Jeden taki miesiąc w roku

Czyżby nastał czas stabilizacji czy los daje mi odetchnąć przed kolejnymi zmianami?

A może coś się dzieje, tylko jeszcze tego nie widać!

Pażdziernik, miesiąc jak każdy inny, a jednak coś sprawia, że w tym właśnie miesiącu często zaczynały się moje nowe przygody oznaczające wielkie zmiany w życiu. Dla mnie ten miesiąc prawie każdego roku przynosił wyzwania i to jakie! Niektóre z nich trwały długo, tak jak 23-letnie małżeństwo, albo dłuższą czy któtszą chwilę , jak nowa praca czy nowa fascynacja. Zazwyczaj, jednak wywierające duży impakt na moje życie. Doskonale pamiętam daty związane z każdym z tych wydarzeń, ale która z nas nie pamięta takich rzeczy, jak: stres pierwszego dnia w pracy, podniecenie przed długo oczekiwaną randką. Czy emocje związane z odprowadzaniem wzrokiem oddalającej się postaci, której miało się już nigdy nie zobaczyć, a nadal tak bliskiej. Każdemu z takich dni można by nadać nazwy, mające znaczenie tylko dla nas.


Od kilku lat pażdziernik nie ma dla mnie nic nowego??? Nic co można by nazwać przygodą czy wyzwaniem. Czyżby nastał czas stabilizacji czy los daje mi odetchnać przed kolejnymi zmianami? A może coś się dzieje, tylko jeszcze tego nie widać! Dzisiaj chcę opowiedzieć o jednym z pażdziernikowych dni, w którym zaczęła się trwająca „już”, a może „tylko” 6 lat przygoda z Anglią. Nazywam, to przygodą ponieważ, to słowo najbardziej odzwierciedla moje nastawienie i oczekiwania w związku z wyjazdem z kraju w 2004 roku. Czyli podekscytowanie nieznanym i otwarciem na nowe doświadczenia. Nie miałam żadnych wyobrażeń o czekającej mnie przyszłości. Chciałam znależć pracę i nowe miejsce w życiu. Nie wiem czy decyzję wyjazdu podjęłam bardziej z desperacji wynikającej ze zmęczenia walką o byt w Polsce czy z odwagi powiedzenia sobie, że mam dość i chcę żyć inaczej. Tak czy siak w wieku 44 lat spakowałam walizkę i wyjechałam do Anglii, kraju którego nie znałam i w którym nigdy nie byłam. Mało tego nie znałam angielskiego i wiedziałam, że nie będę miała czasu się go uczyć zanim podejmę pracę, bo przecież zostawiłam w Polsce zobowiązania finansowe i syna na pierwszym roku studiów. Czekała mnie więc praca fizyczna, której nigdy wcześniej nie wykonywałam . Mimo wszystko byłam przepełniona entuzjazmem i dziecięcą wiarą graniczącą z naiwnością, że wszystko będzie dobrze. Niczym nie ryzykowałam, miałam w końcu pracę, której wprawdzie nienawidziłam, ale do której zawsze mogłam wrócić.


Polska pożegnała mnie piękną pogodą, prawdziwym „babim latem”. Uznałam, to za znak od losu, że mi przyświeca na nowej drodze. Łaskawość losu była jedyną rzeczą na którą mogłam liczyć na dłuższą metę. W znalezieniu mieszkania i pierwszej pracy pomogła mi córka, ale Ona za 3 miesiące miała wracać na studia do Polski i nie mogłam oczekiwać, że będzie mnie niańczyć.


Wysiadłam z samolotu na angielskim lotnisku, jako jedna w zwielu, bezimiennych osób przybyłych tutaj w poszukiwaniu szczęścia. Mówię bezimiennych, ponieważ od tego momentu przestało być ważne jak się nazywam, kim jestem, co do tej pory zdobyłam. Liczyło się tylko, to czy będę umiała odnależć się w nowych okolicznościach i przystosować do nich. Wcześniej, jeszcze w samolocie przyjrzałam się moim współpodróżnikom i oczywiście okazało się, że jak zwykle zawyżam średnią wieku. Tak też było w agencjach pracy i miejscach gdzie pracowałam, ale nie byłam jedyną „ czterdziestką”, która porwała się z motyką na słońce. Byli też inni w moim wieku, a nawet starsi. Nikogo nie namawiam na podejmowanie drastycznych decyzji, ale czasami warto wyciągnąć rękę po coś, co wydaje się poza naszym zasięgiem. Trzeba tylko wyczuć sprzyjającą energię, a ta mi sprzyja od pierwszego momentu na angielskiej ziemii.


Doskonale pamiętam każdą niemal godzinę tych pażdziernikowych dni. Nie tylko pogodę, która była nie taka zła, zresztą postanowiłam być zadowolona i byłam. Wszak musiałam dotrzymać obietnicy złożonej mojemu Bogu. Nie jestem zbytnio religijna, ale obietnica, to obietnica. Od wielu lat prosiłam o wskazanie mi drogi na ktorej poczuję radość płynącą z samego istnienia. Skoro życie, to cud i ja w nim uczestniczę, to daj mi to odczuć, daj pomysł i siły na zrealizowanie go, a obiecuję być zachwycona i szczęśliwa, tak mówiłam do Boga w najczarniejszych momentach mojej duszy. Skoro w mojej głowie pojawił się pomysł na wyjazd z kraju uznałam, to jako odpowiedż na moje prośby. Uwierzyłam w nowe możliwości i to napełniało mnie nieznaną do tej pory wiarą w dobroć losu i w słuszność decyzji, zostawienia wszystkiego za sobą i zaczęcia od początku. Poczucie wolności jakiego wtedy doświadczałam było warte ceny jaką za nie zapłaciłam.


To naprawdę wspaniałe, odmładzające i pouczające uczucie poznawać wszystko na nowo. Najprostsza rzecz, jak jazda autobusem okazała się wyzwaniem z powodu: nieznajomości języka, miasta, gdzie kupić bilet itd. To jednak mnie nie zrażało, było jak odkrywanie nieznanej wyspy, albo otwieranie pudełka ze skarbami. Czułam się jak w krainie czarów, nie miałam pojęcia o niczym, a i tak wszystko działało. Okazało się, że wcale nie trzeba dużo mówić, żeby załatwić to co się chce. Nie trzeba się martwić, tylko robić swoje i iść do przodu. Nagła transformacja też mi zrobiła dobrze i dodała energii. Z paniusi na obcasach (nie mam nic przeciwko wysokim obcasom, lubię jak kobieta jest elegancka) przemieniłam się w pracownicę magazynu w ciężkich butach i w jaskrawożółtej kamizelce. I co? .... I nie stało się nic! Nadal byłam tą samą osobą z entuzjazmem obserwującą otaczającą mnie rzeczywistość. W te pażdzirnikowe dni kolejny raz doświadczyłam prawdziwości słów, że „życia nie mierzy się ilością oddechów, tylko ilością chwil, które zapierają dech”.

Wollaston 10.10.2010 (korespondencja z Wiekiej Brytanii)


Grażyna Białous (autorka na zdjęciu w tekście)

Autor wpisu*:
2 x 7 (mnożenie) =