Co dalej z edukacją?

Nie doceniamy i nie chcemy docenić edukacji tzw. nieformalnej.

 

Niepokoi mnie współczesny styl studiowania, a mój niepokój dla wielu osób będzie pewnie niezrozumiały. Bo czegóż tu się niepokoić? Wszak coraz więcej młodych ludzi kończy studia i procent osób legitymujących się dyplomem wyższej uczelni radośnie wzrasta. Dorównujemy powoli zachodowi Europy. Liczę na to, że osoby, które studiowały i studia ukończyły jakieś trzydzieści lat temu, mój niepokój podzielają.


Zjawisk niepokojących w tej dziedzinie jest wiele, chociaż wszystko pozostaje w zgodzie z normami europejskimi.


Na przykład: rekrutacja na studia. Maturzysta w momencie ukończenia szkoły średniej dostaje do ręki trzy egzemplarze dokumentu uprawniającego do ubiegania się o przyjęcie na studia (oryginał świadectwa maturalnego plus dwa pełnoprawne odpisy). Ten stan posiadania daje w zasadzie nieograniczone możliwości, powodujące, że każdy kto tylko zechce, niezależnie od intelektu, może zostać studentem. Jak nie przyjmie go uczelnia państwowa, to przyjmie prywatna, pod warunkiem, że zapłaci za naukę regulaminową należność. Jeśli w trakcie studiowania egzamin obleje, to w nieskończoność może sobie za poprawki płacić. Będzie w ten sposób najcenniejszym studentem i uczelnia sto razy mu pisemnie przypomni o zobowiązaniach, nim go skreśli z listy.
Oszczędny i roztropny student nie pozwoli sobie na to, by tak bezkarnie wyprowadzać gotówkę z jego kieszeni, szczególnie, gdy rodzice nie wnoszą na ten cel subwencji i trzeba sobie samemu zarobić. Dołoży starań i zda wszystko w terminie. A jak jest sprytny, uda mu się nawet nie odwiedzić w ciągu całych studiów żadnej biblioteki. Nie ma tak, żeby czegoś nie było w Internecie. Wystarczy tylko dobrze poszukać, skleić, wkleić, wyciąć, wyrzucić i jest. Można nawet nie mieć pojęcia o ortografii, bo błędy komputer podkreśli.
Trzy lata studiów licencjackich miną jak z bicza trzasnął i już w rubryce wykształcenie – można sobie wpisać: wyższe. Tylko wyższe od czego!?
Studia uzupełniające czyli magisterskie można sobie wybrać całkiem z innej beczki. Nie wierzę, mimo że staromodnie, do naiwnych się zaliczam, że można w ciągu dwóch lat zgłębić jakąś dziedzinę wiedzy.


Ktoś mógłby pomyśleć, że po prostu zawistna jestem i odmawiam młodym ludziom drogi do światłości i kariery. Nie, nie jestem! Cieszą mnie sukcesy innych, ale te prawdziwe.


