- Jesteś tutaj:
- Strona główna
- » Sępica
- » SĘPICA u amsterdamskiej Polki (1)
Przeczytaj także…
SĘPICA u amsterdamskiej Polki (1)

Ludzie, opamiętajcie się! Wyjdźcie ze swoich czterech ścian i używajcie życia – bierzcie je, anektujcie publiczną przestrzeń, szukajcie wrażeń!
BEATA BARADZIEJ mieszka w Amsterdamie od 14 lat. Skończyła tu studia i pracuje jako psycholożka z emigrantami pierwszej i drugiej generacji. Feministka i wegetarianka. Wraz z organizacją „Kobiety na falach”, promującą na świecie legalną i bezpieczną aborcję, była na statku- klinice, który w roku 2003 przypłynął do Polski.
Zadomowiłaś się w tym mieście. Dlaczego właśnie tutaj? Bo 14 lat temu czułam się tu świetnie. Teraz trochę się to zmieniło, ze względu na narastającą ksenofobię i populizm. W holenderskiej polityce, jak i w mediach. Ale w Amsterdamie nadal jest miejsce dla różnorodności i jest ona tu regułą. Każdy styl życia ma prawo istnienia. Fakt, że trudniej zrobiło sie gejom, których spotykają wyzwiska czy pobicia przez młodzież pochodzenia marokańskiego. Trochę trudniej żyje się też mniejszościom, bo klimat polityczny zmienił się na mniej przyjazny. Odczuwają to także przyjeżdżający do pracy Polacy. Od lat 70. normy obyczajowe są tu luźne, młodzi żyją ze sobą bez ślubu, nawet nie planując go w przyszłości, a małżeństwo uznawano za patriarchalny, drobnomieszczański przeżytek. Trochę się to ostatnio zmienia. Poza tym inne normy obowiązują w środowiskach holenderskich, imigrantów europejskich, tych z dawnych kolonii holenderskich - Surinamu i Antyli, a inne wśród mniejszości muzułmańskich.
W Holandii już sam język daje przestrzeń życiową i oddech - no, powiedzmy oprócz ich gardłowego ‘ch’ i ‘g’ - ale mieszkanie ze swoim partnerem to ‘samenwonen’ czyli dokładnie: mieszkanie razem. W Polsce nadal mnie zatyka, kiedy słyszę ten straszny „konkubinat” i potykam się o własny język, gdy mam o tym mówić. Bo jak mam powiedzieć? Że na kocią łapę? Szkoda, że nie wzięli tego na warsztat Starsi Panowie Dwaj.
To, co mi się swego czasu bardzo tu podobało, to otwartość na inność, na imigrantów. Niestety, zmienia się to w zastraszającym tempie. Parę lat temu pytanie, czy mam zamiar kiedyś wrócić do Polski, było nie do pomyślenia. Teraz jest normą. Szkoda. Sławetna holenderska otwartość na przybyszów z innych krajów ulatnia się jak kamfora. Powoli zaczynam sie czuć w Amsterdamie, gdzie już od dawna jestem u siebie, jak w Warszawie, gdzie byle palant wali per „ty” przybyszom zza wschodnich granic i pomiata nimi do granic niemożliwości. Zapomniał wół, jak cielęciem był i jak sam handlował z polowego łóżka w Berlinie lub Wiedniu.
Jaką rolę odgrywa w tych zmianach państwo? Państwo od paru lat staje się coraz bardziej konserwatywne i przyczynia do wzrostu ksenofobii. Paradoksalnie, występuje tu podobieństwo do Polski: równoległe pokolenie też było zaangażowane w sprawy społeczne. Ich młodsze odpowiedniki może i też są, ale raczej nie tworzą żadnego poważnego ruchu. Choć może właśnie zaczynają? W Polsce może nawet bardziej niż w Holandii?
Jak rząd traktuje ludzi 50+, czy daje im szanse na samorealizację? Tutejsze społeczeństwo jest od lat społeczeństwem obywatelskim i wytworzyło zwyczaje, wręcz kulturę, która polega na tym, że starsi zajmują się różnymi sprawami i są bardzo zajęci. Zbierają się w klubach osiedlowych i zajmują się tym, co ich najbardziej interesuje. Na przykład gremialnie podróżują i łatwiej ich spotkać na trasach rowerowych niż młodych ludzi. Nie jest niczym niezwykłym, że mają swoje hobby i rozrywki.
Nie jest to więc problem dla państwa? Jest on istotny jedynie w kontekście starzenia sie społeczeństwa. Rząd w dobie kryzysu myśli o wydłużeniu obowiązku pracy do 67 roku życia. Pewnie w ramach kompensacji za inne kraje Europy, gdzie idzie się na emeryturę po 50-ce. Ktoś musi tę Europę utrzymać.
Czy istnieją grupy zachowawcze, wrogie nowoczesnemu stylowi życia i myślenia? Nie da sie na warunki holenderskie przełożyć polskiej konserwy, bo tutejsze starsze pokolenie to dawni buntownicy, hippisi, socjaliści i para-anarchiści. Konserwatywny styl życia można spotkać jedynie na prowincji, w tzw. pasie biblijnym, na który składają się wyjątkowo religijnie zatwardziałe gminy. Podziały na konserwę i nowoczesność nie mają tu nic wspólnego z wiekiem.
Jaką wartość holenderskiego życia przeniosłabyś na grunt polski? W „Gazecie Wyborczej” przeczytałam swego czasu przerażający tekst o polskim społeczeństwie, które najchętniej ogląda telewizję, śpi albo nie robi nic. To jakieś polskie przekleństwo - autokastracja z energii życiowej. Ludzie, opamiętajcie się! Wyjdźcie ze swoich czterech ścian i używajcie życia. Bierzcie je, anektujcie publiczną przestrzeń, szukajcie wrażeń!

Zapisała: Elżbieta Kisielewska
foto: Alicja Kozłowska
Do ilustracji artykułu wykorzystano zabawny auto-rysunek autorstwa Beaty Baradziej, a obok zdjęcie bohaterki wywiadu w trzech odsłonach.
