Szansa 50 plus

Sseeee opowiada

Krople potu zamieniam w krople wody i odwrotnie. Pod prysznicem i nad moim ukochanym żółtym kubaskiem.

To wszystko w przelocie między kuchnią, komputerem, a tapczanem. Zamówiony portret rodzi się w bólach w mojej zamulonej łepetynie i poza fazę konceptualną nie chce wyskoczyć. Papier i pastele kurzą się na podłodze na środku pokoju, czekają… na jesień? na noc? na deszcz? na to, aż kotka je rozrzuci po całej podłodze? Jakoś tak się składa, że teraz najlepiej mi się leży. Generalnie zmuszona do długiego przebywania w pozycji horyzontalnej podarłabym pościel na strzępy. Teraz najlepiej leżeć. Leżę i żrę owocowe musy i sałatki z pomidorków. Umówiłam się na rower, cholera, jak ja to przeżyję? Chyba zalegniemy gdzieś w krzaczorach. Umówiłam się z młodymi, umówiłam się z kumpelą, jadę na koncert, jezus-maria-matko-boska-i-wszyscy-święci, czy mnie coś upadło na łeb i się roztrzaskało? Toż to czysta autodestrukcja, u mnie w domu jest przecież jeszcze jako tako chłodno. Sobotnia Warszawa odmłodniała, pełna interesująco wyluzowanych ludzi, oto ‘europride’. Chłopak z wielkim jak chmura pęczkiem kolorowych balonów, dziewczyna z chłopakiem i z tęczą przyklejoną na ramieniu, miękko stąpający chłopcy idący ramię w ramię, piękni jak greckie posągi i doskonale ubrani, grupy roześmianych obcojęzycznych młodych, u wszystkich uśmiech, radość i spokój. Pełna kulturka i lansik. Tak to wyglądało z boku. Parada przeszła, a jej klimat snuł się jeszcze po centrum cały wieczór.

W ten parno duszny czas bardzo chcę umieścić tu kolejne opowiadanie Szymona. Opowiadanie, które przypomina mi czasy, kiedy testowałam dyskrecję wielkich pod niebo, pierońsko klujących stogów siana i stodoły wypełnionej gorącymi słonecznymi ostrzami, tnącymi radośnie kłęby kurzu… dziecięciem będąc i przechodząc niezauważalnie z okresu zabaw w doktora w okres zabaw w tatę i mamę przy akompaniamencie gdaczących kur, które tam znosiły jajka. Opowiadanie to przypomina mi też wspomnienia mojej babci, która w czasie wojny mieszkała nieopodal Buga pod lasem i spędzała długie dni schowana z malutką córeczką w leśnych dziurach albo w polu. Wspominała to z właściwą sobie emocją. Emocjonalna i gniewna stawała się wtedy babcia, moja rodzinna kopia carycy Katarzyny, nasza władczyni i rodzinny anioł stróż rozpływający się w zachwytach nad kulturą i klasą niemieckiej armii.

A teraz Szymon…


Z ciotką Anią w łaźni było lepiej niż z matką. Nacierała korzeniem tataraku plecy, chłostała witką brzozową nad rozgrzanymi kamieniami. Potem biegała do rzeczki. Zanurzałem się w wodzie obok niej. A bezzębne baby rechotały, nie pomoże biczowanie i tatarak. Zostanie jałową krową. Tak nazywano kobietę bezdzietną siedemdziesiąt lat temu na Kresach. Uważano taką za czarownicę. W nocy, na moczarach zapalała błędne płomyki. Wskakiwały pod spódnicę dziewczynkom. Dzisiaj dzieci nie wierzą w krasnoludki i siwego Mikołajka, ale ja żyłem w takiej rzeczywistości, a ciocię czarownicę uwielbiałem. Pocieszałem, że tatarak i biczowanie jej pomoże! A kiedy urodziła trojaczki, mąż z radości popijał bimber i grał na bałałajce. Chwaliłem się na całą wieś, że mój korzeń tataraku, a nie bocian był sprawcą tej radości. Opowiadałem też o łasiczkach między babskimi udami. „Za dużo paplasz,” powiedziała mama. „Pójdziesz do łaźni wujka”. Stała pod lasem i pachniała żywicą. Kamienny piec rozgrzewały sosnowe drewienka. Dym unosił się w niebo, niby chmurki. Borowiki na kamieniach piekły się i pachniały, siostrzeniec patykiem podawał je do jedzenia, kładł na szeroki liść klonu. Słońce chowało się za lasem, kiedy domownicy wchodzili do łaźni, ciotka z kubełkiem boso i wujek z dorastającą córką Tamarą. Woda chluśnięta na kamienie syczała, zamieniała się w gorącą parę, zatykała usta. Miotełkami brzozowymi okładaliśmy się nawzajem. Tamara, jak ciocia Ania, chichocząc wybiegała do stawu. Biegłem z siostrzeńcem za nią, wieczorna mgła pełzła po łące i zasłaniała uciekającą. „Złapcie mnie”, wolała.

