Portret czarownicy (2)

W tym samym momencie wleciała na miotle z powrotem do swojego mieszkania.

I znów upłynęło ileś czarownych lat i nastał ten dzień, w którym Płcia Żeń-ska awansowała na czarownicę.
Wnusia, w przedszkolu oznajmiła z całą stanowczością pięcioletniej kobietki.
– Moja babusia jest najlepszą ze wszystkich.
– Kochanie, wszystkie babcie są najlepsze. – Zareagowała wychowawczo ciocia (wychowawczyni grupy średniaków).
– Nikt nie ma takiej jak ja. – Uparciuch to z niej był.
– Możesz powiedzieć dzieciom, dlaczego?
– Bo ona...bo ona jest czarownicą! – Z podziwem i dumą wykrzyknęła wnusia Płci żeńskiej.
Od tego dnia Płcia Żeńska była tematem dalszej dyskusji wśród dzieci, ale i pani już inaczej się do niej nie zwracała jak – babusiu, czarownico. Co lepsze, dzieci też pytały, czy to prawda? Oczywiście, potwierdzała i od tej pory musiała być przygotowana na wyczarowywanie dla innych dzieci różnych drobiazgów, żeby nie przynieść wstydu najmłodszej z rodzinnego, wiedźmowego klanu ko-biet.
Na czarowanie poświęcała sporo czasu, ale nie dając z siebie zrobić stałej opiekunki do dziecka i obdarowywać swoim wolnym czasem, tylko po to, żeby młodsze pokolenie miało czas na figle i swawole. Po pierwsze – pracowała, po drugie – dalej była żoną, po trzecie – seks z dziadkiem stał się o wiele bardziej interesujący, bo obydwoje udowadniali sobie, że dziadkami to są, ale tylko w chwilach przebywania z małą. Po czwarte – Płcia Żeńska była i chciała być na-dal kobietą, więc starała się jak to kobieta dobę wydłużyć o przynajmniej osiem godzin, kosztem nie mycia okien parę razy w roku, drzwi co miesiąc i nie zbie-rając codziennie odkurzaczem.
– Babusiu, co dziś wyczarujesz? – Pytał głosik już z za drzwi.
– Chwileczkę, już otwieram. – To matce wnusi wystarczyło, żeby zrobić w tył zwrot.
Plecy córki Płcia Żeńska zdążyła zobaczyć, ale usłyszeć, tylko tupot zbiega-jących nóg. Czarowała, kiedy tylko się dało i wprowadzała małą w arkana ma-gii. Na przykład: zamek z pięknym stawem, pływającymi rybkami, fruwającymi ptaszkami, fosą do zdobycia przez królewicza. Księżniczką, jak zawsze, była adeptka sztuki magicznej. Szpinak z jajkiem, piure z ziemniaków, rzodkiewka i pomidor, zjedzony, fakt, że przy pomocy krasnoludka, który zjadał wtedy, gdy mała zamykała oczka.
Płcia Żeńska, babcia – pęczniała szczęśliwa, że wnusia zjadła szpinak.
Płcia Zeńska, córka – przy najbliższej okazji przyznawała starej wiedźmie, swojej mamie, że jej sposoby nadal działają
Płcia Żeńska, mama – strofowała w myślach swoją córkę, że tylko potrafi narzekać, że ma w domu małego niejadka.
Płcia Żeńska, – wnuczka – pytała przez telefon: Babciu, nie pamiętam, ty też czarowałaś?
Koledzy i koleżanki z pracy, znajomi rówieśnicy, wśród których więk-szość miała dzieci nie wiele starsze od wnusi Płci Żeńskiej, mieli powód do dowcipów i żartów.
– Oj, babciu, babuśku, co dzisiaj wyczarujesz? – Współpracownicy.
– Dziś karaoke, kołysanki dla wnucząt, specjalnie zorganizowane dla ciebie, musisz wziąć udział? – Przemili znajomi.
– Zamknij oczy i zatkaj uszy to nie dla babć, zgorszysz się! – Jeden ze współbiesiadników zabawiający towarzystwo kawałami.
Nie wiadomo, dlaczego płeć męską zaobrączkowaną z Płcią Żeńską najbar-dziej bawił dowcip:
Wnuczka pyta babcię:
Babciu, kto to jest kochanek?
Babcia otwiera szafę, z której wyla-tuje szkielet człowieka i przerażona,
mówi:
– O cholera, na śmierć zapomniałam.

