Weranda literacka

Ja z Bajkowa / 18

Kitka - Mitka , kiedy  tylko weszłam do Bajkowa zbiegła z Świerka-Ćwierka i stanęła przy bramie wejściowej oglądając się na mnie. - O co chodzi- pomyślałam - bo wiedziałam już, że ta moja przewodniczka nie robi tego ot tak sobie. Weszłam do altanki, położyłam torbę i drugie śniadanie i widząc, że czeka poszłam w jej stronę. Altanki nie zmykałam, ufałam tu wszystkim – i ludziom i drzewom i ptakom i wszystkim zwierzątkom, których jeszcze nie poznałam, a które na pewno miały tu swoje norki jak choćby jeż albo polne myszki...Od razu prześliznęła się przez szczebelki furtki i zaczęła truchcikiem biec w stronę działki pana „Dzień dobry o poranku”. Czyżby stało się coś złego? A może na odwrót – może wydarzyło się  coś bardzo  radosnego i Kitka-Mitka chce pierwsza mi to zasygnalizować ? A może to jednak nie do jego działki biegnie, może miniemy ją i  dalej odkryła coś takiego co warte jest zobaczenia?

                     Ale kiedy tylko dobiegła do furtki pana „Dzień dobry o poranku” skręciła na ścieżkę biegnącą do jego altanki. Stanęłam przed furtką  nie mając odwagi wchodzić sama bez zaproszenia. Działka bo działka, ale jest to jednocześnie teren już prywatny, jakby drugi dom, do którego raczej nie należy wchodzić bez uprzedzenia i bez zaproszenia – prywatność jest bardzo ważną sprawą i należy ją uszanować. Chyba, że dzieje się coś bardzo złego, zauważyliśmy złodzieja, początek pożaru, ktoś  upadł, jest sam i wzywa pomocy i innych tego typu przypadkach, ale normalnie czeka się na zaproszenie... Stałam więc przed furtką wypatrując pana „Dzień dobry o poranku” czy pojawi się i zaprosi mnie do siebie... Nie minęła minutka kiedy wyłonił się z altanki i dał mi znak ręką abym weszła... Już z daleka zobaczyłam, że jest bardzo smutny. A zatem jednak stało się coś złego, a Kitka-Mitka od razu to wyczuła i przybiegła po mnie abym szła na ratunek…

                  Ktoś w nocy zakradł się do gołębnika i ukradł wszystkie gołębie! Pan „Dzień dobry o poranku” był zrozpaczony! Siedział od rana jak  otumaniony i nie mógł wciąż dojść do siebie! Kto to mógł zrobić? A jednocześnie wiedział, że takich gołębi ot tak sobie nie można wykraść, trzeba wiedzieć jak się z nimi obchodzić, a zatem musiał to być jakiś „fachowiec”, ktoś kto też się hodowaniem takich gołębi zajmuje. -Trzeba to natychmiast zgłosić na policję - powiedziałam stanowczo - wyrywając tym pana „Dzień dobry o poranku”z odrętwienia i rozpaczy. - Popatrzył na mnie zbolałym wzrokiem, w którym była i skarga i wątpliwość – co to da? Czy odnajdą je? A może ten ktoś wywiózł je już daleko i będzie sprzedawał po jednym, a wszystkie to takie piękne okazy...Nie  czekając  na  to  co   odpowie  pan  „Dzień dobry o  poranku”  wyjęłam  swój   telefon                                                                     
komórkowy , który akurat miałam w kieszeni swetra, wystukałam numer policji, który znałam na  pamięć. Należy zawsze pamiętać o podstawowych numerach – pogotowie ratunkowe 998, policja 997 i wszystkie inne zgłoszenia 112. We wszystkich miastach są one takie same…

