Weranda literacka

Chwila milczenia

...Chwila milczenia... To wiele czy mało? Nie, to nie mało. Dlatego że w ciagu chwili przed twoimi oczami może przewinąć się całe twoje życie, z jego radością i smutkiem. Ta chwila łączy nawet obcych ludzi... Stella Władimirowna Nikiforowa (Kugelman)
    O wielu rzeczach myśli się w trakcie długich bezsennych nocy. Mimowolnie wspominamy takie wydarzenia, drobnostki i szczegóły, które wydawałoby się, dawno temu są zapomniane. Przypominają nam się lęki i okropności, nieliczne chwile radości i powodzenia, momenty szczęścia. Przez pryzmat przeżytych lat przeszłość przedstawia się jasno i wyraźnie, ale jakoś z oddali,
tak jakby to wszystko przydarzyło się komuś innemu, tak jakbyś patrzył na siebie samego
z dystansu. Jednakże, dlaczego akurat twoje serce tak się cieszy lub cierpi?
    Noce bezsenne... Przypomina mi się cichy sylwestrowy wieczór na zranionej briańskiej ziemi; moje pierwsze powojenne święto, które ukazało mi się od strony zupełnie nieświątecznej.
    …Na dużej sali sierocińca stoi choinka udekorowana cudnymi papierowymi zabawkami. Wokół bawią się dzieci, tańczą, śpiewają... Dla wielu, jak i dla mnie jest to pierwsza w życiu choinka, pierwsze prawdziwe święto. Powojenne zimy były bardzo srogie, mroźne, pełne śniegu. Paliło się w piecu obecnym na sali. Zmęczona zabawą, do której nie byłam przyzwyczajona, usiadłam przy nim i uchyliwszy drzwiczkę, zaczęłam podziwiać radośnie trzaskający ogień. Nagle wyraźnie zrozumiałam, że tak samo, jak to drewno płonęła moja mama. Wrzasnęłam z przerażenia. Wychowawczyni podbiegła, nie mogąc zrozumieć, o co chodzi. Ja zaś nie panowałam nad sobą,
nie czując się na siłach, by cokolwiek wyjaśnić. Mogłam tylko krzyczeć i płakać uświadamiając sobie jedno: matki nie ma i już nigdy nie wróci. Nikt nie może mi pomóc i ukoić mojego cierpienia. Ten dzień był najstraszniejszym w moim życiu.
    Odtąd żadne święto nie odbywało się bez łez. Skurczyłam się w kącie i pomału płakałam. Nieszczęście moje było tak duże, że zabrakło mi sił, by komuś o tym opowiedzieć. Naprawdopodobniej ktoś by mnie zrozumiał, ale... nie mogłam. Wypłakiwałam się i wracałam
do zabawy z innymi dziećmi. Jednakże gdzieś w głębi duszy uporczywie siedział żal i nigdy
nie mogłam całkowicie oddać się uciesze.
    Rodzice moi byli hiszpańskimi emigrantami. Kiedy w Hiszpanii do władzy doszli faszyści, wyjechali do Belgii, gdzie przyszłam na świat w lipcu 1939 roku w mieście Antwerpia. Nie miałam nawet roku, kiedy rozpoczęła się wojna w Belgii. Oto jak moja matka pisze w swoim dzienniku
o naszym mytarstwie.

10 maja, piątek, 4.30. po obiedzie.

    «Wybucha wojna, nieustannie nas bombardują, zabieramy córeczkę do schronu o każdej godzinie dnia i nocy. W poniedziałek wyjeżdżamy w stronę Ostendy, spędzamy w pociągu 26 godzin. Cały czas, aż do francuskiej granicy muszę trzymać Stellę na rękach. Zatrzymujemy się przy granicy na 5 dni. Doskwiera nam niepogoda, pragnienie i nocny mróz. Spedzamy noce
na podwórku strażnicy. Stąd widać i słychać bombardowania, ognie pożarów - przerażająca noc!
    Idziemy do wioski, gdyż na strażnicy nawet nie można nakarmić Stelli - praktycznie nic nie je, cierpi na katar i kaszel. Zostajemy tu na 8 dni. Bombardowania stają się coraz cięższe. Anglicy się wycofują i okropne naloty trwają ponad 74 godziny. Zaczynają się o godzinie 5 i nieprzerwanie trwają całą noc. To jakiś koszmar! Odpalają się pociski. Sieją śmierć i zniszczenie. Samoloty również zrzucają bomby. Zeszliśmy do piwnicy. Razem z mamą siedzimy na schodach. Trzymam Stellę na rękach. Za każdym razem, kiedy z hukiem uderza pocisk ona podskakuje i zaczyna płakać. Muszę ją ciągle uspokajać. Szyby drgają, rozbijają się i wypadają. Wszędzie wokół nas spadają bomby. Ściskamy zęby i czekamy na śmierć.
    ...Wraz z nadejściem poranka widać spustoszenia miasteczka. Wyjeżdżamy po obiedzie, kiedy wracają Niemcy. Wróciliśmy do domu 5 czerwca po 3 tygodniach nieszczęść».
    
