Styl 50 plus

Cygańska Królowa

Dobra, mądra Irene podarowała mi kolejne 40 lat życia.

Anglia jaką widzę. Nie chcę tego zrobić i nie chodzi o to, że nie mam ochoty. W grę wchodzi zupełnie inna skala emocji – mówiąc szczerze: boję się tam iść, nie zgadzam się na to co ma nastąpić i chciałabym wiedzieć: dlaczego?! Jutro stanę w obliczu wyroku wydanego przez Najwyższą Instancję, jaki zapadł w sprawie bliskiej mi osoby. Pauline, bo o Niej mowa umiera na raka kości! Diagnoza przyszła dwa miesiące temu i bardzo szybko medycyna rozłożyła bezradnie ręce: „nie możemy Ci pomóc” - powiedział lekarz. Teraz moja znajoma jest w domu, a ja idę ją odwiedzić; pierwszy raz od dwóch miesięcy. Wtedy była jak zwykle uśmiechnięta, wyglądała normalnie tylko czuła się nie najlepiej, szybko wyszło na jaw dlaczego. Nic dziwnego, że mam zamęt w głowie i w sercu, tylko dusza cichutko i spokojnie, ale uparcie powtarza: będzie co ma być i będzie dobrze. Moje niepokorne i zarozumiałe ego chciałoby wiedzieć dlaczego postanowiono zabrać Pauline od nas. Może gdybym wiedziała, że jej serdeczność i umiejętność niesienia pomocy jest potrzebna gdzieś indziej, to byłoby mi łatwiej zrozumieć tę decyzję, a tak to zostaje dziwna frustracja spowodowana bezsensownością zadawania pytań na ten temat. Nie patrzę więc, w kierunku gdzie na horyzoncie moich myśli kłębią się czarne chmury. Wiem, że tam są i chwytam się wiary w to, że wszystko dzieje się po coś.

Przypominam sobie powiedzenia mojej mamy, takie jak: “Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło” i inne, których miała na pęczki i wyjmowała jak Asy z rękawa przy każdej okazji. A ja pytam: na jakie dobro? Czyje dobro i gdzie? Jak mam stanąć przed chorą przyjaciółką w moim bezczelnie zdrowym ciele i zupełnie niepasującą do sytuacji radością życia?! Chcąc uciec od myśli o jutrzejszej wizycie szukam tematu do rozmowy sama ze sobą. Daleko jednak nie odeszłam, bo przywołuję w pamięci tych z pośród moich angielskich znajomych, których już nie ma tutaj i pomyślałam sobie, że moje opowiadanie o Anglii jaką widzę nie będzie kompletne bez wspomnienia o kontaktach z angielskimi seniorami. Mówiąc „seniorzy” mam na myśli ludzi powyżej dziewięćdziesiątego roku życia, bo taka była średnia wieku moich podopiecznych, kiedy pracowałam jako ich opiekunka. No tak, ale Pauline ma dopiero 53 lata – dobiega jak grzmot z czarnych chmur.

Moi staruszkowie, bo tak tak ich nazywam w myślach, nie wiedząc o tym nauczyli mnie więcej o Anglii niż ktokolwiek inny. Przez rok opiekowałam się ponad setką starszych osób, ale na tyle sprawnych, że nadal mieszkali w swoich domach. Potrzebowali kogoś kto kilka razy dziennie zajrzy do nich, poda lekarstwo, posiłek czy pomoże przy codziennej porannej i wieczornej rutynie. Najważniejszym jednak zadaniem było pobyć chwilę z nimi, porozmawiać i sprawić, żeby czuli się zaopiekowani. Tutaj lekarz przepisuje opiekunkę na receptę, tym którzy potrzebują pomocy czy to ze względu na wiek czy stan zdrowia. System może niedoskonały, ale godny pozazdroszczenia, opiekunki są poszukiwane zawsze i wszędzie - w tej branży nie grozi bezrobocie. Zawód ten, stał się bardzo popularny nie tylko w śród kobiet ale i mężczyzn. Wymagana jest w nim odpowiednia wiedza, potwierdzona państwowym certyfikatem.Tak więc, wyobrażam sobie siebie w wieku stu lat, i to jak trzy razy dziennie odwiedza mnie jakiś przystojniak, podaje herbatę, gawędząc ze mną o tym i owym (hi,hi). Wracając do moich “staruszków”, to: poznałam sto różnych “żyć”, sto codzienności i tyle samo domostw. Jeśli widziałeś jeden angielski dom, to śmiało możesz powiedzieć, że widziałeś prawie wszystkie - mówię o domach „normalnych” ludzi, a nie o pałacach.

