Boska! Jandy - radością i smutkiem (przewrotnym) Sępicy

Telewizyjna Boska! Krystyny Jandy była ucztą. Fenomen jej aktorstwa powoduje, że zaraża nawet tych, którzy do teatru na co dzień wcale się nie garną. A tych, którzy wręcz odwrotnie – Janda wręcz uzależnia


W „Boskiej” to ona z kolei pokazuje uzależnienie od sztuki. Ale jakże przewrotnie, niemal perwersyjnie. Poprzez postać śpiewaczki, która, fałszując straszliwie, właśnie w śpiewaniu widzi sens swego życia. I śpiewa. Za wszelką cenę. Publiczność wali drzwiami i oknami, szydzi, kpi i bije brawa, bezlitośnie bawiąc się jej uzależnieniem.

My też się śmiejemy. Gdyby tej postaci nie grała Janda, byłby to śmiech okrutny, śmiech z kalectwa, z głupoty, z okrucieństwa losu, z naiwnej do kresu wytrzymałości idiotki. Ale nasz śmiech, mimo iż gromki, był dobroduszny. Śmialiśmy się głośno, ale nieomal z sympatią.

 Bo Janda potrafiła tak pokierować naszymi emocjami, że znaczenie marzenia naiwnej bohaterki stało się o niebo ważniejsze niż jej idiotyzm! Potrafiła przebić nasz słuszny, racjonalny osąd czysto ludzką sympatią. Czy widzicie inną aktorkę, która by potrafiła tak skutecznie nas zmanipulować? Tak przekonać swoją interpretacją? Tak zarazić swoim, specyficznym, niepowtarzalnym wirusem scenicznej magii?

Janda, jak jej bohaterka, też mówi o sobie, że scena jest jej życiem. Wiec, jak i ona, jest od sceny uzależniona. Na jej Boską! ludzie też walili drzwiami i oknami i też nieprzytomnie bili brawa. Jandzie dajemy prawo obrony swojej bohaterki. I akceptujemy jej manipulację.

Boska! Krystyny Jandy w Teatrze TV niesie także odrobinę smutku. Potwierdza, że sztuka w telewizji nie ma szansy w konkurencji ze sztuką w teatrze. Nawet najlepiej zrobiona, nie odda jego charakterystycznej, niepowtarzalnej, jedynej w swoim rodzaju aury. Powód? Bo nie daje możliwości przeniesienia WSPÓLNOTY WIDOWNI. Tej - przepraszam - duchowej, która w teatrze odczuwalna jest nieomal fizycznie, kiedy to nagle zapada cisza, w której „mucha nie siada”, pojawia się napięcie, stężone jak naciągnięta do granic wytrzymałości struna, czy kiedy nagle wybucha jednoczesny, totalny śmiech. Ta aura żyje swoim scenicznym, teatralnym, immanentnym życiem. Zaś my, widzowie telewizyjni, nie oddychamy tym samym, żywym, wspólnym powietrzem, które drga na widowni i pomiędzy widownią a sceną, które zagarnia nasze emocje i wrażenia, unosi je pod sufit, rozprzestrzenia i przenosi ku aktorom.
 
Ale smutek to przewrotny! Bo jest dowodem, że telewizja, nawet taka z najwyższej półki, nie zastąpi teatru. Że teatr będzie żył zawsze, a nawet o jeden dzień dłużej.
Gwoli ścisłości: na spektaklu telewizyjnym bardzo, bardzo wiele zyskała rola Macieja Stuhra. Zbliżenia kamery pokazały to, co ze sceny, w cieniu głównej bohaterki, musiało przebiegać na drugiej linii. Gra twarzy aktora (plus charakteryzacja) to był majstersztyk, majstersztyk bosko zniuansowany. Wielkie brawa!
Elżbieta Kisielewska
foto: Alicja Kozłowska
 
PS. Boska! Krystyny Jandy, nie jest – zwracam się w celu spacyfikowania ewentualnego sępiego niepokoju koleżanek feministek - sztuką o babskim idiotyzmie. Spoko. Jej bohaterem bezkolizyjnie może być facet- idiota, np. taki z wielkim fijołem na punkcie piłki nożnej.
Autor wpisu*:
2 x 7 (mnożenie) =