Życie na włączonym szwendaczu(1)

Pomyślałam sobie: niech jedzie, zobaczy świat, pozna ludzi.

Nie pamiętam, kiedy oprócz tych wszystkich myśli jakie mamy pod adresem naszych dzieci, zaczęłam życzyć moim pociechom tego, żeby Ich codzienność nigdy nie była szara. Nie chodziło mi wcale o nadzwyczajne osiągnięcia czy lukratywne zawody. Chciałam, żeby Ich „kolorowe życie” brało się z barw jakie noszą w sobie. Życzyłam Im żeby wiedziały co chcą robić w życiu, albo żeby szybko dowiedziały się czego robić nie chcą i nigdy nie musiały. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że poszukiwanie tej wiedzy może wprowadzić wiele zamętu w życiu. Moje życzenie wzięło się z tego, że gdzieś w głębi, za zamkniętymi drzwiami w samotności moich myśli, wracało dobrze znane, ale niezrozumiałe poczucie niezadowolenia i ciągłego oczekiwania na chwilę, kiedy stanie się coś, co sprawi, że uznam moje bycie tutaj za godne Istnienia i pełne sensu. Zawsze, od kiedy pamiętam, czekałam na coś więcej niż radości dnia codziennego czy obowiązki wynikające z ról jakie pełniłam. Musiało upłynąć wiele lat, abym nareszcie poczuła, (bo zrozumiałam wcześniej), że cudem jest Istnienie, życie – celem samym w sobie, i jesteśmy tu, żeby doświadczać świadomie. Tak, więc kluczem stało się słowo „świadomość” na małą i dużą skalę. Nie wiem czy ta moja tęsknota za poczuciem sensu, nietypowa data urodzenia czy imię jakie nadałam mojej córce sprawiają, że doświadcza tego czego doświadcza. Pewnie astrolog mógłby powiedzieć jakie gwiazdy przyświecają urodzonym 29-go lutego, a w leksykonie imion możemy przeczytać cechy charakteru przypisywane Katarzynom, jednak czy te źródła udzielą odpowiedzi na pytania, które zadaję sobie samej od lat? Tak, więc podczas pakowania kolejnej torby podróżnej po to, żeby dotarła tam gdzie tym razem jest moja Kasia przypominam sobie, który to raz wysyłam w świat nie tylko, to o co prosiła, ale również co moim zdaniem jest Jej potrzebne. Pakuję w te torby z matczynej nadgorliwości o wiele więcej niż należy i niż norma przewiduje (znowu będzie nadbagaż!). I nie wiadomo co więcej waży, te wszystkie fatałaszki czy zapakowana moja miłość do córki, akceptacja tego co robi i kim jest, troska o nią, życzenia wszystkiego dobrego i szczęśliwych wiatrów bez względu na to czy leci, jedzie czy płynie. Jak zwykle „wkradł” się też mały pakuneczek, którego nie zauważyłam i mam nadzieję, że Ona również go ominie, wyrzucając ze stertą plastikowych toreb. Tą malutką, niechcianą przesyłką, niezauważoną przez mnie jest moja ogromna tęsknota do córki. Nie chcę jej obciążać tym ciężarem, więc tylko czasami wspominam: kochanie baw się dobrze, ale pamiętaj że czekam na wieści od ciebie. No więc, pakuję tę torbę i moje myśli krążą wokół córki i nie wiem czy więcej w niej Katarzyny ze Sieny czy innych świętych o tym imieniu, czy złośnicy z szekspirowskiej sztuki, ale jest coś co sprawia, że .... , no właśnie, że pakuję tę torbę i myślę o tych wszystkich razach, kiedy to Kasia wybierała się w kolejną podróż, a moje myśli szły za nią.


Zaczęło się już dawno jeszcze w szkole podstawowej, kiedy to ciągle wyjeżdżała z harcerzami i korzystała z każdej nadarzającej się okazji, żeby tylko gdzieś pojechać, ale jeszcze nie widziałam w tym syndromu włóczykija i największej powsinogi jaką znam.


