowali broń pewni, że wróg się skrada, a tymczasem patrzą, a z zarośli wychodzi mały osiołek… Ojciec był w I-szym Pułku Pomiarowym Artylerii . Kiedyś źle coś wymierzyli i huknęło w stodołę... Na szczęście była pusta i nic nikomu się nie stało...Podobno we Włoszech wina było więcej niż wody i myli nieraz nogi w winie.... No i Włoszki nie były obojętne na tak przystojnych Polaków.. Powstawały nawet małżeństwa polsko– włoskie… Dramatyczny moment zaś to w Iraku bodajże, kolega, inżynier z którym się bardzo zaprzyjaźnił ciężko zachorował. Ojciec poszedł ugotować mu rosół na wzmocnienie, kiedy z nim przyszedł  już nie żył... Na pamiątkę Ojciec wziął Jego fajkę, jest do dzisiaj u mojego brata Jerzego w Legnicy… Dramatów na co dzień na pewno było więcej, zresztą sama wojna jest wystarczającym dramatem...

Dlaczego Niemcy bronili tak zaciekle Wzgórza Monte Cassino ? Podobno każda niemiecka kronika z tamtych czasów zaczynała się od stwierdzenia: „Klasztor Monte Cassino wciąż się broni”.

Klasztor i Wzgórze stanowiły doskonały punkt strategiczny. Widać było stamtąd cała okolicę. Odcinał aliantom drogę na Rzym. Ponadto jak wyczytałam  niedawno  zaczęto poddawać w wątpliwość czy ta bitwa była konieczna. Niemcy podobno nagle chcieli poprawić swój wizerunek i ocalić klasztor wraz z niezwykle bogatymi zbiorami sztuki i piśmiennictwa. Jednakże zdobycie Monte Cassino właśnie otworzyło aliantom drogę na Rzym. Wcześniej zdobyte zostało Wzgórze San Angelo, przyczółek, otwierający drogę na Monte Cassino. Dokonał tego oddział złożony z żołnierzy tzw. tyłów – listonoszy, kucharzy, itd. który utworzył pułkownik Marian Kuźniewicz, którego poznałam osobiście we Wrocławiu i który mi o tym opowiadał. Wymienia go w swojej książce o bitwie Melchior Wańkowicz. Podobno Stalinowi też nie podobało się za bardzo to zwycięstwo. Bał się, że Polacy staną się zbyt butni po nim, nie da sobie z nimi rady.  Jak wiadomo Monte Cassino zostało zdobyte w wyniku czwartej bitwy 18 maja 1944 roku przez II Korpus Polski, który przełamał w tym miejscu linię Gustawa i linię Hitlera przyczyniając się walnie właśnie do otwarcia drogi na Rzym.  Niestety, w Paradzie Zwycięstwa zabrakło Polaków – jeszcze jedna niesprawiedliwość dziejowa...

Jaki stopień wojskowy zdobył Pani Tata w Armii Andersa?
Ojciec ma stopień sierżanta. Służył w I Pułku Pomiarowym Artylerii. Został odznaczony  Krzyżem Walecznych, Gwiazdą Italii, pamiątkowym Krzyżem Monte Cassino, ma legitymację uprawniającą do noszenia odznaczeń brytyjskich Nr 0431. Po wojnie za pracę dla Ojczyzny odznaczony został  Złotym Krzyżem Zasługi.