             Kiedy odezwał się policjant krótko zreferowałam o co chodzi...Policjant zaczął zadawać pytania, na które ja nie umiałam udzielić odpowiedzi bo to tylko właściciel najbardziej wie wszystko o swojej własności tym bardziej takiej.... Oddałam więc telefon panu „Dzień dobry o poranku” i obserwowałam jego twarz aby wyczytać z niej czy wiadomości są dobre czy złe. W miarę trwania rozmowy i informacji dotyczących wyglądu  i zachowań gołębi jego twarz przybierała wyraz coraz bardziej radosny i zaczął na niej wykwitać uśmiech pełen ulgi.... Po skończonej rozmowie wpadł jak burza do altanki,  zaczął porządkować ostatnie zdjęcia swoich pupili, dokumenty, przyniósł ze schowka dwie klatki, w których transportował gołębie na konkursy  i zamówił taksówkę aby jak najszybciej dotrzeć na komisariat policji Pragi-Południe.  -  „Wszystko pani opowiem po powrocie!” - rzucił tylko i wybiegł jak strzała, a ja za nim przypominając mu tylko jeszcze o zamknięciu furtki na kłódkę... - Powodzenia! -  krzyknęłam , ale on już nie słyszał bowiem pędził  jak chart spuszczony ze smyczy przed siebie!

             Zostałam sama i postanowiłam sprawdzić gdzie w tym czasie podziała się Kitka-Mitka....Zaczęłam „lustrować” okoliczne drzewa i kiedy gałąź na jednym z nich zaczęła się ruszać jak huśtawka przyjrzałam się jej bardziej. Tak! To Kitka-Mitka wszystko z jej wysokości obserwowała i zaczęła radosny taniec po gałęziach kiedy zobaczyła, że pan „Dzień dobry o poranku” wychodzi z klatkami... Po coś je przecież zabrał, nie chodzi się ot tak sobie z klatkami pod pachą aby paradować po mieście dla fasonu... Puste klatki to smutny widok, a pełne to radość i zwycięstwo! Teraz tylko czekać kiedy wróci z pełnymi i w gołębniku znów da się słyszeć tak ukochane dla niego gulgotanie! -Trwaj na posterunku kochana Kitko-Mitko- powiedziałam do ruszających się gałęzi, a sama przyspieszyłam kroku bo z emocji poczułam głód i wspomnienie czekającej mnie bułeczki z szyneczką tym bardziej pognało mnie do przodu.

                 Jak wiadomo wychodząc  nie zamknęłam altanki, wszystko  było w niej dostępne. Kiedy zobaczyłam Czarnego Kota siedzącego pod nią bardzo się ucieszyłam. Pamiętał o mnie, odwiedził! Kiedy jednak zbliżyłam się blisko niego czmychnął na bezpieczną odległość i patrząc mi prosto w oczy  oblizywał się z lubością! Ponieważ bardzo lubię patrzeć jak kot oblizuje języczkiem swój pyszczek więc stałam i patrzyłam, ale owo oblizywanie z czasem zaczęło mi się jakieś zagadkowe wydawać – aż tyle się oblizuje? A może po czymś smacznym? Nie czekając chwili weszłam do altanki i to co ujrzałam zmroziło mnie. … Kanapka była rozwleczona po podłodze, szyneczka wyjedzona, a masło rozsmarowane jak pasta do podłogi....W pierwszej chwili poczułam złość i żal bo taki sobie robiłam apetyt na drugie śniadanie, ale  po chwili po prostu roześmiałam się! Nie ma co, mam stołownika, którego instynkt samozachowawczy jest silniejszy od dobrych manier! Trzeba będzie zatem zgromadzić saszetki różnych Kite-Katów żeby zawsze mieć jakąś przekąskę w pogotowiu, a swoje jedzonko skrzętnie chować. Chyba , że  będzie można akurat się nim podzielić. W  rekompensacie zrobiłam sobie dobrą kawę, na to kot nie będzie miał ochoty, jak dotąd to koty  raczej piją mleko.... Zniewalający aromat tego napoju, na ziarnach którego jako pierwsze poznały się pasące wysoko w górach andyjskie kozy, uspokoił mnie i co do gołębi i kanapki z szynką i pijąc go małymi łyczkami oczami wyobraźni widziałam już tylko pana „Dzień dobry o poranku”, który niesie klatki pełne białego, bulgoczącego szczęścia…

                       Długo to trwało, ale w końcu wyłonił się na początku ścieżki.  Wybiegłam mu na spotkanie i zobaczyłam najbardziej szczęśliwego człowieka na świecie.! Obie ręce miał zajęte swoim białym szczęściem!  Odebrałam jego teczkę, która mu przeszkadzała dźwigać ów słodki ciężar i   możliwie jak najszybciej dotarliśmy do jego działki ! Zniknął zaraz w swoim gołębniku, a potem krzątał się   przy swoich pupilach, mówił do nich, aż w końcu nakarmiwszy i napoiwszy je usiadł przy mnie…

