Weranda literacka

Ja, z Bajkowa... 13

Sernik, wino i… książki!
Jabłonka obsypana została niezliczoną ilością jabłek. Były jeszcze malutkie, widać jakaś zimowa odmiana, ale niektóre już miały zaróżowione „policzki” jak dziewczynka, która się zawstydziła... Będą na szarlotkę jak znalazł - cieszyłam się. Odkryłam kiedyś świetny przepis na „szarlotkę Andrzeja”. Dlaczego akurat „Andrzeja”? Nie mam pojęcia, ale wiem, że ilekroć ją zrobiłam zawsze się udawała. Kto chce przepis, proszę bardzo!

20 dag mąki, 12,5 dag cukru,12,5 dag margaryny „Kasia”, 2 jajka, 1 łyżeczka proszku do pieczenia, 2 łyżki cukru, 1 łyżka smażonej skórki pomarańczowej, 5 dag rodzynek, 75 dag jabłek. Wykonanie: Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia, przesiać na stolnicę. Dodać „Kasię”, cukier puder, żółtka, wszystkie składniki posiekać nożem, a następnie chłodnymi rękami wyrobić szybko ciasto, zawinąć w folię i wstawić do lodówki na co najmniej 30 minut. Jabłka obrać, wyjąć gniazda nasienne, pokroić i dusić w rondlu z odrobiną wody, aż będą miękkie. Dodać oczyszczone i umyte rodzynki i drobno pokrojoną skórkę pomarańczową. Wymieszać, odstawić. Wyjąć ciasto z lodówki, formę wysmarować „Kasią” i wylepić ciastem. Wstawić do piekarnika i podpiec na jasnozłoty kolor w temperaturze 200 stopni C. Z białek ubić sztywną pianę, pod koniec ubijania dodać 2 łyżki cukru. Na podpieczonym cieście - nie na surowym bo zrobi się zakalec - ułożyć warstwę jabłek i przykryć je pianą z białek. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 150 stopni C i trzymać w nim do czasu, aż piana lekko się przyrumieni.
No i „hotowe!” jak mówią Czesi. A potem smakuje tak, że palce lizać...

A zatem szykuje mi się jesień pełna zapachu pieczonej szarlotki ! Ale zaraz, zaraz, a co tutaj pod tymi liśćmi się kryje ? Zafascynowana Kitką-Mitką, Świerkiem-Ćwierkiem, a teraz jeszcze Czarnym Kotem, nie mówiąc o białych gołębiach „Pana dzień dobry o poranku” nie przypatrzyłam się dokładnie wszystkim krzewom i roślinom, które w Bajkowie były jego nieodłączną częścią i stanowiły o jego bogactwie. Długie, zbrązowiałe pędy , które oplatały stalowy postument nie wydawały mi się zbyt ciekawe z wyglądu stąd nie usuwałam ich, ale też nie przejmowałam się nimi zbytnio. Potem zauważyłam na nich zaczątki pączków, z których zaczęły wydostawać się nieśmiało najpierw małe, a potem coraz większe listki. Listki przerodziły się w dorodne liście co mnie bardzo ucieszyło bo zakątek ten od razu nabrał innego wyglądu! I właśnie teraz podeszłam do tych dorodnych liści i odgarnęłam je. Znieruchomiałam z zachwytu. Toż to najprawdziwsze winogrona! Jasno niebieskie jeszcze, ale niebawem zrobią się granatowe i słodkie ! Winogrona - przecież z nich robi się wino! Takie prawdziwe wino, domowej roboty, pełne słońca i witamin, do szarlotki jak znalazł! Ale jak robi się wino? Tego już nie wiedziałam, to wyższa „szkoła jazdy”, ale może coś w tym względzie będzie wiedział „Pan dzień dobry o poranku”!