Domy angielskie są pełne „farforów” czyli bibelotów lub kurzołapów, jak ktoś woli. Trzeba poruszać się po nich ostrożnie, żeby nie zawadzić o porcelanowego kota czy innego stwora. Na ścianach wiszą zdjęcia, zdjęcia i jeszcze raz zdjęcia. Są w pokojach, łazienkach, schowkach na buty i w garażach, ale to nic dziwnego, jeśli przeżyłeś prawie wiek, to trochę się tego nazbierało! W domach moich podopiecznych widziałam zdjęcia z całego ich życia. W ramki oprawione są nie tylko ich rodziny, ale też angielska obyczajowość na przestrzeni ostatnich stu lat, to doskonała lekcja o życiu Wyspiarzy. W tych domach uczyłam się języka, którym mówią tubylcy i nie koniecznie był to królewski angielski. Poznawałam angielskie potrawy wyciągając je z zamrażarek, bo Anglicy wolą kupić gotowe dania niż gotować. Poznawałam również angielskie zwyczaje i to jak wygląda Anglia „od podszewki” - dosłownie i w przenośni. Ale nie tylko tego uczyłam się na mojej drodze opiekunki, również pobierałam lekcje dobrego humoru od rana do wieczora bez względu na pogodę czy samopoczucie. Przyznam, że byłam zaskoczona tym, jak moi podopieczni mało różnili się od swoich młodszych rodaków. Byli tak samo pogodni, bezproblemowi i ciekawi wszystkiego co się dzieje na mieście, jakby normalnie uczestniczyli w życiu. A przecież większość z nich od lat nie wychodziła z domu dalej niż do swojego ogródka, dawno odeszli z tego świata nie tylko ich współmałżonkowie, przyjaciele, sąsiedzi, ale i dzieci, a wnuki były w wieku przedemerytalnym. Nikt już nie gra muzyki ich młodości, ich idole toną w mroku zapomnienia i jak sami mówią wszystko się zmieniło, a dobra, stara Anglia odeszła w nieznane.

@page_break@

Mimo to, za każdym razem ich „hello!” brzmiało optymistycznie i przyjaźnie. Nigdy nie słyszałam od nich najmniejszej skargi ani na samotność ani na dolegliwości związane z wiekiem czy chorobami, na które cierpieli. Znosili swoją starość i niedołężność w zadziwiający mnie sposób: cierpliwie i ze zrozumieniem; powiedziałabym: dostojnie i po królewsku. Tutaj przychodzi mi na myśl Mary, która nie należy do grona moich staruszków - jest za młoda, to wyjątkowa osoba w moim życiu. To ona najpierw zaraziła mnie miłością do swojego syna, a potem „podała” mi go jak na dłoni (hi,hi). Mary właśnie skończyła 78 lat, ale energii i pogody ducha pozazdrościć może jej nie jedna „siksa”. Nie będę rozwodzić się nad tym, że nadal prowadzi samochód, używa telefonu komórkowego i jest pierwsza na każdą wycieczkę, bo to takie oczywiste (!?). Ona również jest przykładem siły witalnej bez względu na ilość przeżytych wiosen. Rok temu wszyscy byliśmy świadkami jej zmagań z nowotworem! Jak się później okazało - zwycięskich.

