Rynek 50 plus

Szczęście jest w nas…

50 plus to wspaniały wiek dla kobiety jeżeli tylko umie racjonalnie swoim życiem pokierować.

To kobieta na ogół z bagażem doświadczeń, często na wcześniejszej emeryturze, lub w zawodzie nauczycielskim na normalnej. Powinna już robić to na co ma ochotę, dbać o siebie, o swoje zdrowie i rozwój umysłowy.

I ja taką byłam i jestem, samodzielną, niezależną i nawet miałam postanowienie, że mając 50 lat dopiero wtedy pójdę do urzędu stanu cywilnego, ale dokonałam tego o 2 lata wcześniej (tak było dla mnie lepiej). Jestem inżynierem, organizatorem produkcji więc moja biografia po 50-tce nie będzie barwna, ale prawdziwa.

50 lat – czy to magiczna liczba dla kobiety? Dla mnie tak. 50-te urodziny obchodziłam na kempingu w Monachium. Była to podróż mojego życia. Osiem tysięcy km autokarem po Europie od Krakowa do Madrytu trasą wzdłuż północnych i południowych Alp. Była to podróż piękna, która śni mi się po nocach. Pierwszy raz w życiu pod namiotem i przez 6 tygodni za ok. 100$ w kieszeni, z własnym wyżywieniem (nawet chlebem w pudłach metalowych kupionych od wojska). Było to ciężkie, ale piękne życie, schudłam 4 kg, bo całymi dniami zwiedzaliśmy. Wcześniej opracowaliśmy trasę uwzględniającą najciekawsze obiekty zabytkowe.

    Po powrocie mąż się cieszył, że znalazł się ktoś (a to pilot wyprawy, obecnie profesor wyższej uczelni), kto  mnie zdyscyplinował i poganiał do mycia naczynia po kolacji, oczywiście w moim 5-cio osobowym zespole żywieniowym. To nie było zabawne i trzeba było wyznaczone zadania wykonywać, skoro się nie miało umiejętności przyrządzania posiłków. Ten wyjazd szalenie mnie zahartował i wpłynął na zmianę mojego trybu życia.

Przekroczywszy 50-ty rok życia nie ustawałam w bardzo aktywnej i wyczerpującej (ok. 12 godz. na dobę) pracy dydaktyczno-badawczej, organizacyjnej i społecznej na uczelni i poza nią (Towarzystwo Naukowe Organizacji i Kierownictwa, Naczelna Organizacja Techniczna, Komisja PAN), pełniąc różne kierownicze stanowiska i funkcje z wyboru na szczeblu krajowym. Mąż to wszystko cierpliwie znosił, (bo wiedział wcześniej, że tak będzie). Został uprzedzony przed moim podpisem w urzędzie stanu cywilnego.

Mąż pracując zawodowo prowadził nam dom łącznie z zakupami i gotowaniem. Po latach spłaciłam „dług”, kiedy zachorował na Parkinsona i Alzheimera. Przez 10 lat moje życie było w gruzach. Musiałam zmienić zasadniczo styl bycia i życia, zrezygnować ze wszystkich pełnionych funkcji zawodowych i społecznych.

W końcu przestałam pracować zawodowo i społecznie. Wtedy też zgłębiłam bardziej wiedzę z dziedziny medycyny, na styku psychologii i filozofii. Chodziłam na warsztaty dla grup wsparcia do Fundacji Osób Chorych na Alzheimera na Klinice Psychiatrycznej i zostałam członkiem Zarządu Stowarzyszenia Osób Chorych na Parkinsona. Chodziłam na wykłady i chłonęłam nową wiedzę. Nie miałam z tym problemów, bo zawsze chciałam być lekarzem ale niestety nie udało mi się dostać na medycynę.

Byłam współzałożycielem i wieloletnim prezesem Stowarzyszenia Pacjentów, obecnie Prezesem Honorowym. Interesuję się od wielu lat profilaktyką zdrowotną; prowadząc Stowarzyszenie Pacjentów przez 3 lata organizowałam w ramach tzw. „grantów” Szkoły Zapobiegania i Leczenia Chorób Seniorów – Profilaktyka geriatryczna (ok. 40 godz. wykłady lekarzy i rehabilitacja).

Na UTW UJ uczęszczałam na wykłady i seminaria z zakresu biomedycyny, a na trzecim roku prowadziłam seminaria według autorskiego programu n.t: „Profilaktyka Zdrowia Psychosomatycznego”. W późniejszych okresie prowadziłam je jeszcze przez 2 lata.