„Czy korzeń tataraku zrobi dziecko?” – pytałem się Tamary. Śmiała się, polewała wodą kamienie, a obejmując za szyję szeptała, „jutro pokażę, jakim korzeniem to się robi”.
Po kąpieli, w sadzie huśtałem się. Wydawało się, że lecę na skrzydłach do nieba. Siostrzenica prosiła, „teraz mnie huśtaj”. Chichotała, kiedy wiatr zadzierał jej spódnicę. W rozchylonych udach połyskiwała maleńka łasiczka. Wędrowałem tam ciekawym wzrokiem. Jakby wyczuwała to, prosiła huśtaj, aż do gwiazd. Była starsza o dwanaście lat, z rozpuszczonymi warkoczami do kolan wyglądała, jak księżniczka z mojej bajki. Spanie było w stodole, bratanek chrapał, jak lokomotywa. Tamara moją rękę gładziła łasiczkę, palce ślizgały się po czymś miękkim, gorącym i mokrym. Wierzgała nogami rozrzucając siano i tarmosiła dłonią, jakby chciała wgnieść ją w rozwarte uda. Wreszcie westchnęła, odwróciła się pupą gorącą, jak ten piec kamienny w łaźni i usnęła. Wilgotne palce pachniały niby tatarakiem, niby czeremchą. Leżałem osłupiały, a gwiazdy przez dziurawy dach zaglądały w oczy, pogrążyły w senne marzenia. Poranne słońce zrywało z legowisk. W drewnianym korycie obmywaliśmy twarze. W drewnianych miskach mleko i skibki chleba czekały na stole. „Z kim chcesz iść na grzyby” – pytała ciocia? Tamara, chwytając mnie za rękę, „ze mną, ze mną”, mówiła Patrząc na nią ciotka groziła palcem, „uważaj na cygankę”, żebyś znów nie narobiła wstydu!
Tamara prowadziła mnie do dużego lasu na cygańska polanę. Spod nóg uciekały zające i kuropatwy, bociany spacerowały po łące, zjadały żabki i udawały, że nas nie widzą. Zazdrościłem im tych spacerów i podniebnych wędrówek. „Który bocian przyniósł ciebie, zapytałem? Tamten z brzegu, największy, czy ten obok?”. „Ten co przyniósł, siedzi w spodniach mojego ojca” odpowiedziała śmiejąc się. A cyganka pokazała, jak robić słodko bez bociana.
Nad brzegiem leśnego jeziorka rozbierała się, rozpuszczała warkocze i łaskotała mi twarz włosami. Kąpaliśmy się wśród szuwarów, słońce na bezchmurnym niebie świeciło jasno, skakało po wodzie złoto srebrnym blaskiem. Tamara wynurzała się z wody jak rusałka, siadała na rozgrzanym kamieni i śpiewała. W jej oczach widziałem siebie i niebo, a piosenka leciała po wierzchołkach drzew na polanę, gdzie cyganka uczyła miłości.
Tamara przewróciła mnie na wznak i powiedziała szeptem, póki co zabawimy się w konika. Okrakiem cwałowała wołając, „wio, wiooo”. Jej głos i cwałowanie zniewalały mnie, a słońce oślepiało. Nie widziałem Tamary, a czułem tylko gorący dotyk łasiczki, słodszy od miodu a wołanie „wioooooo”, zamieniało się w pojękiwanie . „Nie boj się, to cygańska zabawa, to dopiero początek”, pocieszała. Rozwarła uda i palcami skakała po kędzierzawym futerku. Wyłaniały się z niego jakoby drugie nabrzmiałe wargi Tamary, lśniły kropelkami wilgoci i były ładniejsze niż u cioci Ani. Patrzyłem na nie zahipnotyzowany, jak mysz na zaskrońca, a zapach czeremchy i kumkanie żab mąciły zmysły. A Tamara zachęcała, „patrz i ucz się jak to to robić”. Merdałem więc palcami jak ona, a uda jej, jak imadło ściskały moją dłoń i drżały zadarte nad kamieniem. „Nie odchodź jeszcze”, prosiła, „zaraz i tobie zrobię dobrze”. I przewracała na trawę i łaskotała językiem od stóp do głowy, ssała