Anglia jaką widzę (1)

Potrafią śmiać się wszędzie i ze wszystkiego, a każda okazja jest dobra do zabawy.

Nie zagrają na bis. Od pierwszego momentu pobytu w nowym miejscu zauważamy różnice między tym jak jest „u nas”, a jak „ u nich”. Każdy, to robi i każdy zna to uczucie, kiedy to „nasze” jest lepsze, bo: ... . Tak naprawdę jest lepsze, bo w nim wyrośliśmy, znamy je i wiemy czego się spodziewać. Czasami nowe nas zadziwia, zachwyca, czasami śmieszy, zastanawia czy irytuje. Nie ma to większego znaczenia w przypadku pobytu na wakacjach, nie musimy do niczego się przyzwyczajać, za chwilę wrócimy do domu i najwyżej opowiemy znajomym w jakim dziwnym miejscu byliśmy. Co innego, jeśli przyszło nam żyć w obcym kraju, co zawsze wiąże się z koniecznością przyzwyczajenia do innych obyczajów. Najpierw jednak trzeba je zauważyć, poznać, polubić, albo zaakceptować. Na to trzeba czasu i dobrej woli, żeby stare nawyki nie przeszkodziły w byciu otwartym na nowe dla mnie, ale przecież oczywiste i naturalne dla ludzi otaczających mnie.
Są różnice, o których możemy dowiedzieć się z mediów czy książek, takie których się domyślamy i takie które widać dopiero po zamieszkaniu w danym środowisku. O takich właśnie różnicach między polską rzeczywistością a angielską widzianą moimi oczami chciałabym opowiedzieć. I tu muszę użyć słowa „kolosalne”, obiecałam mojej przyjaciółce, że właśnie tego słowa użyję opisując te różnice. Rzeczywiście w moim i nie tylko moim odczuciu angielska codzienność kolosalnie różni się od polskiej.
Wiedza o tych innościach narasta z każdym dniem. Od 6-ciu lat, uczę się tego kraju i ludzi, ale również buduję własną historię w tym miejscu. I nie tylko historię, to tutaj obudziła się we mnie moja, polska tożsamość. Na zasadzie porównania bardzo szybko zaczęłam zdawać sobie sprawę z mojej indywidualności i tożsamości narodowej. Nigdy wcześniej nie czułam się bardziej polska niż tutaj na angielskiej ziemii. Może sprawiły to właśnie te różnice? Intencją, która będzie mi przyświecać podczas tego opowiadania jest chęć podzielenia się moimi obserwacjami. To co myślę na ten temat wynika z moich doświadczeń i tego jak ja je odbieram, a ten odbiór jest zabarwiony tym, że lubię Anglików, Ich kraj i lubię moje życie tutaj. Powinnam użyć słowa „uwielbiam”, ale nie chcę być zbyt egzaltowana (hi,hi).
Myślę, że cała inność wynika z angielskiej mentalności i proszę zauważyć, że nie mówię o Szkotach czy Walijczykach. Z powodu mojej niewiedzy, żeby nie nazwać tego ignorancją myślałam, że Wielką Brytanię zamieszkuje jeden naród. Otóż nic bardziej błędnego, żaden Szkot nie powie o sobie, że jest Anglikiem i odwrotnie, to samo dotyczy Walijczyków. Mieszkam w śrdkowowschodniej Anglii, godzinę jazdy samochodem na północ od Londynu - Northamptonshire, jeśli ktoś chce zlokalizować, to na mapie i tylko o tej części wyspy mogę się wypowiadać.
Już w pierwszych dniach pobytu, jeszcze nie rozumiejąc tego co do mnie mówią „tubylcy” odczułam uprzejmość na każdym kroku i wiedziałam, że są przyjacielsko nastawieni do otoczenia. Już mi się podobało! Niektórzy mówią, że to wyuczone i na pokaz. Może i tak, ale wolę wyuczoną grzeczność niż nawykową niegrzeczność. To, że na każdym kroku słyszysz: „jak się masz”, „dziekuję”, proszę”, „miłego dnia”, „dbaj o siebie” itp, wypowiedziane z uśmiechem na ustach, patrząc Ci przyjacielsko w oczy musi wpływać na ogólne morale, bez względu na to czy to wyuczone czy płynące prosto z serca. A zresztą co w tym złego, że ktoś nauczyl się być miły i stało się, to jego drugą naturą.
