Polka miejska, Polka wiejska (2)

Mąż nr 2. Studia Kwiatkowska skończyła z problemami. Nie była już osobą tak ambitną i pełną zapału do nauki jak w czasach licealnych.

Mąż nr 2

Studia Kwiatkowska skończyła z problemami. Nie była już osobą tak ambitną i pełną zapału do nauki jak w czasach licealnych. Po obronie udało się jej dostać pracę w bibliotece. Wynagrodzenie pozwalało na skromne życie w mieście.
- Mieszkałyśmy w wynajętej kawalerce. Posyłałam Anię do przedszkola. Musiałam pracować, bo dalej bardzo nie chciałam wracać na wieś. Rodzice namawiali, ale ja sobie tego nie mogłam jakoś wyobrazić.
Gienia lubiła pracę w bibliotece. Książki, rozmowy z ludźmi. Znała prawie każdą osobę, która miała tu kartę. We wtorki zawsze przychodził Andrzej. Nie zwracała na niego uwagi do momentu, kiedy zapytał się o jej ulubioną książkę, „Na tropach Smętka” Wańkowicza. W jednej chwili stał się jej ulubionym klientem.
- Był starszy ode mnie o prawie dziesięć lat. Spokojny, stonowany, trochę zdziwaczały stary kawaler. Zaczęłam mieć nadzieję, że mogę jeszcze ułożyć sobie życie.
Po roku znajomości wzięli ślub. Cywilny. Z Jankiem, Gienia miała kościelny. Andrzej zaakceptował Anię. Wydawało się, że wszystko się układa.
- Na początku nie dostrzegałam tego, że właściwie trafił mi się kolejny leń i obibok. Tylko czytał te swoje książki i właściwie ze mną nie rozmawiał. Jego matka traktowała mnie jak kogoś niegodnego jej syna. Mówiła do Jędrka, że „…ze wsi wyszłam, a wielką damę gram”. Miałam trzydziestkę, jak urodziłam Agnieszkę. Po ponad dwóch latach macierzyńskiego i wychowawczego nie miałam do czego wracać. W pierwszy dzień w bibliotece mi podziękowano. Poszłam na bezrobocie.

Swetry w Sokołowie, koszule w Głogowie

W 1987 roku Gienia z sąsiadką, wpadły na pomysł aby sprzedawać swoje stare, nie noszone już ubrania. Zdarzało się, że dostawały również odzież od znajomych. Prały, prasowały i w dni targowe jeździły po okolicznych miejscowościach. Najczęściej do Głogowa Małopolskiego i Sokołowa.
- Wyjeżdżałyśmy z Aśką autobusem przed szóstą rano. Ludzie chętnie kupowali. Takie były początki szmateksów w naszym kraju. Sprzedawałyśmy swetry, koszule, spodnie, garsonki, spódnice. Tak jeździłyśmy parę lat. W międzyczasie rozwiodłam się z Andrzejem, więc nie mogłam już sobie pozwolić na częste wyjazdy poza Rzeszów. Musiałam być przy dziewczynkach. Musiałam być dla nich ojcem i matką.

„Dołowa”

Bazar przy ulicy Dołowej w Rzeszowie, zwłaszcza w niedzielne przedpołudnia, tętni życiem. Mnóstwo jest tu towarów, sprzedawców przekrzykujących się i nawołujących potencjalnych klientów. Panią Gienię wyróżnia spośród tego tłumu, to iż na jej stoisku zawsze panuje porządek. Ona nie nawołuje, nie krzyczy, a zawsze jest pełno osób przed jej stołem. Do dziś sprzedaje ubrania, męskie i damskie. Towar przywozi zwykle z Przemyśla.
- Jestem tu co niedzielę już przed 6:00. Klient nie będzie czekał na wyłożenie towaru. Chce mieć wszystko podane na tacy. Nie będę miała gotowego, to pójdzie do kogoś innego; do Staszka obok, albo do tej grubej Jadźki pod parasolem. Moje życie zatoczyło koło. Od dziecka sprzedawałam i ten bazar był mi widocznie przeznaczony. Niczego w życiu nie żałuję, tylko czasem myślę… szkoda, że moje córki nie miały ojców. Ani Jasiek ani Andrzej nie chcieli utrzymywać kontaktów.
Anna i Agnieszka są mężatkami. Skończyły studia, pracują. Starsza jest mamą trzyletniej Oliwii, młodsza oczekuje narodzin syna.
- Mam nadzieję, że im się uda. Fajne te ich chłopaki, troskliwe przede wszystkim. Ja nie miałam szczęścia do mężczyzn. Nie wiem, może dlatego, że jestem jedynaczką i nie umiałam się dzielić życiem. Chciałam być adorowana, na pierwszym miejscu, żeby mąż patrzył na mnie jak na święty obrazek. Dziś wiem, że nie na tym polega związek. Przyznaję, tego nauczyły mnie moje córki.
Co Pani myśli o swojej przyszłości? - pytam
- Na Dołowej będę sprzedawać dopóki mi zdrowie pozwoli. Chciałabym jeszcze kiedyś się rozwinąć, zainwestować. Marzy mi się taka budka - sklepik, jak te przy wejściu na bazar. Byłaby z oknem i drzwiami i taką małą przymierzalnią, gdzie można byłoby wstawić zimą farelkę, a nie marznąć przy stołach. Miałabym tam zawsze wszystko poukładane i na wieszakach. Czuję się spełniona i szczęśliwa. Wychowałam dwie fajne dziewczyny, wykształciłam. Za chwilę będę podwójną babcią. Robię to co lubię. Zaczęłam nawet często wracać na swoją rodzinną wieś. Bo wie Pani, ja jednak jestem taka trochę Polka-miejska, Polka-wiejska.

(część 1)

Agata Papiernik

 

 

Agata Papiernik. 26-letnia absolwentka Socjologii, sercem - Krakowianka, ciałem - Rzeszowianka, marząca o tym aby jej teksty były rozchwytywane jak książki Grocholi i... występie w Tańcu z Gwiazdami przed 40-stką ;)

 

 

Od Redakcji:
Reportaż pt. Polka miejska, Polka wiejska został wyróżniony w konkursie 'Polka Pięćdziesiątka'. Autorce serdecznie gratulujemy!

 Refleksje na temat wyników konkursu

Autor wpisu*:
2 x 7 (mnożenie) =