       - „Ale historia- zaczął swoją opowieść.  Jakiś  młokos, którego dziadek też kiedyś hodował gołębie więc trochę znał się na nich postanowił i sobie założyć na dachu swojej kamienicy gołębnik. Ot, nagle  i  niespodziewanie, z  nudów,  wpadł  na  genialny  pomysł  i  postanowił   go                                                                       
zrealizować jak najszybciej i najłatwiejszym kosztem... Chodził po działkach i patrzył kto ma gołębie… Musiał na pewno nieraz przechodzić koło mnie, ale zajęty nimi nie zwróciłem uwagi, że ktoś się przygląda. Zresztą, byłoby mi nawet miło gdyby okazało się, że przygląda się mojemu hobby jakiś młody człowiek, którego ono też interesuje. Chętnie opowiedziałbym mu wszystko, przekazał całe swoje doświadczenie bo to jest wielka satysfakcja kiedy starszy może  młodemu pokoleniu przekazać swoją widzę żeby szła dalej, nie zmarnowała się... Ale widać są i młodzi, którzy bezmyślnie chcą  wykraść  coś z czym i tak nie dadzą sobie potem rady, a jednocześnie narobią tyle przykrości komuś kto poświęcił  dla tego zajęcia tyle serca... Otóż młodzieniec ten popiwszy tęgo z kolegami poszedł na działki wykazać się stanowczością w zrealizowaniu swojej zachcianki. Padło akurat na mnie...Człowiek  nigdy nie wie z której strony i od kogo przyjdzie szczęście albo nieszczęście....Dostał się dosyć łatwo, furtka choć zamykana na kłódkę nie jest zbyt wysoka, a potem do gołębnika też zamykanego na kłódkę, ale taką zwyczajną, łatwą dla silnego draba do wyrwania… Znalazł duże reklamówki, które ze sklepów gromadzę na ewentualne potem śmieci i wieszam tuż przy gołębniku. Zaczął „pakować” gołębie  trzech, poupychał jak kartofle i dalej z nimi w miasto. Może chciał się pochwalić kumplom  swoim bohaterstwem, przyszedł z nimi na plac Szembeka bo to niedaleko od działek... Jest tam piękny placyk z ławkami, lampionami świecącymi całą noc wszystkimi kolorami tęczy, tryskającymi do północy na kolorowo fontannami no i co najważniejsze całodobowym sklepem z alkoholami… Kumpli, niestety, już nie było więc usiadł  na ławce, żeby zapewne namyślić się co dalej,  torby postawił na ziemi  i wtedy zaczęły wyskakiwać z nich podduszone już prawie gołębie... Rozeszły się w oka mgnieniu po placu, młokos zaczął je łapać i w tym monecie nadjechał radiowóz policyjny, który  raz po raz w nocy patroluje tą dzielnicę. Widok jaki  im się ukazał zaiste wart byłby sfilmowania! Noc, pusty plac, białe gołębie w świetle kolorowych lampionów  w kolorach tęczy i zataczający się, pijany młodzieniec między nimi... Czy trzeba lepszej sceny aby  nie domyślić się, że to chyba nie właściciel późną nocą wyprowadza swoje gołębie na spacer pod  lampiony… Zadzwonili natychmiast po drugi radiowóz  i policjanta, który akurat zna się na gołębiach bo sam je hoduje… Udało się opanować stadko, bezpiecznie przewieźć na komendę, umieścić w przywiezionych przez owego policjanta  klatkach, zaaresztowanie młodzieniaszka i tylko czekano na zgłoszenie o kradzieży... - „Jaki jestem pani wdzięczny, że pani zadzwoniła. Ja byłem porażony  tym wydarzeniem, nie wiem co by się stało gdyby pani nie przyszła i nie wsparła mnie..”

Jak miałam powiedzieć, że to nie mnie powinien dziękować tylko Kitce-Mitce, która   zaprowadziła mnie do niego tego ranka …

 Ewa Radomska cdn.                                                                         

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.