Kolejne cechy bardzo widoczne w kontaktach z Anglikami, to Ich pewność siebie, otwartość i szczerość, ale zawsze bez agresji i arogancji. Nie wiem doprawdy jak łączą te cechy z kolejną umiejętnością, a mianowicie mistrzostwem w unikaniu bezpośredniego wyrażania swojej negatywnej opinii czy choćby powiedzeniem zwykłego ”nie”. Wyobrażam sobie jak często musiałam być odbierana za wyjątkowego nieokrzesańca, kiedy na pytanie „czy chcesz herbaty?” odpowiadałam po prostu „nie”. Nie tylko mój sposób bycia i temperament, ale przede wszystkim znajomość języka, a właściwie jej brak nie pozwalał mi na udzielanie „koronkowych” odpowiedzi w stylu typowo angielskim czyli „ dziękuję bardzo, chętnie bym się z Tobą napiła tej przepysznej herbaty, ale już piłam z Mary i na razie nie mam ochoty, ale póżniej chętnie skorzystam z Twojej cudownej propozycji, za ktorą Ci bardzo dziękuję itd itd itd”. Mogą tak bez końca ciągniąć, żeby tylko nie powiedzieć „nie” i nie urazić nikogo swoją bezpośrednością. W takich przypadkach nigdy nie wiedziałam czy ten ktoś chce herbaty czy nie, jeśli, to ja zadawałam to proste pytanie wymagające prostej odpowiedzi „tak” lub „nie”. Zgadzam się z tym, że można dodać „tak proszę”, albo „nie dziękuję”. Tak naprawdę jest to obowiazującym prawem i jeśli dziecko nie użyje tych „magicznych” słów, to nie dostanie tego o co prosi, a jeśli dorosły zapomina o dobrych manierach, to uważany jest za gbura. Czasami wydaje mi się, że Anglicy przychodzą na świat ze słowami „dziękuję i proszę” na ustach. Acha, na uśmiechniętych ustach. Prawda jakie to różne od tego co znamy? Prawdę mówiąc, to Ich słowotok jest niezłą szkołą nie tylko dobrych obyczajów, ale i angielskiego. Co z mojego punktu widzenia było bardzo pożyteczne, chociaż nie raz stawiało mnie w sytuacji delikatnie mówiąc mało komfortowej.
Anglicy mają duży dystans do siebie, nie biorą siebie zbyt poważnie. Myślę, że wynika to z Ich ogromnego poczucia humoru, optymizmu i dziecięcej wręcz wesołości, nie spotykanej wśród dorosłych Polaków. Potrafią śmiać się wszędzie i ze wszystkiego, a każda okazja jest dobra do zabawy. Mają umiejętność ujrzenia i przedstawienia czy to najprostrzej czy najczarniejszej sytuacji w tak komicznym świetle, że nie sposób nie parsknąć śmiechem. Śmieją się z rzeczy i w okolicznościach przy których nam, Polakom nawet nie przyjdzie do głowy najmniejszy uśmiech. Naczelną zasadą jest „baw się dobrze i miej radość z tego co robisz”. To przyświeca dzieciom w szkołach i dorosłym w pracy. Na każdym nieomal kroku Anglicy znajdą powód i sposób, żeby było wesoło, zabawnie albo chociaż mniej nudno niż się zapowiada.
I tu trzeba wspomnieć o zbliżającym się dniu Wszystkich Świętych i Zadusznym. W czasie, kiedy Polacy z nabożnym poświęceniem, czcią i zadumą sprzątają groby swoich zmarłych, Anglicy przygotowują się do świętowania Halloween (31-go pażdzirnika). Dla Nich nie jest to czas zastanowienia się nad marnością naszego bytu, nad tym, że wszystko przemija. Oni nie odwiedzają grobów swoich najbliższych, żeby oddać cześć Ich pamięci i pomyśleć ten jeden raz w roku nad sensem doczesności. Anglicy kosztują tej doczesności tego dnia w 100 procentach. Już na kilka tygodni wcześniej sklepy zapełniają się Halloween’owymi akcesoriami. Wszędzie można kupić wściekle pomarańczowe dynie, żeby potem zrobić z nich lampiony, straszące wyszczerzonymi zębami i pustymi oczodołami, a następnie postawić je gdzie się da. Ten dyniowy zwyczaj przerodził się w niezły biznes. Półki sklepowe wypełnione są strojami i maskami z najkoszmarniejszych horrorów. Możesz zaopatrzyć się w sztylety, miecze oraz inne narzędzia zbrodni i tortur. Tak można by wymieniać w nieskończoność, co też moi angielscy przyjaciele potrzebują na ten dzień. Jak już on nadejdzie, przebierają się za czarownice, potwory, kostuchy itp straszydła i idą na przyjęcie, gdzie w gronie takich samych przebierańców przy świetle upiornych, dyniowych głów, świętują dzień obecny i chwilę jaką mają teraz, nie martwiąc się tym, że to wszystko i tak w proch się obróci.
Ten dzień i to jak Oni go celebrują zawsze przywołuje w mojej pamięci słowa Agnieszki Osieckiej: „...życie trwa tyle co taniec...”.
Anglicy całą swoją postawą urzeczywistniają cytat z tej piosenki: „życie to bal i drugi raz nie zaproszą nas wcale”. W związku z tym ciesz się, śpiewaj i tańcz do muzyki jaką Ci grają TERAZ ! 
CDN


Grażyna Białous
(korespondencja z Wiekiej Brytanii)
Wollaston 27.10.2010

Autor wpisu*:
2 x 7 (mnożenie) =