Wracam pamięcią do dnia, kiedy wyruszała z domu „ na zawsze”. To nie był kolejny obóz czy wycieczka - wyprowadzała się na studia do innego miasta. Odległość w kilometrach może nie tak duża, ale milowy krok w jej życiu i wyfrunięcie z gniazda rodzinnego. Tak to odbierałam, patrząc na nią, jak wsiada do samochodu i znika za zakrętem. I tu zaczyna się moja opowieść. Pewnego dnia, na drugim roku studiów, powiedziała: „mamo Olsztyn jest dla mnie za mały, znam tu wszystko i wszystkich nie wyobrażam sobie spędzić w tym mieście całego życia. Muszę gdzieś wyjechać, zacząć wszystko od początku dopóki mi się chce i mam odwagę to zrobić”. Pomyślałam sobie: niech jedzie, zobaczy świat, pozna ludzi. Była bardzo młoda, ale osiągnęła ten poziom dojrzałości, kiedy matczyne niańczenie nie było już potrzebne. Przecież są ludzie, którzy o wiele wcześniej rozpościerają skrzydła do samodzielnego lotu, a Kasia miała spadochron w postaci rodziców. No i zaczęły się przygotowania do tego momentu. Ona załatwiała formalności związane z przeniesieniem na inną uczelnię, a ja zaczynałam przyzwyczajać się do myśli, że to nastąpi. To oznaczało, że nareszcie w domu już nikt nie będzie „wisiał” całymi godzinami na telefonie, że tajfun mający swoje ognisko w pokoju Kasi nie będzie rozprzestrzeniał się z zawrotną prędkością na resztę pomieszczeń, że nie będę musiała najpierw „odgruzować” kuchni, żeby móc do niej wejść. Myślałam sobie: nareszcie moje rzeczy będą tam gdzie je wczoraj położyłam, że nie będę musiała wyłazić mokra z wanny, bo jakimś cudem zniknęły wszystkie ręczniki. No więc wyłażę mokra z tej wanny, po to tylko, żeby odebrać kolejny telefon do mojej córki od kolejnej koleżanki, a miała ich „miliony”. Te myśli przyznaję ze wstydem przynosiły mi ulgę, ale również ....już nikt nie będzie wpadał do domu z rozwianymi włosami, iskrzącymi oczami i podekscytowanym głosem opowiadał o kolejnej niewyobrażalnej rzeczy. Już nie będzie codziennego: mamuś!!! ..... i tu zazwyczaj „leciała” informacja na skalę co najmniej odkrycia nowej planety. No i nie będzie codziennego czekania aż wróci i wszędzie będzie pełno Jej głosu, zapachu, śmiechu. Potrzebowałam kilku miesięcy, żeby przyzwyczaić się do tych myśli.

@page_break@

 

Minęły wakacje i wyjechała! A ja czekałam na wiadomości, jak jej tam jest, kogo poznaje, gdzie bywa itd. Poznań, bo to miasto uznała za wystarczająco duże nie stał się jej miejscem na ziemi. Zawarła nowe przyjaźnie, które przetrwały do dzisiaj, ale ciągle wracała do Olsztyna. Podróżowała między dwoma miastami, dwoma światami i dwoma życiami. W pociągach było czasami za ciasno, albo zupełnie pusto, za zimno, albo za gorąco, ale zawsze za długo. Ja odganiałam od siebie bezsensowne myśli: że podróżuje nocą, że sama, że wydaje za dużo na bilety, że nie może znaleźć sobie miejsca. Tak trwało przez ponad dwa lata, aż któregoś dnia zadzwonił telefon, to była Kasia, usłyszałam dobrze sobie znane „mamuś, słuchaj...”. Okazało się, że pojawiła się okazja na wyjazd do Anglii i że wiązało się to z roczną przerwą w studiowaniu. To było przed majem 2004 roku, jeszcze zanim Polska weszła do Unii Europejskiej, jeszcze Anglia dla Polaków była niedostępna, albo trudna do zdobycia, to była wielka okazja. Nie przerażało Jej, że nigdy nie pracowała nawet w ogródku, a tu jakaś farma ze szparagami! W duchu pomyślałam sobie „ile mnie to będzie kosztowało?”, ale na głos zapytałam „kiedy?”, dopiero potem padło pytanie o koszty i pomyślałam sobie: niech jedzie, zobaczy świat, pozna ludzi. Przecież magisterka jej nie ucieknie. Uczelnia nadal będzie stała za rok w tym samym miejscu, a trzy miesiące, które miała spędzić na angielskiej farmie szybko miną. Wierzyłam, że wróci i skończy studia, przecież Katarzyny są rozsądne, mówiło mi moje zaufanie do córki, ale .... Kaśki szalone, chichotał w tyle głowy diabełek!