Dla mnie była to lekcja, nie tylko pokory i wiary w słuszność przeznaczenia, ale również jak zachować pogodę ducha, kiedy rokowania wcale do tego nie nastrajają. Na moje pytania o samopoczucie odpowiadała coś w rodzaju: „nie tak źle, jutro będzie lepiej” lub, jeśli siły jej na to pozwoliły, opowiadała co wydarzyło się danego dnia. I tak pewnego razu, podczas wizyty u niej powiedziała: “Słuchaj, dzisiaj byłam u lekarza, miałam na głowie zawiązaną tę czerwoną chustę (żeby osłonić głowę pozbawioną włosów) i lekarz zamiast „dzień dobry” z uznaniem powiedział: „Wyglądasz jak cygańska królowa!” Przyznałam mu rację, Mary nie tylko wyglądała jak królowa w tym czerwonym turbanie, ale również „nosiła” swoją chorobę z królewską dostojnością, bez słowa skargi bez folgowania w użalaniu się nad sobą. Z taką samą “monarszą dumą” Marry i inne “królowe”, które przyszło mi poznać nosiły swoje doświadczenie życiowe zwane “starością”. No właśnie- “starość”. Czy to nie my powinniśmy decydować o tym kiedy przychodzi i co za tym idzie? Zamiast ulegać stereotypom myślowym i klasyfikacjom stworzonym na użytek tabel wieku w firmach ubezpieczeniowych, lekarzy, pracodawców, całej tej marketingowej zadymie i Bóg wie czemu jeszcze!

Pewnego wieczoru, jedna z moich podopiecznych, dziewięćdziesięcioośmioletnia Irene (tak, tak 98 lat na karku!) udzieliła mi doskonałej lekcji na temat starości i komu ona “przysługuje”. Tego szczególnego wieczoru, musiało być ze mną coś nie tak, skoro Irene zapytała czy dobrze się czuję. Odpowiedziałam, że owszem, ale mam wszystkiego dość. Na jej “ dlaczego?” odburknęłam: bo jest dziesiąta wieczorem, bo pracuję od rana, a po za tym czuję się stara i zmęczona!!! Irene nie zwróciła uwagi na mój sarkazm, tylko z zainteresowaniem godnym ważniejszej sprawy zapytała: “a ile ty masz lat? Nie powiedziała “dziecinko”, ale to wisiało w powietrzu. Nie wiem czy liczba 46 czy mój histeryczny ton, ale coś rozbawiło ją do łez i wybuchła perlistym śmiechem, godnym nastolatki. Po chwili dołączyłam do niej, bo trudno było nie zarazić się tą wesołością, ale prawdę mówiąc zrobiło mi się głupio, że “świecę” w oczy swoją starością kobiecie starszej ode mnie o 52 lata. Irene spojrzała na mnie z pobłażliwą wyrozumiałością, charakteryzującą tych, którzy znają się na rzeczy i powiedziała całkiem poważnie: “jak skończysz 90 lat możesz mówić, że jesteś stara!” Tym jednym zdaniem w tajemniczy sposób, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przesunęła się w mojej głowie niewidzialna granica starości.

Dobra, mądra Irene podarowała mi kolejne 40 lat życia, które nazwała młodością. Od tego momentu zaczęła się nasza przyjaźń, odwiedzałam ją każdego wieczoru przed dwudziestą drugą, żeby pomóc jej położyć się do łóżka. Chociaż godzina była późna dla nas obu, to za każdym razem któraś z nas prowokowała do śmiechu. Takiego śmiechu, jaki pamiętam ze szkolnej ławki, kiedy to kiwnięcie palcem powodowało salwy niepohamowanego chichotu. Były to chwile wesołości i beztroski pra wdziwie dziecięcej. Dla Irene, chwile z kimś kto wnosił do jej samotnego dnia powiew młodości i świeżości, a dla mnie czas relaksu i odreagowania całodziennej krzątaniny, oraz lekcji angielskiego, która trwała 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu. Nasza przyjaźń trwała do chwili, kiedy to Irene odeszła w wieku 100 lat i 5 miesięcy, zostawiając mi w testamencie całą listę rzeczy dozwolonych od lat dziewięćdziesięciu!

CDN


Grażyna Białous (korespondencja z Wielkie Brytanii)
Wollaston
29.12.2010

obraz: Gerard Feldmann "Gypsy woman with a tambourine"

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.