- Jesteś tutaj:
- Strona główna
- » Styl 50 plus
- » Droga ku światu (2)
Przeczytaj także…
Droga ku światu (2)

Kiedyś życie po pięćdziesiątce musiało być bardzo smutne. Dzisiaj możliwości jest znacznie więcej.
Weźmy na przykład internet. Jeszcze dziesięć lat temu komputer w moim domu był tylko narzędziem pracy syna. Syn zniknął z domu, ale komputer pozostał. Chciałam go więc oswoić i nawet mi się to udało. Święty Mikołaj sprezentował mi nową, bezprzewodową myszkę i klawiaturę. Codziennie zasiadam więc przed ekranem i od razu czuję, że znalazłam się w centrum wszechświata. Jestem na bieżąco z wszelkimi doniesieniami. Nie ograniczam się tylko do Polski, bo czuję się Europejką, a nawet obywatelem świata. Zostawiam swoje komentarze, wdaję się w dyskusję. Zwiedziłam nawet chaty i strony z hazardem. Nic się przede mną nie ukryje, tabu przełamane. Wirtualnie oglądnęłam muzealne obiekty, jak i plaże na Lazurowym Wybrzeżu. Wymieniam maile z koleżanką. Ja, kubek mojej ulubionej kawy i plotki. Nie zdajecie sobie sprawy jakie zwariowane pomysły przychodzą do głowy emerytkom.
W minionym dziesięcioleciu na nowo odkryłam siebie. Po ślubie, urodzeniu dwójki dzieci, odchowaniu ich, prowadzeniu domu i łączeniu tego wszystkiego z pracą zawodową, zatraciłam gdzieś własne “ja”. Gdy brakuje nam doby, nie myśli się o samorozwoju, bo człowiek jest na to zbyt zmęczony. Z czasem zaczęły mi odpadać kolejne obowiązki, a ja miałam w końcu czas, by zajrzeć w głąb siebie. Przypomniało mi się jak w latach młodości uwielbiałam śpiewać i tańczyć. Bardzo lubiłam też czytać, co było jednak zbyt czasochłonne w natłoku codziennych zajęć. Uwielbiałam też sport - zimą jeździłam na łyżwach, latem na rowerze. Nadszedł czas, by odnaleźć na nowo przyjemność w tych pozornie błahych aktywnościach. Zaczęłam czytać. Nałogowo. Nie musiałam rano zrywać się i nieprzytomna pędzić do pracy, mogłam więc nocą oddawać się czytaniu. Oddawałam mu się jak wierna kochanka – z pasją i poświęceniem. Prawdziwa uroda życia to dla mnie kubek ciepłej herbaty z sokiem malinowym domowej roboty, miękki koc i książka. W czasie, gdy zarzuciłam czytanie wydano tyle wspaniałych powieści, które zgłębiłam w ostatnim dziesięcioleciu. Przekonałam się też, że w ciągu dwóch dekad wyrwanych mi z życiorysu przez obowiązki, kinematografia wzbogaciła się o wiele godnych uwagi dzieł. Moje zmysły wyostrzyły się jak u świni szukającej trufli. Tyle było nieodkrytych terytoriów, które chciałam poznać. W moje życie powrócił też sport. Zimą łyżwy – okazało się, że wciąż potrafię wykonać przekładankę do tyłu, ku zazdrości młodszej latorośli. Na basenie szybko odzyskałam dobrą formę i zaczęłam intensywnie pływać. To, że minęło wiele czasu odkąd ostatnio w nim pływałam, poznałam po tym, że nikt z młodych (czytaj: młodszych ode mnie), nie pływa już moim stylem, czyli “żabką”. Znają tylko kraula. Kilka lat temu zakupiłam też rower, którym wyprawiam się bliżej i dalej na rekreacyjne przejażdżki. Powróciłam więc do starych, dobrych nawyków. Zaczęłam też praktykowanie przyjemności zakupowych. Jako zabiegana pani domu, matka i pracownik, doznawałam ich mało. Na nowo zaczęłam się rozpieszczać. Jakiś drobiazg – nowe kolczyki lub sweter, zaczęły mi sprawiać wielką radość. Samo ich poszukiwanie było już przyjemnością. Miałam w końcu czas, by zanurzyć się w sklepową otchłań, buszować między wieszakami, myszkować w lumpeksach. Poczułam się uwolniona od mijającego czasu. Taka wolność to luksus dostępny wybrańcom.
