- Jesteś tutaj:
- Strona główna
- » Weranda literacka
- » Lato,lato,lato czeka….
Przeczytaj także…
Lato,lato,lato czeka….

Nie ważne, kto ma jaki „zawód”. Ważne, że lato nie sprawia zawodu. Jest. – To tylko kanikuły nie ma”.
"Ale to już było” – ostatnio zamiast czasami myśleć, śpiewam sobie ten stary-jary przebój. Było. No i cóż z tego? W tym roku – nie jestem pewna - było? Czy może jest?
„Lato, lato, lato czeka, razem z latem czeka….” śpiewałam w maju (jestem z tych beznadziejnie ufnych stworzeń), gdy tylko media ogłosiły – „Mamy lato”. Z wrodzonej przezorności upewniłam się, patrząc na kalendarz, czy rzeczywiście jest. I by być stuprocentowo pewna, spytałam też swoją drugą połówkę: „Jest już lato?”. Oderwał (bo ta druga to u mnie rodzaj męski) wzrok od telewizora na sekundę i spojrzał na mnie jakoś tak dziwnie, czyli normalnie, tak jak zawsze, gdy pytam go o bardzo ważne rzeczy i kiwnął głową, czyli potwierdził, że lato jest. I kilka sekund później (u płci męskiej „zakumanie”, chwilę trwa) ucieszył się, bo krzyknął: „Hurra! Jest! Jest!”.
Wyszłam z pokoju już prawie pewna, że lato jest. „Prawie” – pozbyłam się, pijąc piwo. Przypomniałam sobie, że gdy z kilku ust, (czyli w tym przypadku z kilku źródeł), słyszy się: „Nie pij więcej, masz dość” to trzeba grzecznie iść – nawet nie prosto, ale do łóżka.
Mój „mutualizmatyczny” organizm….- mam pewność, że nie „komensalizmatyczny, chociaż biorąc pod uwagę, że zaistniała księgowość kreatywna, to może bilans zerowy nie jest kreatywny? (pomyślę innym razem) – zdążył tylko obejrzeć pokopanych i „wykopać się” z pokoju, gdy ja już wszystko, co potrzebne, zakopałam do trzech dużych, torbowych, podróżnych dołów i ze słonecznym uśmiechem, wyświergotałam: „Lato, lato, lato czeka”. Widząc, że znów patrzy na mnie normalnie, mimo, że nie pytam, świergoliłam dalej: „Razem z latem czeka rzeka, razem z rzeką czeka las, a tam ciągle nie ma nas”. Mój organiczno-połówkowo- ślubny normalnie, czyli z podniesioną ze zdumienia jedną brwią reagował tylko wtedy, gdy słyszał moje mądre pytania. Teraz zdębiał, czyli zamienił się w dąb, objął mnie swoimi konarami i delikatnie zaszumiał: „Tylko nie zrywaj się ciut świt o dziesiątej. Ja już wszystko przygotuję, spakuję i pojedziemy, o której wstaniesz. Zaraz po tym, gdy umyjesz się, zjesz śniadanie, sprawdzisz pocztę i wypijesz kawę”.
Kochany jest ten jak zwał tak zwał, ale na pewno – mój. (Kto nie wierzy, niech przeczyta dedykację w „Kodzie emocji”, a jeżeli dalej nie uwierzy, to…..wpisać dowolne słowo). I zwyczajną nadzwyczajnością jest to, że był, jest i będzie. Tego jestem pewna, bo znam go ho, ho i jeszcze trochę. Nie lubi zmian. Czasami ma tylko zmienne nastroje. No, cóż, ja też tylko czasami myślę – czyli dobraliśmy się przysłowiowo, jabłkowo.
Ale ad rem, czyli do czekającego lata. I do rzeki, i do lasu też.
Wierzcie mi, albo nie wierzcie, ale ani tu ani tam, lata nie było. Może dlatego, że nie miałam wielu okazji, by go poszukać. Nie mogłam wyjść, bo drzwi blokowała ściana z deszczu. Przeczekałam przymusowy areszt i w pierwszym sprzyjającym momencie postanowiłam poszukać lata w lesie. Lata nie znalazłam, za ta mało nóg nie pogubiłam, ścigając się między trzeszczącymi gałęziami z coraz natarczywiej atakującymi świetlistymi, zygzakowatymi mieczami. Po kilku minutach, gdy już tchu nie mogłam złapać i ledwo powłóczyłam nogami, świsnęło, grzmotnęło tak, że dostałam takiego przyśpieszenia, że nie wiem jak, ale na pewno dobrowolnie, znalazłam się znów w tymczasowym areszcie. Dopiero po trzech dniach i wielokrotnym oglądaniu w tele na wszystkich dostępnych kanałach sprawdzalnych prognoz pogody (gdy był prąd zwykły, a nie błyskawiczny) i słuchaniu o pogodzie w radio, wróciliśmy do domu – bez lata.
Zawiedziona, że wróciłam z niczym (a szukać i nie znaleźć, nie tylko ja nie lubię) popijałam swój jesienny koktajl. I jak zwykle zadziałał. Jedna z moich już wdzięcznych mi, bo namoczonych klepek szepnęła: „Kanikuła”. Krzyknęłam: „Eureka. Nie ważne, kto ma jaki „zawód”. Ważne, że lato nie sprawia zawodu. Jest. – To tylko kanikuły nie ma”.
Jolanta Kwiatkowska
