Miłość w necie
Oboje mają po dwójce dzieci. Ona napisała anons przypominający ogłoszenie rekrutacyjne, on odpowiedział i "zakwalifikował się".
Danuta (lat 53)
Czułam, że nie chcę samotnie spędzić reszty życia. Zakończyłam 19-letni, trudny związek. Po takim przeżyciu trzeba trochę pobyć samemu, żeby pozbyć się toksyn, złych emocji. Potrzebowałam na to dwóch lat. Potem zaczęłam się zastanawiać, gdzie ludzie znajdują swoje drugie połówki. Pracowałam w firmie doradczej, organizowałam szkolenia, spotykałam wiele osób, jednak nie chciałam szukać mężczyzny wśród klientów. Znajomi odpadali, ich przyjaciół znałam od lat, więc nie było szans na nową znajomość. Pomysł z internetem podsunęła mi koleżanka.
Najpierw jedynie przeglądałam ogłoszenia. Nie budziły zainteresowania, raczej niechęć. W końcu postanowiłam zamieścić swoje ogłoszenie, które - chyba z racji mojego zawodu - miało charakter rekrutacyjny. Kryteria były naprawdę ostre. Wiedziałam, że stawiam wysokie wymagania, ale przecież szukałam kogoś wyjątkowego. Dwie rzeczy były dla mnie priorytetowe: chciałam, żeby był to mężczyzna z dziećmi, ponieważ sama mam dwójkę, oraz żeby był to ktoś konkretny, rzeczowy. Odpowiedziały trzy osoby. Dwóch młodych mężczyzn i mój aktualny mąż.
Stanisław mnie zaintrygował. Od pierwszych maili czułam, że jest fajnym mężczyzną. Ujęło mnie jego poczucie humoru i dystans do samego siebie. Mailowaliśmy 1,5 miesiąca i była to fascynująca korespondencja. W internecie ludzie są bardziej śmiali, stawiają odważne pytania, nie boją się na nie odpowiadać. Szybko poznaliśmy swoje sposoby myślenia, poglądy na życie, politykę, sztukę.
Na pierwsze spotkanie szykowałam się naprawdę długo. Dawno nie chodziłam na randki... Stanisław wydał mi się inny niż był w sieci, mniej swobodny. Ponieważ dzieci bardzo mnie dopingowały do poszukiwania partnera, porozmawiałam o nim z synem. Wziął Stanisława w obronę, mówiąc, że to naturalne, że się denerwował. Wyjechałam na tydzień, więc nie odpisywałam na maile. Kiedy wróciłam, zastałam list od zaniepokojonego Stanisława - martwił się, że zrobił złe wrażenie i dlatego już do niego nie piszę.
Umówiliśmy się. Randki w realu nadal różniły się od listów. Na spacerze w Sopocie powiedziałam o tym Stanisławowi. Zdziwił się, ale postanowił zwrócić na to uwagę i... zaczął się zachowywać całkowicie swobodnie. Dzieci Stanisława poznałam już na pierwszym wspólnym sylwestrze. Od jego córki otrzymałam ocenę 9 na 10 punktów. Zostałam zaakceptowana.
Oświadczył mi się po trzech latach. Wiedział, że nie chcę wychodzić za mąż, czekał. I tak od trzech lat jesteśmy małżeństwem. Czasem wracamy do czytania naszych internetowych listów, nawet zastanawiamy się, czy ich kiedyś nie wydać.
Stanisław (lat 50)
Chciałem znaleźć bliską osobę. Byłem wdowcem z dwójką dzieci. Po dwóch latach żałoby pomyślałem, że może jednak gdzieś ktoś na mnie czeka. Tylko gdzie? Mieszkam w małej miejscowości na Helu, większość osób znałem z widzenia. Zacząłem więc przeglądać ogłoszenia na portalu "Sympatia". Sam nie zamieściłem anonsu, uznałem, że mężczyzna powinien raczej "polować". Miałem za sobą jakieś 2-3 spotkania, ale niezbyt udane. W profilu Danuty ujął mnie nick "Kraksa". Pomyślałem, że to życiowy rozbitek, którego mogę uratować. Potem okazało się, że jest zupełnie inaczej, a nick to imię psa.
Pierwszy raz spotkaliśmy się jesienią, w sobotę, o 18.00, w Gdyni. Szykowałem się na to spotkanie cały dzień. Nie zrobiłem jednak dobrego wrażenia, chociaż wtedy wydawało mi się, że wypadłem świetnie. Potem Danuta wyjechała i nie miałem z nią kontaktu. Byłem zaniepokojony, czułem, że moja atrakcyjność została podana w wątpliwość, ale zniosłem to dzielnie. Nadal kontaktowaliśmy się w sieci, a w realu odbywaliśmy krótkie spotkania. "To właśnie ta!" - pomyślałem po pierwszym sylwestrze z dziećmi. Moja przyszła żona zrobiła na wszystkich rewelacyjne wrażenie. Oczywiście na mnie przede wszystkim. Wtedy postanowiłem "trzymać ją blisko siebie".
Znajomości z internetu mają plusy i minusy. Nieco stresujące jest to, że nie widzi się osoby, z którą zacieśnia się kontakt. Przez to stres spotkania jest jeszcze większy - czy mi się spodoba, czy ja się spodobam? Ale polecam tę drogę. W sieci łatwiej poznać kobietę niż np. w kawiarni. W internecie intencje są jasne, z góry określone. Wystarczy tylko się odnaleźć.
Magdalena Fabijańczuk, Anna Olszewska-Krysztofiak (fragment artykułu w DF, Gazeta Wyborcza)














Dołącz do dyskusji - napisz komentarz
Malina 01/08/2016, 15:04
Mój związek z Michałem trwa już 3 rok, wszystko dzięki założeniu konta na ezeo.pl
Zdziwiona 16/03/2016, 13:24
Mój związek "internetowy" trwa już 16 lat..;)
nel 16/03/2016, 7:21
Bardzo fajny artykuł – dużo o tym jak znaleźć miłość tu jakzarabiacjakoszczedzac.blogspot.