Rozmarzyłam się. Usiadłam na leżaczku i wyjęłam do czytania książkę. Kornel Makuszyński to mój ulubiony pisarz jeszcze z dzieciństwa. Kto z nas nie fascynował się przygodami Koziołka Matołka? I mimo że od dzieciństwa jako takiego dzieliło mnie ponad pół wieku to fascynacja pozostała bo jak coś się polubi naprawdę, to zawsze się do tego wraca.... Tym bardziej, że pan Kornel pisał nie tylko dla dzieci. Kupiłam niedawno za 1 zł z „podłogi”, a raczej z „ulicy” od sprzedawcy książek rozłożonych na przybrudzonym kocu przed sklepem spożywczym „Awantury arabskie”- ależ egzotyka i mądrość Wschodu! A teraz zawinszowałam sobie w bibliotece „Bezgrzeszne lata”. Tak, tak, to wczesna młodość, najwcześniejsza, kiedy wrażliwość jest jak napięta struna, a odwaga nie uznaje żadnych przeszkód! Julian Tuwim, tak pięknie piszący także dla dzieci, którego lokomotywa wciąż stoi na stacji i dyszy i czeka..., powiedział tak o młodości: „Bo coś takiego jest w młodości, co jest mądrzejsze od mądrości” . No właśnie, więc wracając do ulubionego pisarza z dzieciństwa przypomina sobie człowiek o tym jak samemu było się kiedyś herosem odwagi i miało się marzenia pełne fantazji, które na pewno miały się spełnić....

Przypomnienie dzieciństwa zawsze kojarzy mi się z najpierwszą książeczka jaką dostałam mając może 5 lat? Mój Tato przywiózł mi właśnie z Warszawy, bo wtedy mieszkaliśmy na Dolnym Śląsku. Była to książeczka „Na jagody” Marii Konopnickiej. Prosiłam ciągle aby mi ją czytać i oczami wyobraźni widziałam Jasia, który wybrał się na jagody do jagodowego królestwa aby zebrać je dla mamy z okazji jej imienin... Krzaki jagód były większe od niego, spotykały go tam różne przygody, ale on dzielnie szukał jagód... Kiedy zatem w dorosłości nadarzyła się okazja wyjechać do Lwowa na wycieczkę i odwiedzić grób naszej słynnej pisarki uczyniłam to bezzwłocznie. Grób Marii Konopnickiej/ 1842-1910/ mieści się w Panteonie Wielkich Lwowian na Cmentarzu Łyczakowskim, a na nagrobku umieszczony jest fragment jej wiersza: „Proście wy Boga o takie mogiły, które łez nie chcą, ni skargi, ni żałości, lecz dają sercom moc czynu, zdrój siły na dzień przyszłości...”.

Drugą najważniejsza, którą już sama mogłam czytać to „Cudowna podróż” szwedzkiej noblistki Selmy Legerlof /1858-1940/. Dostałam ją na Gwiazdkę, ale zanim udałam, że to dla mnie niespodzianka wcześniej odkryłam ją w szafie skrzętnie schowaną jako gwiazdkowy prezent... Dzieci uwielbiają takie buszowanie za prezentami, ciekawość je rozpala, tylko, że potem nie ma już niespodzianki... Ale odkrycie, że prezentem gwiazdkowym będzie książka, to jedno, a czytanie jej, zafascynowanie się treścią i przez to danie swojej wyobraźni przestrzeni do marzeń to zupełnie inna sprawa. Czytałam ją potem i czytałam i wciąż na nowo odbywałam podróż na grzbietach gęsi wraz z niegrzecznym Nikiem zaklętym w krasnoludka... Laponia odkrywała wciąż swoje piękno, a zwierzęta uczyły naturalnych praw życia...

Jakie to niesamowite, że potem przeczyta się w życiu tyle książek, ale najbardziej pamięta się te najpierwsze... Zresztą nie tylko tak z książkami jest. Wszystko co pierwsze jest zawsze zachłyśnięciem, szuka się potem tego wrażenia, ale powtórki nie ma, wszystko jest już inne bo po jak mówi nasza noblistka Wisława Szymborska „nic dwa razy się nie zdarza, nie ma dwóch tych samych nocy, dwóch tych samych pocałunków, dwóch jednakich spojrzeń w oczy...”Ale może to i dobrze, że tak jest bo przez to to drugie staje się także znów jako pierwsze...


Ewa Radomska /ciąg dalszy nastąpi.../

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.