Zastanawiam się nad skutkami społecznymi takiego stanu rzeczy. Bo czy to dobrze, że można sobie buty wyczyścić u pucybuta z wyższym wykształceniem? Czy to dobrze, że portierem w fabryce jest magister filozofii, czy to dobrze, że przy taśmie produkcyjnej stoi doktorant? No chyba nie, bo jest to sprzeczne z interesem ogólnym i indywidualnym. Nie ma sensu się trudzić przez kilka lat, by potem wykonywać pracę, do której stanąć można po szkole podstawowej, a nawet specjalnej.
Znajomy Niemiec zapytał mnie kiedyś, czy wiem, że jesteśmy krajem ludzi ,,ponad kwalifikowanych” i czy to prawda, że urządza się castingi, by zatrudnić sprzątaczkę. Nie wiem, nie znam wszystkich precedensów. Wiem natomiast doskonale, że dysproporcja pomiędzy nadprodukcją magistrów, a potrzebami rynku, wzrasta i urasta do stanu chorobowego. Boję się, że niedługo nie będzie komu chleba piec, naprawiać butów, sprzątać ulic, bo to zajęcia niechlubne i nieprzystające do modnego wizerunku człowieka nowego wieku.
Kiedyś studiowali nieliczni. Niekoniecznie ci, którzy legitymowali się najwyższą średnią. Nie było świadectw z paskiem. Maturzysta dostawał tylko oryginał świadectwa i mógł z nim pójść tylko na jedną uczelnię. Jak mu się od razu nie powiodło, to musiał odczekać do następnego roku. A o przyjęciu na studia decydował wynik egzaminu wstępnego, który kandydat zdawał przed bardzo utytułowaną komisją, a przebieg studiów, liczba sukcesów i porażek zależały od ilości godzin spędzonych nad książką. Magistrem stawał się człowiek po pięciu latach studiów jednolitych – nie podzielonych na licencjat i magisterium. A wprawę miał taką w obchodzeniu się z książkami, że łykał kilkaset stron w jeden wieczór.
Badania pokazują, że czytamy coraz mniej. Właściwie tylko około 20% Polaków jest w stanie przeczytać grubszą (200 stron) książkę. Wiele osób przyznaje się bez żenady, że nie przeczytali ani jednej lektury szkolnej. Jakoś im się to udało z pomocą gotowców, bryków, streszczeń. Nie nabyli w wieku szkolnym nawyku czytania, no to go w dorosłym życiu nie mają.
Na szczęście znam parę osób, które reprezentują bardzo ,,archaiczne” postawy czytelnicze: do ulubionych książek ciągle wracają i mają potrzebę posiadania ich na własność, by w każdej chwili zajrzeć, przeczytać ulubiony fragment i przeżyć swoisty ,,katharsis”. Te osoby należy traktować jak perły i zapewnić im ochronę osobistą, by nie były narażone na kpiny i społeczne potępienie.
Dawny styl studiowania miał jeszcze jedną cenną zaletę: wdrażał młodego człowieka do uczestniczenia w życiu kulturalnym. W dobrym tonie było bywanie w teatrze, na koncertach, odczytach, spotkaniach. Oczywiście okazji do rozrywek ,,niekulturalnych” nie brakowało, ale można sobie było dozować naprzemiennie różne rodzaje uciech i ewentualnie te mniej chlubne upodobania przed bracią studencką ukryć i ostatecznie obronić swoje dobre imię i cześć. Nie usiłuję tu udowadniać, że studenci dnia dzisiejszego potrzeb kulturalnych nie miewają. Miewają i to jak, ale jak je zaspokoić, skoro uczelnia znajduje się w prowincjonalnej mieścinie, w której jedynym przybytkiem sensownej rozrywki jest miejski dom kultury, za to pubów i dyskotek jest pod dostatkiem? Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.
Utworzenie filii wyższej uczelni w prowincjonalnym mieście niesie jeszcze jedno poważne niebezpieczeństwo, jakim jest nasycenie lokalnego rynku pracy absolwentami jednego kierunku. Zazwyczaj filie oferują studia na dwóch lub trzech kierunkach, co oznacza, że w perspektywie miasto stanie się siedliskiem samych pedagogów lub socjologów.


Pokutuje też w narodzie przekonanie, że jeśli ktoś edukację formalną zakończył stosownym świadectwem czy dyplomem, to już niczego uczyć się nie musi.
To błędne przekonanie przyczynia się do masowego i nieraz bezsensownego zasilania rzeszy bezrobotnych.


Nie doceniamy i nie chcemy docenić edukacji tzw. nieformalnej. Szczególnie w małych miasteczkach i na wsiach.
W każdej niemal wsi znajduje się świetlica wiejska. I jak sama nazwa wskazuje, miejsce to powinno rozświetlać prowincjonalne życie. A tak nie jest, bo służy ono tylko rozszerzeniu oferty zwanej prostą rozrywką – głównie urządza się tam zabawy taneczne zakrapiane alkoholem. Ja natomiast uważam, że byłoby to fantastyczne miejsce dla edukacji, którą sobie, na swój użytek nazywam ,,wzajemną”. Czyli taką, gdzie młodzież mogłaby się nauczyć od osób starszych sztuk zapomnianych lub odchodzących w zapomnienie – robótek ręcznych, majsterkowania, itp. Zaś starsi mogliby opanować, z pomocą młodzieży, np. sztukę obsługiwania komputera.
Gdyby jeszcze lokalni luminarze zechcieli sięgnąć do kieszeni gminnej, znalazłyby się środki na pomoc w przygotowaniu do matury, na naukę gry na instrumentach muzycznych, rozwijanie talentów, naukę języków. A językami obcymi posługujemy się kiepsko lub wcale. Nie każde wiejskie dziecko w wieku szkolnym ma w domu tzw. księgozbiór podręczny – encyklopedię, słowniki, atlasy. Nie każde dziecko jest w stanie samodzielnie odrobić zadania i przygotować się do lekcji na następny dzień. W świetlicy taką pomoc mogłoby dostać. Zwłaszcza, że w pobliskim mieście ,,produkuje się” rocznie kilkuset pedagogów w stopniu licencjata.
Kiedy zgłaszam takie propozycje władzom gminy, patrzą na mnie jak na osobę co najmniej lekko szurniętą, bo lokal ma służyć rozrywce, a nie temu, by po szkolnych zajęciach, czy po przyjściu z pracy – jeszcze się uczyć.
Czuję się jak Don Kichot walczący z wiatrakami albo brodaty prorok, który widzi tylko na czarno.

Wanda Szymanowska
 

Autor wpisu*:
2 x 7 (mnożenie) =