Kupować czy nie kupować?
Początek roku w Londynie jest nie lada wyzwaniem dla kobiet, które lubią zakupy i modę. W sytuacji kiedy londyńskie sklepy kuszą obniżkami (czasami nawet do 70%), a eksperci przewidują, że wyprzedaże potrwają do marca, pytanie kupować czy nie kupować jest retoryczne, a konsumentki wabione atrakcyjnymi produktami po niskich cenach, wydają się być zupełnie bez szans.
Zakupowe szaleństwo natchnęło mnie jednak do innej refleksji – w końcu zakupy to nie tylko rzeczy, które mrugają do nas zachęcająco ze sklepowych półek, to także skomplikowany proces decyzyjny, w którego skład wchodzi symbiotyczny związek klient – sprzedawca. Obsługa klienta, tu chyba wiele osób się ze mną zgodzi, czasami decyduje o „być albo nie być” danego zakupu. Najbardziej upragniona rzecz, traci na wartości, kiedy musimy zmierzyć się z antypatyczną i niekompetentną obsługą, a zakupy przypominają wojnę nerwów - my versus sprzedawca.
Oczywiście inaczej sprawy wyglądają, jeśli jesteśmy modelowym klientem, czyli takim który: jest młody, szybki, ma dobry wzrok, nie wybrzydza w kolorach i rozmiarach (czyli nosi rozmiar 36, bo taki z reguły jest zawsze dostępny), sam wyszuka sobie upragnioną rzecz w stosie innych, przymierzy, zapłaci i ... już nigdy nie wróci. Jeśli jednak dokonujemy zakupów powoli i świadomie, wymagamy atencji i zaangażowania lub po przymierzeniu kliku rzeczy rezygnujemy z zakupów, uuu wtedy nie jest dobrze. Skwaszona mina, odpychające spojrzenie, opryskliwe „do widzenia”. Zyskaliśmy wroga. Centra handlowe – z głośną muzyką, monumentalnymi wnętrzami, śpieszącymi się ludźmi - stanowią metaforę XXI wieku – wieku nowoczesnych technologii, szybkiego i konsumpcyjnego życia, w którym „niemodelowi” ciągle szukają dla siebie miejsca. Nadmiar bodźców, na który napotykamy w codziennym życiu, bywa przytłaczający nawet dla tych najmłodszych, najbardziej prężnych i najlepiej przystosowanych. Dla osób starszych, o czym często zapominamy, stanowi barierę nie do pokonania. 
Przygotowana na najgorsze, z negatywnym wzorcem „klient - sprzedawca” w głowie, z lekkim niepokojem ruszyłam na podbój brytyjskich sklepów i galerii handlowych. Już pierwszego dnia postanowiłam kupić aparat fotograficzny. W centrum handlowym, w którym szukałam działu elektronicznego, dowiedziałam się, że został on niedawno zlikwidowany. W ułamku sekundy zebrały się wokół mnie trzy osoby zastanawiające się jak mi pomóc. Wspólnymi siłami udało nam się ustalić lokalizację najbliższego sklepu z elektroniką.
Londyn zaskoczył mnie pozytywnie pomocną, przyjazną i cierpliwą obsługą klienta. Po raz pierwszy miałam wrażenie, że spotykam osoby, które cenią sobie kontakt z ludźmi, lubią swoją pracę i czerpią z niej satysfakcję. Podczas swojej „zakupowej” podróży, po drugiej stronie kontuaru, spotykałam uśmiech i życzliwość oraz proste pytanie „how are you?”, które bez wątpienia łagodzi obyczaje i uzdrawia międzyludzkie relacje. Mogłam spokojnie delektować się swoim ludzkim prawem do wybierania, szperania, przymierzania, oglądania i to wszystko w asyście sympatycznej, uśmiechniętej obsługi. Im więcej sklepów zwiedzałam, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że po pierwsze uśmiech i „dziękuję” działają cuda, a po drugie - jak wiele, jako naród, musimy się jeszcze nauczyć.
Prosto z Londynu, specjalnie dla kobieta50plus.pl, Paulina Gotfryd











Dołącz do dyskusji - napisz komentarz
Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.
Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.