    Dziennik mojej mamy także ma swoją historię. Tuż przed naszym aresztem był on schowany przez przyjaciół rodziny i zakopany w ziemi wraz z niektórymi cennymi drobiazgami. Natomiast dopiero po wojnie został stamtąd odzyskany. Dziennik, mimo iż niewielki, jest w całości poświęcony mnie. Matce wydawalo się, że nie ma na świecie nikogo lepszego, piękniejszego, sprytniejszego od jej miłej Stelli. Jest to naturalne dla wszystkich matek. Oto jeden z jej ostatnich wpisów.

27 lipca 1941 roku.

«Dziś obchodzilismy urodziny Stelli. Niesamowite. Miała wspaniały dzień mimo wojny. Stella razem z dorosłymi siedziała przy stole, jadła tort i piła słodką wodę, niezwykle delektując się dwiema płonącymi świeczkami na torcie urodzinowym.
    2 lata - mała dziewczyka, ale już nie maluch. Inteligentna, bystra, pamięta słówko usłyszane dawno temu - zadziwiajaca pamięć. Mówi szybko, ale nie do końca wyraźnie. Ma atrakcyjną twarz: jej ogromne ciemno-brązowe oczy są tak głębokie i mądre. Ma nadzwyczajne czarne rzęsy, słodki mały nosek, buzię i podbródek. Ma piękne, błyszczące, kręcone włosy, już spadające z ramion. Coraz bardziej ujawnia się jej silna wola. Nie da rady jej zmusić, można tylko przekonać. Jest czarująca i ruchliwa, a czasem baraszkuje i plecie różne figle. Jest życzliwa, nigdy nie postępuje źle ze względu na upartość. O kochana, droga dziewczynko, chwilami impulsywna, lecz nigdy nie dokuczliwa!»

    Mama pisała tak, jakby wiedziała, że już nigdy nie zobaczy swojej dziewczynki... Życie  prawopodobnie było niełatwe, ale ja wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam. Zapamiętałam tylko, jak kiedyś ojciec ustawił mnie na taborecie i powiedział: «Pamiętaj, jeśli coś się stanie, masz na imię Stella...». Prawdopodobnie wyczuwał, że zostanie zatrzymany, że mogą go aresztować. Ja zaś wtedy poza swoim imieniem niestety nie zapamiętałam nic. Natomiast dzień naszego aresztu pamiętam tak dobrze, jakby to było wczoraj. To był jasny, słoneczny dzień, a my czekaliśmy
na ojca z posiłkiem. Pamiętam nawet, że na obiad mieliśmy puree ziemnaczane. Czas leciał, a ojca nie było. Razem z matką zaczęłyśmy się stresować i wyszłyśmy na zewnątrz. Tymczasem
pod nasz dom podjechał ciemny samochód i kazali nam się zbierać. Szybko wsadzili nas
do samochodu i gdzieś pojechaliśmy. Pamiętam celę w więzieniu, po brzegi wypełnioną ludźmi. Było tam bardzo duszno, płakały małe dzieci. 60 mężcyzn zostało aresztowanych wraz ze swoimi rodzinami - oskarżono ich o dywersję, jak dowiedziałam się później. Właśnie dlatego było nas tak dużo. Jednak mamy nie było ze mną. Po przeżytych doświadczeniach ciężko zachorowała i została umieszczona w szpitalu więziennym. Natomiast kilka dni przed naszym aresztem niespodziewanie zmarła babciа, matka mojej mamy, mieszkająca u nas nielegalnie. Podczas gdy ktokolwiek dzwonił albo pukał do drzwi, ona musiała chować się w szafie i czekać na zgodę, żeby wyjść. Otóż w jeden z takich dni serce babci nie wytrzymało ciągłego strachu i nagle zmarła. Przed moimi rodzicami powstał problem, gdzie i jak ją pochować. Nawet nie mogli się nikogo doradzić. W ten oto sposób babcia pozostała w szafie, kiedy nas aresztowano.
    Podróżując do Antwerpii dziesiątki lat później na próźno próbowałam znaleźć grób babci
i innych moich krewnych.

W stronie obcej
I dalekiej
Szukam grobów zapomnianych.

Strona obca
I daleka
Już nie odda ukochanych.

Fragment publikacji  "Pamięć nie ma daty ważności", wydanej w Sant Petersburgu w roku 2014.   
Kolejne fragmenty zostaną wkrótce opublikowane.

Tłumaczenie z języka rosyjskiego:   Bogdana Kochovska (Koczowska) - etniczna Polka, studentka polonistyki antropologiczno-kulturowej na Uniwersytecie Jagielońskim w Krakowie, oddana tańcu i wszelkim podróżom, również tym międzytekstowym. Akt przekładu literackiego widzi jako możliwość złączenia, a nawet chwilowego zostania autorem w tym nieskończenie twórczym i pochłaniającym procesie.                                                   

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

  • Urszula Kowalska 24/09/2020, 12:07

    Czasem ludzie myślą, że tylko ich, los ciężko doświadcza. Dlatego dzielenie się z ludźmi swoją historią, pozwala dostrzec, jak okrutne bywa życie i jak warto z doświadczeń także innych, wyciągać wnioski. Wzruszające wspomnienia, pięknie zapisane.

  • Ewa Radomska 22/07/2020, 7:18

    Ci którzy wywołują wojny, ci którzy zabijają niewinnych ludzi, ci, którzy cierpienia innych poczytują sobie za swoją misję - aby nigdy wasze zbrodnie nie zostały wam odpuszczone i abyście nigdy nie zostali zbawieni i nigdy nie zmartwychwstali.