Rynek 50 plus

Warszawskie impresje

Bywa, że bywam czasami w Warszawie
Bywało, że bywałam kilkadziesiąt lat temu częściej – wakacyjna przygoda w postaci jasnowłosego chłopaka poznanego nad morzem, zachłyśnięcie dorosłością i  wolnością, bilet studencki na samolot kupowany na kilkanaście minut przed zamknięciem kasy w biurze LOTU we Wrocławiu przy ulicy  gen. Świerczewskiego za całe 99 zł, potem autobus odwożący pasażerów na lotnisko za złotych 5, lotnisko malutkie, taki baraczek, samolot rozklekotany tzw. Antek, ale za godzinę Warszawa i wielki świat...

Wakacyjna przygoda, jak to z takimi przygodami bywa zakończyła się po paru miesiącach i z powodu odległości i niedojrzałości oblubieńców, ale pozostał ślad młodości na warszawskim bruku, teraz odnajdowany i wskrzeszający tamten miniony czas..

Lubiłam warszawską ulicę bo ona lubiła mnie. Tutaj robiłam wrażenie, a dla młodej dziewczyny, w której zawsze jest  trochę pychy i samouwielbienia była to sprawa niebagatelna. Kozaki za kolana, spódniczka do połowy uda, kożuszek a"la pasterka, bez czapki w największy mróz, usta wydęte na podobieństwo  Brigitte Bardot -  jednym słowem „artystka” z Wrocławia  idąc ulicą podbijała  stolicę...

Dwa momenty połaskotały moją próżność tak bardzo, że wspominam je dotychczas tak jak wspomina się najulubieńsze ciastka  z dzieciństwa albo długo wyczekiwany prezent pod choinkę...

Pierwszy mniejszej rangi, typowo próżniaczy kiedy to z piskiem opon zahamował przy chodniku, którym szłam, samochód zagranicznej marki, co w roku dajmy na to 1969 było nie lada  gratką aby w ogóle taki samochód zobaczyć i bardzo miły w średnim wieku mężczyzna grzecznie  zaczął przywoływać mnie ofiarowując  chęć podwiezienia. Nie wiem kto to był, może warszawski rutynowy podrywacz, ale mnie w jednej chwili świat zawirował z przejęcia, i zdałam się samej sobie gwiazdą pierwszej wielkości... Oczywiście resztki zdrowego rozsądku odezwały się w porę, nie wsiadłam, podziękowałam, a on jechał jeszcze kawałek wzdłuż krawężnika za moim śladem  aż wreszcie dał za wygraną i  zniknął w samochodowym sznurze samochodów..

Drugi jednak był o wiele większej rangi i wartości kiedy to znalazłam się jakimś sposobem na ulicy Chełmskiej w pobliżu Wytwórni Filmów Fabularnych. Nagle zauważyłam, że na przeciw mnie idzie nie kto inny tylko sam Marek Perepeczko, Janosik najczystszej krwi z włosami do ramion, których już sam widok mógł doprowadzić do szaleństwa...Jest to „oczywista oczywistość”, że wlepiłam w niego oczy aby ani jedna sekunda nie umknęła przy mijaniu się bacząc z największym natężeniem czy on choć przelotnie rzuci na mnie okiem...I tu stała się rzecz epokowa dla mnie, która warta jest ciągłego zachwytu... Tak,   popatrzył na mnie kiedy mijaliśmy się, a potem ja odwróciłam się bo mało mi było jeszcze jego widoku i on też odwrócił się... Nasz wzrok spotkał się może na pół sekundy i to  było wszystko, każdy poszedł swoją drogą...

Z ulic moja młodość
zakodowała się najbardziej w okolicy Domu Handlowego „Smyk” przy Alejach Jerozolimskich  i na początku Brackiej gdzie chyba do tej pory jest „Orbis” - widocznie idąc tam miałam tę chwilę prawdziwego szczęścia, czułam swoją młodość, siłę,  czas przede mną rozpościerał się olbrzymi jak ocean, ciekawość wierciła się jak niesforna dzierlatka co też w tym życiu  wydarzy się, kim w ostateczności będę i co mi ono przyniesie... Podobno są takie chwile, które trwają  krótko jak błysk pioruna, ale są potem nie do zapomnienia...

Kiedy teraz będąc dobrze po sześćdziesiątce idę ulicą Warszawy kożuch mam mocno za kolana, buty prawie że męskie bo tylko w takich mi najwygodniej, na głowie zawsze czapka bo w uszy wciąż wieje, żaden samochód nie zatrzymuje się z piskiem, zresztą teraz są same zagraniczne samochody więc też  to już  nie  atrakcja, a co do spojrzenia jakiegoś aktora, nawet najbardziej  wiekowego, to nawet gdybym przechadzała się uparcie pod wszystkim teatrami tam i z powrotem  to i tak nikt by już nie odwrócił się za mną chyba, że za swoim kapeluszem, który nieopatrznie zerwałby mu wiatr...

Ale kiedy idę pod „Smykiem” prostuję się, ukradkiem maluję usta, czuję pod sobą zakodowane w bruku ślady moich młodych  stóp   i przez chwilę  przenoszę się w przeszłość jakby to wszystko było wczoraj...

Wracajmy do miejsc, w których zatrzymała  się nasza młodość, trzymajmy się ich bo dzięki temu one trzymają nas...

Z wrocławskiej werandy
  Ewa  Radomska

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

  • Jadwiga Śmigiera 03/12/2019, 7:59

    Przepiękne wspomnienie Ewo. Wyrazy najwyższego uznania za ten tekst.
    Jakież to wszystko prawdziwe co napisałaś.
    To przecież samo życie.!!!
    Pozdrawiam Cię najserdeczniej

  • ElKis 05/04/2013, 16:16

    Ale fajne! Ciepłe, bezpretensjonalne, z poczuciem humoru! Brawo i dziekuję.

  • Ewelina19 05/04/2013, 8:38

    Uroczy tekst. Dziękuję Ewo.
    Każdy z nas ma takie miejsca, obrazy, melodie, które przywołują ciepłe wspomnienia ze świata naszej młodości. Ja dawno tam nie bywałam, ale skoro wiosna lada dzień uderzy słońcem i ożywi przepływ krwi, to może pójdę na spacer do Łazienek, śladami własnych i . . . jego stóp.