Baby Jagi, wiedźmy i czarownice z „szacunkiem czciły swoje święto, Dzień Babci. Wyglądało to tak. Do Płci żeńskiej, jej córka zaraz po pracy przywoziła wnusię, która już w progu śpiewała:
„U Babci jest słodko,
świat pachnie szarlotką.
– No, proszę, zjedz jeszcze ździebełko
I głowa do góry! – odpędzę te chmury
I niebo odkurzę miotełką”.
Zjadały szarlotkę i piły herbatę. Wsiadały do samochodu i jechały do ma-my Płci Żeńskiej. Szarlotka i herbata. Już we czwórkę jechały do najstarszej wiekiem czarownicy, babci Płci Żeńskiej.
– Ja nie lubię szarlotki. – Płakała, ta dopiero z odległym zadatkiem na bab-cię, widząc na stole szarlotkę.
Tylko w tym dniu, podczas popołudniowo-wieczornego sabatu, wszystkie rodzinne wiedźmy, nie na łysych szczytach tylko we własnych piekarnikach,
ze swoich tajnych przepisów wyczarowywały o niepowtarzalnym smaku jab-łecznik.
Upływały kolejne dni i noce, wskazówki zegara obracały się coraz szybciej,
najmłodsza latorośl pasowana została na pełnoprawną obywatelkę. Najstarsze wiedźmy odeszły na wieczny odpoczynek a stale były obecne. Szczególnie w Święta, gdy był czas na wspominanie tego, co było, łezkę, że już nie jest i ra-dosny uśmiech porozumienia, że są stale z nami, w nas i przy nas.
Płcia żeńska odchudziła się o etatowy ciężar zawodowy i przeszła na zasłu-żony odpoczynek.
Wyczyściła, wypucowała i wyglansowała wszystko, co jej wpadło pod rękę, włącznie z mężem i psem. Odsypiać zaległości nie mogła, bo budziła się sama, bez wspomagaczy. Nadrabiała zaległości w czytaniu, bo dla odmiany sa-morzutnie sen nie przychodził. Odwiedzała kina, parki, galerie i któregoś dnia z przerażeniem odkryła, że ona tylko „prawie żyje”, czas wolny przesiewa przez palce a wraz z ubytkiem ciężaru matczyno-kobiecego robi się coraz grubsza, cięższa i osowiała.
Zjadając kolejną porcję kalorycznego ciasta i patrząc przez okno na ten sam widok poraził ją prąd promienia słonecznego odbijającego się w kroplach deszczu na szybie. Zapadła ciemność rozświetlona przez błyskawice. Jej nogi poderwały się lekko, ręce uniosły do góry i czarowna muzyka wprawiła w ruch obrotowy jej ciało. Tańcząc zbliżała się coraz bardziej do miejsca, w którym stała szczotka do zamiatania. Po chwili kij od szczotki znalazł się w rękach tań-czącej postaci i sam ulokował się między nogami. Od silnego podmuchu wiatru otworzyło się zamknięte okno i wir powietrza wywiał tańczącą w przestworza wprost do gwiazd. Płcia Żeńska, jako kobieta, z natury obdarzona była intuicyj-ną mądrością i zrozumiała przesłanie zapisane między gwiazdami: „Od tej pory masz żyć a nie dożywać i swoją czarowną mocą zaczarowywać pojedyńcze chwilki, godziny i dni”.
W tym samym momencie wleciała na miotle z powrotem do swojego mieszkania. Nie bardzo mogła utrzymać równowagę i gdy odstawiała miotłę uderzył ją kij samobij. Rozcierając bolące miejsce ze zdziwieniem usłyszała słowa z zaświatów. Rozpoznała głos satyryka i aforysty ST. J. Leca, który wbi-jał do jej siedmiu klepek w głowie: „Czas robi swoje. A ty człowieku?” i śmiał się przy tym do rozpuku.

Nie mogę podać nazwiska, imienia, adresu, wieku i żadnych innych danych Płci Żeńskiej. Nie dlatego, że obowiązuje ochrona danych osobowych. Z bardzo prostej przyczyny. Ta Płcia Żeńska to tylko jeden z klonów sklonowanej przed wiekami prapraprababci.

 

Jolanta Kwiatkowska

Od Redakcji:
Reportaż pt.
„Portret czarownicy" Jolanty Kwiatkowskiej nadesłany został na konkurs 'Polka Pięćdziesiątka'. Autorce serdecznie gratulujemy dystansu do życia i poczucia humoru!

Refleksje na temat wyników konkursu

Autor wpisu*:
2 x 7 (mnożenie) =