jak cukierek, a mnie oczy wychodziły z orbit, serce dygotało jak skrzydełka skowronka, co nad nami dzwonił. Kiedy rozpływałem się w niebywałej słodyczy, przerywała pieszczotę. Prowadziła w żyto. „Tam nikt nie zobaczy” – mówiła. Naga wśród chabrów leżała na miedzy. Nad nami uginały się złote kłosy pszenicy, a skowronek znów nam piosnkę swą dzwonił. Kręciło się w głowie, kiedy siostrzenica wgniatała mnie w miedzę i całowała, i ssała niby mleko z piersi matki. Nie wiedziałem, gdzie niebo, a gdzie ziemia. I kiedy było po wszystkim, powiedziała, że tę zabawę wywróżyła jej z ręki cyganka. Teraz powróżymy razem. Ty mnie, a ja tobie. Tylko takie wróżby sprawdzają się, a reszta to kłamstwo. „U cyganów dziewczynki od dziesięciu lat tak wróżą, a ja mam szesnaście” szeptała wtulając moją głowę w rewiry łasiczki, a równocześnie języczkiem wędrowała coraz niżej, aż usta gorące wessały mnie jakby całego i zamieniły w chabry i kłosy zbóż. Na polance po drugiej stronie jeziora uczyła jeszcze mnie tak kochać. Jeleń tam na skraju lasu stał, dzięcioł pukał w sosnę, strzegły nas, by nikt nie trwożył, kiedy soki rozkoszy spływały po udach, a usta nasze zanurzały w bajeczne rewiry. Wibrujące całusy Tamary sprawiały, że z drgającej łasiczki łapczywie spijałem odurzające kropelki. A ona pęczniała i różowiała. I jakoby szeptała całuj jak cyganka. I całowałem, a kukułka kuku, kuku zachęcała do odwagi i rewanżu. Z jej warg nie moglem oderwać już ust, całowałem i ssałem tak jak Tamara. Fujarka grała w ustach jej pierwsze moje melodie rozkoszy. Nie mogła trysnąć gejzerem, nie miała jeszcze soków. Tej polanki dawno nie ma, las kołchozy wycięły w pień, a domy nasze zrównały z ziemią, ale miłość cygańska została ocalona od zapomnienia .
Wtedy wracaliśmy z lasu, a on, jak bimber szumiał w głowie i podcinał mi nogi. „Długo was nie było, może znów cyganka napatoczyła się”, zapytała matka Tamarę. „Szukaliśmy jajek czarnej czapli”, odpowiedziałem, kłamiąc jak z nut.” Zuch z ciebie”, pochwaliła ciotka.
Na drugi dzień polana leśna znów pachniała poziomkami i zielem, a dzięcioł pukał w drzewo jeszcze głośniej, jakoby zachęcał do dalszej swawoli. A kiedy przestał pukać i słonce chowało się za drzewa, uda Tamary jeszcze drżały od moich pocałunków, lecz twarze nasze były już blisko siebie. ” To pożegnanie” – powiedziała ze smutkiem w oczach – „jutro przyjedzie ojciec po ciebie.” W milczeniu wracaliśmy z lasu, grzyby w koszyku pachniały. Kukułka znów zakukała, a kiedy pomyślałem, ile razy z Tamarą pójdę na polanę, zamilkła. Serce moje wtedy zapukało jeszcze głośniej, niż ten dzięciol na sośnie. Szedłem ze spuszczoną głową, a Tamara popłakiwała i gładziła mnie po plecach. Zazdrościłem znów bocianom, że mają skrzydła, a one udawały, że nas nie widzą, jak wracamy smutni, bo czeka nas rozłąka. Ale wtedy jeszcze nie widziałem, że na zawsze, że nigdy więcej jej w życiu nie zobaczę.