Ostatnimi laty doszło w moim życiu do zderzenia dwóch kontynentów. Swoista tektonika życia. Z jednej strony, przekonałam się, że wciąż wiele mogę, z drugiej, stałam się świadoma własnych ograniczeń. Czuję, że pewne rzeczy już mi nie pasują. Nie przystoi mi mocny makijaż, krótka spódniczka, tyle, że wcale nie chciałabym tak wyglądać. Pewne rzeczy odeszły w zapomnienie, bo sama je tam zepchnęłam. Nie dla mnie całonocna impreza, bo wiem, że będę odchorowywać ją przez kilka dni. Wybieram z życia, to co dla mnie korzystne, mając na uwadze siebie. Stałam się egoistką, bo wcześniej nią nie byłam. Swoje dobro stawiałam na ostatnim miejscu, za to dbałam, by mąż i dzieci były zadowolone. Teraz wiem, że ja również jestem ważna. Walczę o siebie. Stałam się podmiotem, nie przedmiotem. W ciągu ostatnich lat przerodziłam się w feministkę popierającą równouprawnienie. W latach mojej młodości małżeństwo i dzieci było jedyną, prawą drogą życia. Kobiety kończyły studia, ale na tym ambicje się kończyły. Często po ślubie w ogóle już nie pracowały, a dyplom chowały na dno szuflady. Zasada trzech “K”: Kinder, Kuche, Kirche rządziła życiem młodych kobiet. Dziś więcej jest swobody i możliwości. Trochę żałuję, że z tej wolności przyszło mi korzystać mając już pięćdziesiąt lat, ale cieszę się, że doczekałam czasów, gdy otworzyły się ludzkie umysły i zmienił światopogląd.
Wspominałam o dzieciach. Są jak ptaki zamknięte w klatce, które w końcu wyswobadzają się i fruną, hen, w wielki świat. Mimo silnej więzi psychicznej, fizycznie nie ma ich ze mną. Pocieszam się jednak, że przynajmniej nie są daleko. Zawsze mogę ich odwiedzić lub do nich zadzwonić. No i są też maile oraz komunikatory internetowe. Dróg do komunikowania się jest dziś multum, tylko czy mamy sobie coś ważnego do powiedzenia? Dzieciom chciałam zawsze przekazać, moją wiedzę o świecie, którą czerpię z doświadczenia. Z części niej skorzystały, inną odrzuciły jako obcą. Najważniejsze w macierzyństwie wydaje mi się, to, iż zrozumiałam, że są to odrębne jednostki, których nie mogę kształtować zgodnie ze swoją wizją. Dałam im solidne podstawy, na których można wiele zbudować, ale co z nimi zrobią nie wiem.
Odnajdywanie fizycznych podobieństw do siebie w swoich dzieciach, napawa mnie wielką radością. Patrzę na córkę i jestem dumna z tego dziedzictwa. Dokładnie rozumiem czym jest wymiana pokoleń i staje się ona dla mnie rzeczą naturalną, wręcz oczekiwaną. Moje dzieci opuściły gniazdo bezboleśnie, a ich usamodzielnienie naturalnie wkomponowało się w nasze życie. Na początku bolało, to, że nie byłam już najważniejszą osobą w ich życiu. Zganiłam się jednak za te emocje, bo przecież dzieci nie są rzeczami, które można mieć na własność. Z opuszczeniem gniazda pogodziłam się, gdy zaobserwowałam, że to co ja dałam i przekazałam własnym pociechom, jest przez nie przekazywane innym ludziom. Mnożą dobro.
Czasem nachodzą mnie egzystencjalne refleksje, prawie jak w okresie dojrzewania. Mimo tych chwilowych przebłysków, w ciągu ostatnich dziesięciu lat, tak naprawdę, mocno zdziecinniałam. Okazuje się więc prawdą, że na starość tak się dzieje. Może to dlatego, że w końcu mogłam się odprężyć, zapomnieć o codziennej bieganinie i pozwoliło mi to wyzwolić w sobie dziecko, które tkwiło we mnie, uwięzione i zakneblowane. Dziś częściej się śmieję. Dostrzegam wiele sytuacyjnego humoru – w sklepie, w urzędzie. Żyję w mikrokosmosie, który dla mnie ma rangę wszechświata. Odnajduję radość życia w pozornie małych sprawach. Śmieję się z samej siebie. Przez długie lata uważałam się za nudziarę, dlatego rzadko wychodziłam ze swej skorupy. Teraz bryluję w towarzystwie. Wiem, że życie jest zbyt krótkie, by zatruwać je złymi opiniami na swój temat. Pokochałam siebie.
Wkrótce rozpocznę kolejną dekadę życia, szóstą. Mniej lat przede mną, niż za mną. Przyjmuję to jednak ze spokojem. Nie spisuję na kartce plusów i minusów. By być szczęśliwą nie potrzebuję prowadzenia książki przychodów i rozchodów. Do uczucie spełnienia nie doprowadzi żadne matematyczne działania. Nie ma w tym za grosz logiki. Są codzienne zdarzenia, odczucia, impresje, które niczym kolaż łączą się ze sobą tworząc zgrabną jedność. Ostatnia dekada pozwoliła mi połączyć w całość odrębne elementy układanki – mnie jako matkę, kobietę, żonę, człowieka, pracownika. Wyłonił się z tego harmonijny obraz – Ja. Odkryłam siebie. I wiecie co? Było warto!
Janina Bojanowska
Urodzona w latach pięćdziesiątych minionego wieku. Emerytowana nauczycielka odkrywająca uroki życia. Feministka i emancypantka. Przy okazji, żona i matka dwójki dorosłych dzieci.
Od Redakcji:
Reportaż pt. Droga ku światu został wyróżniony w konkursie 'Polka Pięćdziesiątka'. Autorce serdecznie gratulujemy!
