Styl 50 plus

Wywiad z Natalią Szydowską

Wywiad z Natalią Szydowską Po raz pierwszy Panią Natalię Szydłowską spotkałam w 2006 roku na Międzynarodowym Dniu Osób Starszych. Pomimo swoich 82 lat, kruchej postury i niewielkiego wzrostu, sama przyjechała z Raszyna do Ogrodu Saskiego w Warszawie. Drugie nasze spotkanie odbyło się w siedzibie Fundacji. Pani Natalia została modelką kalendarza „Kobiety Polskie 2007” i kilka dni po wernisażu przyjechała po egzemplarze publikacji dla znajomych. Na propozycję dowiezienia kalendarzy do domu, odmówiła.

 

Jeszcze wtedy nie znałam historii przeżyć wojennych mojej rozmówczyni, nie wiedziałam jak mocno doświadczył Ją los w dzieciństwie, nie wiedziałam z jak silną i niezwykłą osobowością będę mieć przyjemność porozmawiać. Jednak już wtedy czułam, że za niepozorną powierzchownością, kryje się nietuzinkowa postać, twardo boksująca się z życiem.

Pod koniec naszej rozmowy Pani Natalia stała się dla mnie synonimem niezależności, hardości ducha, odwagi cywilnej i ogromnej woli życia. Jej życiorys to dowód na siłę, moc i niezniszczalność polskich kobiet.

Pani Natalia Szydłowska, fotografowała Julita Kania. Zdjęcie pochodzi z kalendarza KOBIETY POLSKIE 2007.

Na wywiad umawiamy się z panią Natalią w jej domu, w Raszynie. Pani Natalia jest w trakcie rekonwalescencji po przebytej operacji. Poświęca kilka godzin na naszą rozmowę, a nie widać po niej najmniejszego wysiłku. Ma również doskonałą pamięć, ostry jak brzytwa umysł i duże poczucie humoru. W trakcie naszej rozmowy pojawiają się momenty, gdy głos Jej się załamuje – szczególnie, kiedy wraca pamięcią do swojego dzieciństwa i przeżyć wojennych. Nie mam jednak żadnych wątpliwości, że moja rozmówczyni jest niezwykle silną kobietą, która w młodości przeszła przez piekło, aby w wieku dojrzałym zaznać szczęścia w otoczeniu najbliższych.

 

Wywiad z Panią Natalią Szydłowską

 

FUNDACJA JA KOBIETA: – Rozpocznijmy naszą rozmowę od Pani dzieciństwa. Co Pani pamięta z najwcześniejszych lat?

PANI NATALIA SZYDŁOWSKA: - Miałam pięć lat, jak mama zachorowała. Zmarła na gruźlicę płuc. Ojciec umarł cztery lata później, mnie wziął do siebie wujek, kuzyn ojca. On miał swoich troje dzieci, ja byłam czwarta. Miałam osiem lat, jak piąte dziecko się urodziło. Oni pracowali w polu, a ja to dziecko wychowywałam i gotowałam w domu.

– Ile miała Pani lat, jak wybuchła wojna?