Pojechała i znowu zaczęło się wyczekiwanie na telefon, na wieści. Jaka jest ta Anglia, jak sobie radzi, moja, mała, drobna córeczka pracując po 12 godzin na upalnym polu, bo jak na złość było to lato stulecia w Anglii. Po skończonej praktyce zostało kilka miesięcy do rozpoczęcia ostatniego semestru na uczelni, postanowiła spędzić je w Anglii. No dobrze, pomyślałam sobie. Trochę zarobi, zobaczy inną część wyspy, pozna ludzi, podszkoli angielski. Uznałam, to za dobry pomysł. Do głowy mi nie przyszło, że to otworzy nowe drzwi dla mnie! Tak się stało, że nie upłynął nawet miesiąc i ja znalazłam się w Anglii. Po kilku miesiącach Kasia wróciła do Polski „obroniła magistra” po czym wsiadła w samolot, bo postanowiła zacząć „dorosłe” życie w Anglii. Znalazła pracę,(oczywiście bez problemu) gdzieś zamieszkała i w ciągu następnego roku zmieniła trzy adresy, podróżowała między Polską i Anglią, Northampton i Londynem, a w międzyczasie wyjeżdżała na wakacje jeszcze gdzieś indziej i w końcu któregoś dnia powiedziała: „mamuś, wyprowadzam się do Londynu. Northampton jest dla mnie za małe (200 tys ludzi!), duszę się w tym mieście, nic mnie tu nie czeka ciekawego”. Pomyślałam sobie: no tak skąd ja to znam, ale niech jedzie, pozna szeroki świat. Londyn to nie byle co. Może tam się zatrzyma i zacznie stabilizować - cokolwiek, to znaczy! Stabilizacja trwała jakieś trzy lata. Lubiłam jeździć, odwiedzać Ją w Londynie, polubiłam Jej chłopaka, którego tam poznała, mieszkanie, to jak się urządzili, to że mieli „wspólny język”. Chociaż ciągle gdzieś ich gnało po świecie, to jednak wracali pod ten sam adres. Pewnego dnia przy kolejnej wizycie, kiedy to siedzieliśmy sobie przy stole w ich londyńskim mieszkanku, zaczęli wspominać o powrocie do Polski, że nie chcą spędzić całego życia w Anglii, że jak wracać, to teraz zanim jeszcze nic na poważnie się nie zaczęło. Pomyślałam sobie: no cóż są młodzi jeśli im się tu nie podoba, to nie ma sensu tego przedłużać, niech jadą, spróbują sił w kraju ojczystym, przecież zawsze mogą tu wrócić. Było mi szkoda, że już nie będę włóczyć się z nimi po Londynie, że nie będzie po co przyjeżdżać na Brixton, gdzie tak kolorowo i egzotycznie, że oni już nie wpadną raz na miesiąc do mnie na wieś, żeby miło spędzić weekend. Przyszedł wyznaczony dzień, zapakowali swój pierwszy w życiu dorobek i wyjechali. Dla Kasi było to nowe miasto, nowe miejsce, nowi ludzie, nowe wyzwanie czyli to co lubi! Wyglądało na to, że podąża za swoim mężczyzną. Tam miała zacząć się Jej nowa przygoda, jak wiemy nie pierwsza, ale i nie ostatnia! Zaczęli układać sobie życie na nowo, nadal były wyjazdy turystyczne, ale to nic nowego - już się do tego przyzwyczaiłam. Oczywiście, jak zwykle nie mogłam spać w czasie kiedy odbywała kolejną podróż, jakbym to ja była narażona na spóźnione pociągi, odwołane loty, zgubione paszporty czy kradzieże portfeli. Nieważne czy jechała do przyjaciółki w tym samym kraju czy podróżowała „koniem, wozem, parowozem i pięć kilometrów na piechotę” na drugi koniec świata, ja w tym czasie miałam, jak najbardziej symptomy podróży czyli mój żołądek odmawiał posłuszeństwa, byłam mniej lub bardziej rozkojarzona i ciągle sprawdzałam czy mam włączony telefon, żeby tylko nie przegapić sms-a od niej. W te dni czy noce pomimo zdenerwowania stawałam się wyjątkowo cicha i skupiona na pozytywnym myśleniu, odżywałam dopiero jak przychodziły oczekiwane słowa: „mamuś, jestem na miejscu, ale tu jest ...... !”

CDN
Grażyna Białous (korespondencja a Wielkiej Brytanii)
Wollaston

21.12.10

Mazury

Autor wpisu*:
2 x 7 (mnożenie) =