Styl 50 plus

Chiang Mai

Chiang Mai Kiedy opowiadam o swojej podróży do Tajlandii, muszę czasami robić przerwy, kiedy ogromne wzruszenie ściska mi gardło i staram się to ukryć przed słuchaczami. Pierwsze wrażenie z Bangkoku? Z wielkiego, klimatyzowanego Boeinga wysiadasz do sauny.

Ze świadomością, że spędzisz w niej 1,5 miesiąca.

Początek przygody to walka z bezsennością, potwornym upałem, rozwolnieniem. Węzły chłonne wielkości daktyli, co było reakcją na szczepionkę przeciw wściekliźnie, bo chyba czwartego dnia ugryzła mnie bezpańska suka – jedno z setek bezpańskich zwierząt, żyjących wolno na ulicach i wokół świątyń. Przestawianie się na tamtejsze jedzenie, tęsknota za chlebem i serem. I najgorsze – karaluchy wielkości paczki papierosów, spacerujące wieczorami po ulicach, podłodze hotelowej, wyglądające z zakamarków łazienki, paniczne przeszukiwanie moskitiery. Dla mnie była to pierwsza podróż do Azji i dopiero po 3 tygodniach męki zaczęłam w pełni smakować ten klimat. Do tego czasu na duchu podtrzymywał mnie kurs masażu tajskiego – po tam pojechałam.

Kiedy masuję jestem bardzo skupiona. Przez 1,5 godziny (tyle zazwyczaj trwa sesja) przenoszę się razem z pacjentem w przestrzeń, gdzie zmienia się codzienna hierarchia. Ważny jest oddech, ciepło, miękkość skóry i napięcie mięśni. Ciało doznaje a umysł odpoczywa. Poprzez ucisk na odpowiednie punkty przypominam dłoniom i stopom pacjenta jak czerpać przyjemność tego, że płynie w nich krew. Wyciągam przygięte plecy, kołyszę zmęczone nogi.

W Tajlandii masaż jest aktem metta – miłującej dobroci, pojęcia pochodzącego z buddyzmu Theravada, który jest tu praktykowany od III/II w. pne. Wyznaje go ok. 95% mieszkańców, każdego dnia składając ofiary i modląc się, ale również jedząc, jeżdżąc na skuterach i rozmawiając. Mają rozluźnione ciała, młody wygląd i często się uśmiechają, jakby odkryli tajemnicę szczęścia. Są przy tym skromni, dzięki czemu powstaje wrażenie niezwykłej elegancji. Przebywanie z nimi, jedzenie w niezliczonych prowizorycznych knajpkach (ryż lub makaron ryżowy, warzywa, krewetki, wszystko bardzo ostre), kupowanie na bazarze świeżych papaji, mangostanów i rambutanów czy składanie ofiar w świątyniach to również ważny etap wykształcenia masażysty. Kiedy skóra przyzwyczai się do cudownie ciepłego i wilgotnego powietrza, a żołądek do posiłków złożonych głównie z ryżu, kiedy napatrzymy się do syta na egzotyczne kwiaty rosnące przy płotach zaczynamy czuć ducha Tajlandii, którym przesycony jest praktykowany tu masaż.

Pierwotnie masaż wykonywany był wyłącznie w świątyniach, ale teraz jest również biznesem. W miejscach, do których docierają turyści działają dziesiątki gabinetów, lepszych i gorszych. Każda sesja jest przeżyciem, w które zanurzamy się od stóp do głów. Niestety zdarza się, że pod szyldem salonów masażu działają domy publiczne i przez to niektórym ludziom z Europy masaż tajski myli się z usługami seksualnymi, co jest bardzo krzywdzące. Dotyk jest w Tajlandii czymś naturalnym, ale naturalny jest również pełen szacunku dystans do osób obcych.

Niezwykłym doświadczeniem są kursy masażu. Te podstawowe są popularne, wiele osób podchodzi do nich czysto amatorsko, praktykując później na znajomych. Inni zarabiają na dalszą podróż, masując spotkanych w hotelach turystów. Na kursy zaawansowane rzadko trafia ktoś przypadkowy. Sztuka masażu tajskiego obejmuje kilkaset pozycji i w wykonanie każdej z nich jest zaangażowane całe ciało terapeuty. Wyczucie granic pacjenta wymaga uważności. Masaż powinien być na tyle silny, żeby mieć działanie terapeutyczne a jednocześnie sprawiać przyjemność. To wymaga doświadczenia, dlatego kursy masażu tajskiego to minimalna dawka teorii połączona z godzinami ćwiczeń.

Ciemne strony Tajlandii? Oczywiście są. Umierające koralowce wokół wysp na Morzu Andamańskim. Fakt, że dziko żyjące słonie i inne gatunki są przeszłością. Dzikie ptaszki trzymane w klatkach „dla ozdoby”. To nie jest bogaty kraj i część kobiet znajduje sobie starszych kochanków lub mężów z Zachodu, żeby zapewnić sobie lepsze życie. Jednak tamtejsza bieda nie sprawia wrażenia upadlającej, a kobiety mimo że zapracowane mają swoją godność i są samodzielne.

W samolocie powrotnym z Bangkoku do Zurychu siedzi koło mnie Tajka – piękna dziewczyna o smukłej sylwetce i drobnych dłoniach. Długie czarne włosy, dołeczki w policzkach, na oko 25 lat. Śmiejemy się beztrosko i rozmawiamy łamanym angielskim. Po chwili już wiem, że zostawiła w Tajlandii 18-letniego syna, sama ma 42. Jest rozwiedziona, bo mąż pił. Przeprowadza się do Szwajcarii, gdzie ma zaaranżowane małżeństwo z dużo starszym mężczyzną. Syn dojedzie jak skończy szkołę. To dobrze czy źle? Trzeba żyć.

W myślach często wracam do Chiang Mai, miasta zwanego kwiatem północy. Jest sam środek pory suchej, nawet miejscowi narzekają na upał. Wytchnienie od słońca znajduję w świątyni. Klapki zostawiam na zewnątrz, kłaniam i siadam na podłodze, stopy w kierunku przeciwnym niż ołtarz. W środku jest cicho, ale dochodzą dźwięki z zewnątrz. Przejeżdżający skuter, głosy. Słyszę, jak większość z nich powstaje bezwiednie, są produktem ubocznych niezliczonych czynności, ich świadectwem. Przemijają bezpowrotnie i na ich miejsce pojawiają się kolejne – bez końca. W tym momencie uświadamiam sobie, że dotknęłam życia. Jestem częścią tajemnicy.

Sawadikap. www.thai-massage.pl

Autorka: Natalia Latecka. Ma 30 lat. Masaż jako taki pojawił się w jej życiu 4 lata temu. Ale już 8 lat temu zaczęła się uczyć pracy z ciałem, energią i podświadomościa. Nauki pobierała w Polsce, Tajlandii, Indiach a obecnie raz w miesiącu jeździ na kurs do Berlina, gdzie uczy się masażu kalifornijskiego. Masaż daje swietne możliwość obcowania z drugim człowiekiem w wyjątkowy, a jednocześnie naturalny sposób.

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.