– Miałam 15 lat, jak wybuchła wojna. Byłam wtedy u sióstr zakonnych w Koninie. Na dworcu zbombardowali wagony, pociąg z żywnością. Ludzie z Konina uciekali do centralnej Polski, mało mieszkańców zostało. Kto został, szedł na dworzec. My takim wózkiem małym, furką, trzy razy dziennie obracałyśmy – 3 kilometry w jedną stronę, to 18 kilometrów dziennie robiłyśmy – zwoziłyśmy żywność dla tych zakonnic: puszki, konserwy wojskowe, suchary. Naładowałyśmy tym cały magazyn. (…) Żywności tyle nazwoziłyśmy, że przełożona na nas grosza nie wydawała. Mąkę dała do piekarni i za to przez kilka lat miała za darmo chleb. Wynajmowała budynek na tuczarnię gęsi i myśmy po nocach darły pierze, ale ciągle słyszałyśmy, że jesteśmy darmozjady. Na wiosnę porozdawała nas do służby, porozchodziłyśmy się. Ja dostałam się do rodziny niemieckiej, która miała fabrykę narzędzi rolniczych w Koninie. Bardzo dobra była ta pani, oni mnie polubili, mieli mnie za swoją córkę. Na zakupy z gospodynią chodziłam, spałam u nich w salonie na kanapie, bo mój pokoik był nieogrzewany. (…) Przełożona przychodziła przez trzy miesiące i zabierała moją pensję. Potem, już zimą, przyszła i mnie zabrała. To była ciężka zima, dzień w dzień śnieg sypał, a ja musiałam około 1300 metrów chodnika i ulicy odśnieżyć. Rany na rękach miałam poodmrażane, bo rękawiczek nie miałam, a przełożona mi mówiła, żebym się prędzej ruszała, to nie będę marzła. (…) Potem wróciłam tutaj, tu byłam u rodziny, u kuzynki na Grójeckiej, do powstania. Oni mieli sklep na Wilczej, obiady im tam woziłam i w domu pomagałam. Powstanie zaczęło się 1 VIII, a 6 VIII rozstrzelali wszystkich mężczyzn z domów przy Grójeckiej 18, 20, 22, 24. I przyszli do naszego domu rozstrzelać. Ogłosili, że kobiety oddzielnie, mężczyźni oddzielnie i odczytali wyrok śmierci. Wystąpił taki były aptekarz, Teicher się nazywał, Niemiec, on przed wojną miał skład apteczny na Grójeckiej. Stał przed Niemcami i błagał, że on tu wszystkich zna, że tu żadnych partyzantów nie ma, sami sąsiedzi, że on tu tyle lat mieszka i nikt mu tu nie dokuczał przed wojną z tego powodu, że on jest Niemcem. Mówił, że ręczy za wszystkich. To oni powiedzieli: „Życie darujemy, ale dom spalimy.” Nas przepędzili na Spiską i podpalili dom. Tam byliśmy kilka dni, od soboty do czwartku. W czwartek popędzili nas w stronę Grójeckiej, Zieleniaka, do pociągu do Pruszkowa. Jedną noc byłam w Pruszkowie, a następnego wieczoru kazali nam się piątkami ustawiać. Myśleliśmy, że nas będą wypuszczać, a oni młodych do wagonów zapędzili. I już na drugi dzień rano byłam w Oświęcimiu. Tam byłam miesiąc na kwarantannie. (…) Spałam w pierwszym baraku przy głównej ulicy, obok były bocznice kolejowe. Dzień w dzień wieczorem przyjeżdżał pociąg, kilkanaście wagonów towarowych naładowanych ludźmi. To byli Żydzi – wtedy getto w Łodzi likwidowali i z Węgier przywozili Żydów. Rzucali bagaż na taką pryzmę, a to wszystko szło prosto do krematoriów, tylko trochę młodych odbierali do pracy. Rano, jak się stało na apelu o pół do piątej, to ogień parę metrów nad kominem było widać, palili tych Żydów. To tam byłam miesiąc. Po miesiącu przyszła aufzejerka z jakimś cywilem, który miał wybierać kobiety do pracy do Niemiec. (…) Pojechałam. Wieźli nas trzy noce i dwa dni. Mieliśmy rano być na miejscu, ale tory były zbombardowane, więcej staliśmy na bocznicach, niż jechaliśmy. Trafiłyśmy na bardzo dobre dwie aufzejerki. Przynosiły nam jeść, jak dwa tygodnie w łóżkach leżałyśmy, bo znowu kwarantanna była, nie pracowałyśmy. A później szłyśmy na górę do roboty, piętro wyżej pracowałyśmy w fabryce żarówek. (…) Rano dostawałyśmy plasterek chleba z marmoladą z buraków, wieczorem to samo, na obiad pół litra zupy – takie liście rozgotowane z brukwi i suszona brukiew. Ważyłam 27 kilo po wyjściu stamtąd, mając 16 lat. I co noc naloty, prawie ciągle bombardowania. Nasze miasto było duże, fabryczne, ale i sąsiednie miasta bombardowali. (…) Raz zbombardowali naszą fabrykę. Był straszny nalot, bomby leciały. Nas było 200, wyszło żywych 120. Myśmy mieli swoją klatkę schodową, paliła się. Wszystko się paliło, cała fabryka na górze. Byłyśmy zamknięte drutami kolczastymi, schrony miałyśmy zagrodzone. Majster przybiegł i nam poprzecinał te druty. Trzeba było wejść na ławkę, na skrzynkę i skoczyć. Rosjanki i Ukrainki silniejsze, wydostały się jako pierwsze. Niżej była przędzalnia, dopiero na trzecim piętrze nasza fabryka żarówek. Ja ostatnia wychodziłam. Byłam bardzo wierząca. Wierzyłam w to, że jak człowiek przyjmuje komunię przez dziewięć piątków, to nie zginie bez ostatniego sakramentu. I skoczyłam. Jak skoczyłam, to bomba gruchnęła. Bawełna już się tliła, dym gryzł w oczy, ja się dusiłam. I skrzynia mi spadła na nogę – kości pękły, nie mogłam stanąć. Pilnowało nas trzech starych żołnierzy niemieckich. Jeden z nich przyszedł zobaczyć, czy wszystkie wyszłyśmy. Jak on przechodził, to go złapałam za pas i jakoś, podpierając się jedną nogą, się wydostałam. W naszej piwnicy było jedno małe okienko nad samą ziemią. Najpierw wypuszczali Niemców, nas na końcu. Po deskach pod górę się szło na czworakach a potem przez to okienko się przeciskało. Uciekaliśmy do lasu. Ludzie ze szpitala w piżamach uciekali po drodze. Siedzieliśmy dwa dni w tym lesie. Po dwóch dniach podjechał ciężarowy samochód z przyczepą. Było nas 120. Załadowali nas na ten samochód. Wiózł nas do Zwickau.