    Nie potrafię żyć bez pracy społecznej i cały czas jestem bardzo czynna. Biorę udział w zajęciach na trzech uniwersytetach trzeciego wieku i dowartościowuję się w szeroko pojętej działalności kulturalnej. Korzystam z komputera i cały czas rozwijam umysł, brałam udział w seminariach szybkiego czytania i uczenia się, ukończyłam trzykrotnie ok. 20-to godzinne warsztaty ćwiczenia pamięci. Mąż zmarł trzy lata temu a ja w ciągu pół roku wyleczyłam się z depresji stosując wybrane przeze mnie metody i techniki.

Żyję dla siebie i dla innych (rodziny, przyjaciół, koleżanek). Całe życie robiłam i robię to co lubię, co mi sprawia przyjemność i daje radość życia, ciągle poznaję nowych, ciekawych ludzi, którzy mnie inspirują, a ja ich. Czas mam wypełniony od godz.10-ej do ok. 20-ej. Nie mam czasu myśleć o chorobach, chociaż leczę się u kilku specjalistów.

Stosuję regularnie profilaktykę zdrowotną, prawidłowo się odżywiam, chodzę z laską, ale dzielnie pokonuję duże odległości. Pracuję dalej dla ludzi. Wkrótce organizuję według autorskiego scenariusza swoje urodziny zapraszając ok. 50 osób. Nie będzie to żadna celebra, nie będą mówić o moich osiągnięciach to ja podziękuję wszystkim za moje szczęśliwe lata. Przyczyniło się do tego wiele osób: lekarze i rehabilitanci którzy mnie wspierają ale i współpracownicy z którymi zawsze tworzyła świetne twórcze zespoły zarówno w pracy zawodowej jak i społecznej.

    Nadszedł  czas by postawić pytania:
Czy jestem szczęśliwa?
Czy jestem zadowolona z tego co mi życie przyniosło?
Czy wystarczająco wykorzystałam szanse, które mi los zgotował?
Czy osiągnęłam założone cele?

Te i inne pytania cisną się na usta, sądzę, że racjonalnie myślącej dojrzałej 50 plus. Mam ścisły umysł bez odrobiny romantyzmu. Zawsze każda sytuacja była przeanalizowana i wytyczone drogi oraz kierunki postępowania (realizacji). Tak było z każdym okresem życia, na każdym stanowisku i w czasie każdej pełnionej przeze mnie funkcji (a było ich wiele).
    Przeczytałam wiele książek prof. filozofii Marii Szyszkowskiej. Bardzo mi odpowiada jej filozofia myślenia. W książce pt. „Stwarzanie Siebie” (wyd. Geminis Interlibro, 1998) definiuje „szczęście jako stan do którego mogą nas doprowadzić różnorakie przeżycia. Natomiast szczęście trwałe to niezależne od zbiegów przypadków, od zewnętrznych okoliczności, od drugiego człowieka – przeżywanie samego faktu własnego istnienia”.

    Szczególnie w określonym wieku, zamiast zastanawiać się nad upływającym czasem, nad życiem, które ma już zapisaną kartę, nad nieuchronnością śmierci i czyhającymi możliwościami chorobowymi, nieszczęściami, sensowniej kierować uwagę ku temu, że istniejemy. Szczęście zależy od naszego sposobu przeżywania tego, co nas otacza i dotyczy.

    Praca społeczna to moja pasja, szkoda tylko, że ona zajmowała mi tak wiele czasu, że zakończyłam działalność naukową jako docent, a nie profesor, ale było to 48 lat pięknych. Miło jest jak moi wychowankowie spotykani na trasie czy zjazdach, konferencjach, uśmiechają się i wspominają wraz ze mną dobre czasy.

    Temat szeroki. Na postawione wcześniej pytania nie odpowiem dzisiaj, ale ciśnie się na zakończenie credo Józefa Marii Bocheńskiego (Podręcznik Mądrości Tego Świata, Kraków 1922).

„Nie rozczulaj się nad sobą… Nie ma tragedii, są tylko mniej lub bardziej trudne, mniej lub bardziej nieprzyjemne problemy…”… Ważnym aspektem jakości życia jest realizowanie własnych celów, respektowanie własnego systemu wartości, własnego prawdziwego „Ja”.

    Nie zadowolenie z własnego losu, rozpamiętywanie braków w tym co nie spełnione, zamiast koncentrowanie się na tym co jest możliwe do spełnienia – utrudnia osiąganie stanów szczęścia. Przeżywać szczęście może każdy, bez względu na stan posiadania, wykształcenia, płeć.
    Szczęście jest wewnątrz, wynika ono z zadowolenia z własnego udanego długiego życia.

    Nie należy narzekać, nie rozczulać się nad swoim wiekiem, bo każde lata można przeżyć pięknie, twórczo i mieć zadowolenie z tego co się robi dla siebie i Innych.

Zawsze młoda Anna


Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.