Jechałem z ojcem furmanką, a łaźnia chowała za wzgórzem, wieczorna mgła pełzła po łąkach i jakby zasłaniała siostrzenicę. Gońcie mnie, dolatywał jej niby głos do moich uszu. W domu wróżby cygańskie Tamary zrywały ze snu. „Co ci jest ?” pytał ojciec. „skowronek nad miedzą zaśpiewał” odpowiadałem. Bieg wydarzeń potem potoczył nie na moją korzyść. Lasy roiły się od partyzantów. Zrabowali oni żywność rodzinie Tamary. Było niebezpiecznie tam chodzić. Pewnego razu niosłem im koszek żywności, partyzanci wyrwali go z rąk. Kiedy przybiegłem wystraszony, ciocia przędła przy oknie nicie na wrzecionie. Wujek z dziećmi szukali żywności w sąsiedniej wiosce. „Zostań na noc, będzie raźniej”, powiedziała. Ujadanie psa i stukanie w drzwi zerwało nas ze snu. Otwierać, rozlegał się groźny rozkaz. „O Boże” – jęknęła ciotka – „o znów partyzanci”. Do mieszkania wdarli się jak burza. „Zapalaj lampę!”. „Nie mam” powiedziała ciotka. „Ty prawosławna kurwo!” – krzyknął dryblas w skórzanej kurtce przyciskając pistolet do piersi ciotki, „zapalaj więc świecę!”. Księżyc akurat zajrzał do okna i oświetlił ich zarośnięte i złe twarze. Zapaloną gromnicę postawili na stole, a mnie wepchnęli na piec i kazali cicho siedzieć. Rozbieraj się, powiedzieli, jeśli chcesz żyć! Zdjęła przez głowę lnianą sukienkę i zakryła ją piersi. Zarechotali „Wstydzi się! No,no… prawiczka. A w lesie pod mężem rży jak kobyła, partyzantów budzi”. Pchnęli na łózka i wchodzili na nią jeden za drugim. Płakała i prosiła „nie róbcie tego, nie chcę… nie!” Potem przestała błagać, a tylko wierzgała nogami, sapała i jęczała… „No widzisz jak partyzanty dali ci masła z chlebem” – odchodząc powiedział ten w skórzanej kurtce… Naga, z rozwartymi udami, jak nieżywa leżała, a krople potu spływały jej z czoła. Gromnica powoli gasła, długo nie mogłem zasnąć. W głowie kłębiły się dziwne myśli. Balem się, że ciotka umrze! Kiedy się obudziłem, była już przy stole w nowej sukience i czerwoną kokardką we włosach. Na stole gorąca zupa ze szczawiu i moje ulubione grzyby, „jedz” – zachęcała. Przytuliła do siebie, pocałowała w policzek i gładząc po głowie prosiła: „nikomu nie mów o tej nocy … proszę cię syneczku..”, „dobrze ciociu, nie powiem”. Wiedziałem od mamy, że jej mąż był bardzo zazdrosny i za uśmiech do innych bił i kopal. Na łódce, łowiąc okonie, ojciec dopytywał się, jak tam było z partyzantami, kłamałem, że nic nie widziałem. Potem to i ojca rzadko widywałem. Ukrywał się przed enkawudzistami, a my uciekliśmy od nich do innej miejscowości i tam dowiedziałem się , że Tamara też została zgwałcona w lesie, kiedy była na jagodach. W 1946 roku pociąg towarowy wiózł nas do drugiej nieznanej ojczyzny, a zapach tataraku i śpiew skowronka towarzyszyły mi w drodze. Migały lasy i polanki, widziałem w nich uśmiechniętą siostrzenicę. W 1956 roku mama odwiedziła rodzinne strony. Ciotka z wujem pracowali w kołchozie, a siostrzenic zapił się na śmierć z rozpaczy i żalu. Tamara urodziła córkę nieznanego ojca, partyzanta. Zobaczyłem ją na fotografii, była w wieku matki, kiedy uczyła mnie zakazanej miłości. Tak bardzo była podobna do niej, że jakby zapach tataraku mnie ogarnął, a dzięcioł pukał w sosnę, a kłosy zbóż zaszumiały jak za dawnych lat. Gruba i brzydka baba z gromnicą obok niej to była łasiczka z huśtawki i polany leśnej. Okrutny ten czas! Szpeci i uśmierca!
 
www.eioba.pl


Więcej www.wdeszczu.wordpress.com
 

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

  • Maria 27/07/2011, 22:09

    ...ale może kiedyś będzie....:)

  • Sseee 27/07/2011, 17:05

    tego blogu nie ma