– Kiedy Pani wyszła z obozu? Kiedy się obóz skończył?

– Właśnie opowiadam. W Zwickau nas przyłączyli. Przed nami pędzili z tysiąc mężczyzn i nas w środku, nas było 120. Wyszliśmy za miasto. Ilu ludzi było rozstrzelanych na moich oczach…Tak szliśmy jedenaście dni, tylko garstka z nas została. (…)  Ostatniego dnia marszu rozstrzelali wszystkich Żydów i Ruskich w lesie, kiedy już byliśmy 20 kilometrów od Flossenbürga. (…) We Flossenbürgu już Amerykanie byli. Niemcy nie wiedzieli, co z nami zrobić. Jak usłyszałam, że jesteśmy wolne i nas już nie zamykają na noc, to uciekłyśmy we dwie do lasu. Tułałyśmy się tam dwa tygodnie. Jedna Czeszka nas spotkała i powiedziała: „Idźcie do Czechosłowacji, tam będzie wam lepiej.” To było 50 kilometrów, dwa dni szłyśmy. Pod Pragą dostałam się do Czerwonego Krzyża. Miesiąc leżałam, aż noga mi się zrosła. Później wróciłam do Polski.

– Ile czasu była Pani w obozie?

– Dziewięć miesięcy.

– Jak się ułożyło Pani życie po wojnie?

– Z kuzynką z Sękocińskiej codziennie kupowałyśmy 25 kilo ziemniaków, pyzy robiłyśmy i sprzedawałyśmy na Dworcu Zachodnim. Później w sklepie na Wilczej pracowałyśmy. Tam miałyśmy, jak to mówią, mydło i powidło. (…) Potem, jak MDM był budowany, wyrzucili nas stamtąd. Dali nam mieszkanie na Zamoyskiego. Ja poszłam do odzieżówki, osiem lat pracowałam z zakładach odzieżowych. Umiałam szyć, bo u zakonnic się nauczyłam. Jak zaczęłam tam pracować, miałam 26 lat. Pracowałam tam osiem lat, w międzyczasie wyszłam za mąż, urodziłam syna. Potem, jak zaczęliśmy się budować, przeniosłam się do Ruchu i tam 22 lata pracowałam, do emerytury.

– Czy według Pani pobyt w obozie koncentracyjnym zahartował Panią na resztę życia?

– No tak. Ale ja już wcześniej musiałam sobie sama radzić, już od dziecka.

– Co Pani sądzi o stosunku ludzi młodych do osób starszych?

– Raczej źle się odnoszą. Czasem spotykam się z nieżyczliwym zachowaniem, szczególnie w sklepach. Często słyszę: „pani, w tym wieku?” Ale ja się nie daję. (…)

– Czy uważa Pani, że była w życiu szczęśliwa?

– Tak. Nigdy nie miałam zmartwień, żeby przeżyć do pierwszego. Z synem też nie miałam problemów. Sąsiadów mam dobrych, nie ma pieniaczy, nie kłócą się. Spokojnie jest.

– Dziękujemy za rozmowę.

 

Wywiad został przeprowadzony w październiku 2007 r.

 

Wstęp: Paulina Gotfryd, Koordynator Projektu „Odzyskać z niepamięci” realizowanego przez Fundację na Rzecz Kobiet JA KOBIETA

Rozmawiały: Paulina Gotfryd oraz Aleksandra Puchalska, uczennica Wielokulturowego Liceum Humanistycznego im. Jacka Kuronia.

Redakcja i transkrypcja: Aleksandra Sławińska, studentka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

 

 

 

 

 

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.