Ale się zasiedziałam!
Anglia jaką widzę (11). Ile razy doświadczaliśmy uczucia zdziwienia na widok godziny, którą wskazuje zegarek? Wtedy najczęściej pada: „Ojej, ale się zasiedziałam!” I w zależności od sytuacji, usadawiamy się jeszcze wygodniej na kanapie, prosząc o kolejną filiżankę herbaty lub nerwowo zakładamy płaszcz, żeby już za chwilę zamiatać nim schody, po których zbiegamy w pośpiechu. Tak było z moim przyjazdem do Anglii. To miał być krótki rekonesans, żeby sprawdzić czy uda mi się tu żyć. Dałam sobie trzy miesiące na sprawdzanie. W kieszeni miałam bilet, by zdążyć do domu na Święta Bożego Narodzenia. Ze zdziwieniem stwierdzam, że upłynęło już sześć lat, a ja nadal proszę o kolejny kubek herbaty i gospodarz podaje mi go z uśmiechem na ustach. Może dlatego lubię tu być.
Jednak bez względu na to, czy ktoś tak jak ja lubi Anglię, czy tylko przyzwyczaił się do niej, czy po prostu musi tu być, wszyscy zgodnym głosem przyznają, że w tym kraju żyje się miło, łatwo i przyjemnie czyli po prostu wygodnie. A kto z nas nie lubi wygód? Ale, jak za wszystko, tak i za wygody musimy zapłacić. Ceną jest: rozłąka z najbliższymi, tęsknota za przyjaciółmi, za tym co znamy od dzieciństwa i - mówiąc najprościej - zmianą swoich przyzwyczajeń. Tego ostatniego musimy dokonać jak najszybciej, bo inaczej cena będzie zbyt wysoka i gra nie warta świeczki.
Chociaż angielska tolerancja nie zmusza do zmian postawy czy nawyków, to kolejna cecha Wyspiarzy – asertywność, stawia mur między nimi, a nowoprzybyłymi, próbującymi wprowadzić swoje zwyczaje. „Jak wlazłeś między wrony, to kracz tak jak one” – mówiła moja mama, i to powiedzenie stało się najlepszym paszportem w mojej angielskiej podróży.
Anglia jest krajem wielokulturowym, wielonarodowościowym, gnieździ się tu tyle religii i obyczajów, że trudno za tym nadążyć; nic dziwnego, że nie bardzo interesuje ich skąd pochodzisz i jaki jest twój kraj. Po pierwsze, wychodzą z założenia (poniekąd słusznego), że skoro „cały świat” ciągnie na Wyspy, to znaczy że tu jest lepiej. Po drugie, ich zamiłowanie do podróżowania sprawia, że widzieli więcej niż przeciętny Europejczyk, może dlatego nie padają na kolana przed obcokrajowcami i tym co zagraniczne. Mieszanka jaką tworzy ten swoisty patriotyzm i umiłowanie tradycji sprawia, że dla Anglika najlepsze to co angielskie, na wszystko mają swoje - angielskie - sposoby. Nie lubią jedynie tutejszego klimatu. I tak, jak inni emigrują za chlebem, tak oni za słońcem: pełno ich w Kalifornii, Australii i Hiszpanii. Trzeba przyznać, że Anglicy potrafią dzielić się swoim krajem z innymi i za to ich cenię.
Nie zawsze jednak tak było. Dopiero w 1976 roku rasizm i wszelkie przejawy dyskryminacji zostały zabronione prawem. Trudno w to uwierzyć, że do tego czasu na porządku dziennym były napisy w stylu: „kolorowym i psom wstęp wzbroniony”. Ich umiejętność łączenia bycia asertywnym, tolerancyjnym i uprzejmym jednocześnie sprawia, że współżycie na jednej płaszczyźnie tylu nacji staje się nie takie trudne, jakby się mogło wydawać. Owszem, asertywność czasami można wziąć za arogancję i egoizm, a tolerancję za brak zainteresowania i czasami rzeczywiście tak jest, ale to również zależy od tego jak chcemy to widzieć. Ciekawe jest to, że Anglicy nie muszą uczyć się asertywności na specjalnych kursach, ani tego jak ją stosować w życiu bez urażania innych ani obrażania się za to, że ktoś inny również broni swojego terytorium. Ich niezgoda na rzeczywistość i wyrażanie jej nigdy nie jest zabarwione emocjami typu złość, pretensje czy rozgoryczenie. Może na tym polega “angielska flegma”?
