Weranda literacka

Bezożercy

W swoich peregrynacjach dietowych przeszłam całą gamę znanych i nieznanych, modnych i niemodnych diet.

 

 

„Mamo zachowujesz się jakbyś była na głodzie”, słowa córki nawet do mnie nie docierały, przeciskałam się między regałami pełnymi dobroci i tzw. zdrowej żywności. Prułam na przód, nie bacząc na nic ani na nikogo. Na końcu sporego sklepu, w znanym warszawskim mall’u (czytaj centrum handlowe), ostatecznie zatrzymałam się przed jednym z regałów. Nerwowo rozglądam się, skanując poszczególne półki, „gdzie to jest, nie widzę…gdzie to może być?”. „Mamo, lecisz jak oszalała, poczekaj”, córka doszła, a właściwie to dobiegła do mnie. „Gdzie TO jest? Czyżby nie było”? „Tu są”, nerwowo wskazał mój mąż, kiedy właśnie dotarł na miejsce. Jest! Przed oczami zamajaczyła biel, upragniona biel słodkości.

Ale od początku

Jestem 50 +, jedną z tysięcy, albo milionów kobiet, które ciągle się odchudzają. A może tylko marzą o pozbyciu zbędnych kilogramów? W swoich peregrynacjach dietowych przeszłam całą gamę znanych i nieznanych, modnych i niemodnych diet, efekt jo-jo zawsze był dodatkowym bonusem. Mam nieodpartą miłość do nowości – i to mnie gubi. Do tego dochodzi: brak konsekwencji, silnej woli, miłość do słodkości….dużo by wymieniać. Nie będę zanudzać kolejnymi etapami mojej dietomanii. Tak naprawdę, to nie o diety chodzi ale o nadmiar ciałka, który wyhodowałam sobie na przestrzeni ostatnich 20 lat. I ten wrodzony wstręt do ćwiczeń…..po co to się tak męczyć?

Wściekła z bezsilności

Zapał miewam ale tylko na poczatku, tzw. słomiany, później wszystko mi się nudzi. Czy wy też tak macie? Czasami śmieję się z tego, czasami płaczę, ale generalnie jestem wściekła na siebie, wściekła z bezsilności. Z tej wściekłości udałam się, jakiś miesiąc temu, do kolejnej mekki cudownych uzdrowień, fantastycznych metod i nieodgadnionych odkryć, gdzie kolejny raz powiedziano mi „ależ to nie tak, musi pani podejść do sprawy całkiem inaczej – my panią uzdrowimy”. No to się uzdrawiam  kolejny raz i z kolejną dozą nadziei, że tym razem będzie inaczej, lepiej, doskonalej, i że osiągnę upragniony cel. Dopóki nadzieja się tli, dopóty mam jakiś napęd. Do pierwszej wywrotki…ale tego przecież nie zakładam

Fajny sposób na odchudzanie

W nowym miejscu dostałam całą rozpiskę czego mi nie wolno (długa lista) i co mi wolno (bardzo krótka lista), jest też lista drażliwa – ni pies ni wydra – na której jest dużo pozycji i są to, te które niby mogę ale niby nie mogę. I bądź tu człowieku mądry. Ale najważniejsza sprawa to pewien „element” pożywienia! Pod żadnym pozorem nie wolno mi tego jeść!!! Nagle okazało się, że to „świństwo” jest wszędzie, czyli że praktycznie już niczego nie mogę jeść. „Fajny sposób na odchudzanie, w zasadzie można przejść na permanentną głodówkę” pomyślałam. Po wgryzieniu się w rozpiskę wyczytałam, tak między wierszami, że mam przyzwolenie na słodkości!!! Co za ulga, co za radość! Czy ktoś słyszał o takiej diecie? Bo ja nie. Tak bardzo zafiksowałam się na te słodkości, że zaraz poleciałam do sklepu, żeby spenetrować ewentualne możliwości. Za dużo tego nie było ale parę rzeczy wyhaczyłam do koszyka.

Biała ciągutka

W domu rzuciłam się w wir pracy, która jak wiadomo, jest najlepszym sposobem na wszystkie dolegliwości i niedogonienia. O produktach zapomniałam. Któregoś dnia córka przekopywała „słodką szafkę” w pogoni za jakimś przysmakiem i znalazła jeden z tych produktów. Zasiedliśmy całą czwórką: córka, syn, mąż i ja i spróbowaliśmy. O rany! Niebo w gębie: słodkie ale nie słodkie, po nagryzieniu takie troche ciągnące się (jak krówki-ciągutki). Jedną, malutką paczuszkę zjedliśmy w dwie i pół sekundy, walka o ostatnie ciągutki była ostra. Jest sobota wieczór patrzymy na siebie i już wiemy, że wszyscy chcemy więcej „białych ciągutek”. Gdzie to kupić? Gdzie TO kupić? Szybka decyzja, zwarta akcja i już jesteśmy w samochodzie, cała nasza trójka (syn zbojkotował). Pędzimy, prawie że na sygnale, do jednego z większych, jeśli nie największych centrów handlowych. Jako pierwsza do sklepu wpadam ja i, z rozwianym włosem, biegnę do półek. „Mamo zachowujesz się jakbyś była na głodzie”, słowa córki nie docierały do mnie, dzielnie przeciskałam się między regałami pełnymi dobroci i tzw. zdrowej żywności....Resztę już znacie

I co teraz będzie?

Tego wieczoru obskoczyliśmy jeszcze dwa inne centra handlowe (czytaj: mall’e). Zachowywaliśmy się jak banda ciągutko-żerców: wpadaliśmy do sklepu, pędem do półek, wrzut do koszyka i dalej do kasy. Tak, tak, okazało się, że jestem bezożercą, nałogowym wyjadaczem białych-ciągutek! A na dodatek zaraziłam tym całą rodzinkę. I co teraz z nami będzie?

Papilociara

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

  • kobieta 18/08/2011, 12:15

    taka dieta to chyba sama przyjemnosc?

  • Ewa 07/08/2011, 22:32

    Sama bardzo lubię bezy. Nie dziwię się więc autorce.