Jakie były losy Pani Taty po II-giej Wojnie Światowej. Czy i kiedy wrócił do Polski!
Ojciec wrócił do Polski, tak jak już mogli andersowcy wracać, czyli we wrześniu  1947 roku. Poprzez zawieruchę wojenną kontakt się urwał, ale moja babcia Petronela, czyli matka Ojca nie dawała za wygraną i przez Czerwony Krzyż odnalazła Go. Mama z moim bratem, dziadkowie Radomscy, czyli rodzice Ojca, którzy szczęśliwie powrócili z Sybiru, z Kazachstanu, siostry Ojca już z rodzinami, osiedlili się tuż po wojnie w Wałbrzychu. Kiedy Ojciec wrócił mój brat miał już 8 lat. Wyobrażał sobie, że Ojciec z Anglii przyjedzie wielkim samochodem, może z workiem jakichś niesamowitych zabawek. Rzeczywistość okazała się, niestety, inna. Wrócił w mundurze wojskowym, z wojskowym kocem w kolorze  ciemnozielonym khaki, który jeszcze długo nam służył i paroma drobiazgami – pamiątkami sensu stricto sentymentalnymi o żadnej wartości materialnej. Podobno niektórzy dorobili się na wojnie, ale to nie w stylu mojego Ojca, który do końca pozostał skromnym człowiekiem na najwyższym poziomie. Ojciec zatem przyjechał do Wałbrzycha, ale zaraz potem objął stanowisko Naczelnika Izby Skarbowej w Zgorzelcu, potem w Dzierżoniowie , w którym 28 sierpnia 1948 roku ja się urodziłam. Od 1950 roku zamieszkaliśmy w Legnicy. Tam także Ojciec był najpierw Naczelnikiem Urzędu Skarbowego, a potem powołany został i wybrany na stanowisko Sekretarza Prezydium Powiatowej Rady Narodowej. Stanowisko to wiązało się z przymusem wstąpienia do PZPR. Pamiętam jak tego nie chciał, ale „towarzysze” nachodzili nas w domu, w końcu się zgodził. Miał być może nadzieję, że przestaną dokuczać Mu o Andersa, ale niestety tak nie było. Wzywali go do Partii - „macie towarzyszu dwa garby, byliście u Andersa i przed wojną na stanowisku „ - tak opowiadała Mama. Funkcja ta stała się początkiem frustracji, mimo że zaskarbił sobie w Legnicy i w powiecie legnickim szacunek ludzi – wiedzieli, że „Pan Radomski” to jest ktoś w porządku... W połowie II-giej kadencji odwołano Go i przywrócono na poprzednie stanowisko Naczelnika Wydziału Finansowego. Ciężko to wszystko zniósł, zaczął chorować. Był wielkim patriotą. walczył za Ojczyznę, a potem z całą siłą pracował dla Ojczyzny. Niestety, ocalał na wojnie, a zabił Go pokój... 8  kwietnia 1967 roku  w wieku 59 lat zmarł. Pochowany jest w Alei  Zasłużonych w Legnicy.

Które pamiątki po Tacie są dla pani najważniejsze?
Na pewno zegarek kieszonkowy z łańcuszkiem - DOXA – kupiony chyba gdzieś we Włoszech.  W biurku Ojca zostały naszywki II Korpusu Polskiego, kamyczki  i krzyżyk ze spalonego Klasztoru Monte Cassino, fajka po jego przyjacielu, chusteczka z Betlejem z haftem tamtejszych zakonnic – zawsze na niej kładliśmy opłatek w czasie Bożego Narodzenia. Zegarek jest u mnie, pozostałe rzeczy w Legnicy u brata Jerzego. Parę zdjęć z wojny, parę jeszcze z czasu pokoju, sprzed wojny, kiedy życie w porównaniu z potwornością wojny okazało się być snem...

Wspomnę jeszcze o moim spotkaniu z żoną gen. Andersa Panią Ireną Anders. Nastąpiło ono w Radzie Miejskiej Wrocławia w 2003 roku, gdzie wówczas pracowałam. Pani Generałowa przyjechała do Wrocławia w związku z nadaniem jednej ze wrocławskich szkół podstawowych imienia Generała Władysława Andersa. Kiedy powiedziałam, że jestem córką żołnierza spod Monte Cassino złapała mnie za ręce i wykrzyknęła : ”Ależ dziecko, to przecież my jesteśmy rodziną „ ! Wspólne zdjęcie, jest teraz dalszym ciągiem wspomnień o tamtych czasach...”


Wywiad przeprowadzony w Warszawie w dniu 23 października 2015 roku.



Zdjęcie z archiwum rodzinnego:  Jan Radomski, na pierwszym planie na gruzach Klasztoru tuż po zwycięskiej bitwie.  

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.