Prawdą jest, że Anglik nie da” wydutkać się na strychu” (wystrychnąć na dudka, jak ktoś woli) i nie dla sobie wmówić, że to dla jego dobra, jeśli jednak ktoś to zrobi. Spróbuj nadepnąć Anglikowi na odcisk, a odpłaci ci pięknym za nadobne nie owijając w bawełnę. Może dzięki szacunkowi dla jednostki i indywidualności każdego z nas wykształcił się tu system, który ja nazywam - przyjazny dla człowieka, a sposób bycia tak w relacjach towarzyskich jak i zawodowych sprawia, że czuję się tu gościem mile widzianym. Użyłam określenia „gość” z czystej kokieterii, tak naprawdę mam wszelkie prawo powiedzieć, że zadomowiłam się tu na dobre dzięki warunkom jakie stwarza ten kraj.
Oczywiście, jak każdy naród, również Anglicy borykają się z problemami współczesności. Niestety, to tutaj jest największa w Europie ilość małoletnich matek, a choroby weneryczne i alkoholizm stały się problemem społecznym. Nie chcę wspominać o tym, że nocą angielskie ulice zamieniają się w mało bezpieczne i nieprzyjazne miejsca, gdzie zbiry zbierają swoje żniwo nożami i pistoletami, a zło, niczym bezwstydna ladacznica odurzona narkotykami i alkoholem, szaleje po ciemnych zakamarkach miast i miasteczek. Wtedy pytam, gdzie podziali się ci wszyscy mili ludzie, którzy byli tu za dnia?
Nie muszę wspominać o tym, że każdego dnia życie polityczne dostarcza satyrykom nowych tematów do wyśmiewania. Nie będę dodawać, że czasami trudno odróżnić posiedzenia parlamentu od kabaretu - niestety. Tutaj również, a może nawet bardziej, paragrafy i przepisy regulują najdrobniejsze, ludzkie poczynania sprawiając, że absurd siedzi na absurdzie i zastanawiamy się jak ludzkości udało się przetrwać poprzednie wieki bez tej sprawiedliwej, ale niestety ślepej Temidy!
Wolę jednak skupiać się na tym co dobre, tak jak zawsze wybieram słoneczną stronę ulicy. Interesują mnie blaski rzeczywistości, cienie niech toną we własnym mroku. Dlatego wolę podzielić się tym, że podziwiam Anglików za ich odwagę w noszeniu spodni w kratkę, różowych koszul i błękitnych krawatów i wcale nierzadko tego wszystkiego naraz (hi,hi)! Lubię w kobietach angielskich ich brak krytycyzmu, który pozwala im na noszenie mini, obcisłych dżinsów czy dużych dekoltów, bez względu na rozmiar, wiek i sytuację. Lubię w nich to, że noszą długie włosy i nic sobie nie robią z tego, co styliści oferują w salonach fryzjerskich. Lubię angielskie staruszki za to, że noszą liliowe sweterki i czerwone płaszcze unikając tym sposobem szarości życia nawet w ubieraniu się. Od Angielek my Polki możemy dużo nauczyć się i nie mówię o gotowaniu! Im nie trzeba przypominać reklamami, że: „są warte”. Nie wiem jak angielskim matkom udaje się wychować synów na mężczyzn, którzy traktują swoje żony i partnerki jak kochanki, małe dziewczynki i królowe razem wzięte, ale podoba mi się to. W życiu społecznym i domowym, kobiety i mężczyźni są partnerami; tutaj seksizm tak jak inne „izmy” jest wymarłym zjawiskiem. Również uprzejmość ma inny wymiar. Nie możesz oczekiwać od Anglika, że przepuści cię w drzwiach, ustąpi miejsca w autobusie czy poniesie torbę z zakupami, ale niech cię nie zdziwi jeśli co wieczór przygotuje dla ciebie kolację, posprząta dom, zrobi zakupy, weźmie dzieci na spacer i kupi ci bukiet kwiatów bez żadnej okazji.
Dobrze się tu czuję, bo nie należę do wymarłego, zapomnianego gatunku. Mam na myśli to, że bez względu na to gdzie jestem, nie zawyżam średniej wieku! To naprawdę duży komfort psychiczny nie być postrzeganym jak dinozaur tylko dlatego, że już dawno skończyło się 18 lat. Na zakończenie cyklu “Anglia jaką widzę” muszę przyznać bez bicia, że zdaję sobie sprawę jak bardzo moje postrzeganie jest zabarwione różowymi szkłami w okularach, które “noszę” na co dzień. Prawdą jednak jest, że angielska mentalność, tak różna od polskiej, zbudowała również inną rzeczywistość, kolosalnie różniącą się do tego w czym wyrosłam, i co przez 44 lata kształtowało moje przyzwyczajenia czyli drugą naturę.
Grażyna Białous (korespondencja z wielkiej Brytanii)
Wollaston
1.01.2011











Dołącz do dyskusji - napisz komentarz
Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.
Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.