Weranda literacka

Marcelina


Wracała szczęśliwa, nawet cicho nuciła melodię, która ostatnio wpadła jej w ucho. Autostrada była prawie pusta, nieliczne samochody jechały równym rytmem. To był pierwszy od lat tak radosny pobyt w Grabinie, u ojca, od kiedy po jego ślubie z drugą żoną, Heleną,, wyjechała  do matki do Poznania. Mieszkała na jednym z poznańskich osiedli, w trzypokojowym mieszkaniu babci, matki jej mamy. Tutaj skończyła szkołę pielęgniarską i pracowała w miejskim szpitalu. Babcia owdowiała, więc była uradowana, kiedy  jej córka i wnuczka zamieszkały u niej.  Matka Marceliny uciekła do kochanka, później był rozwód rodziców.  Śmierć  w wypadku drogowym ukochanego matki, Lucjana, zbiegła się w czasie z weselem jej ojca w Grabinie. Tak więc Marcelina wybrała matkę, choć wcześniej wolała ojca, jako bardziej stabilnego psychicznie. Nie była zadowolona, że ojciec powtórnie się ożenił, to ona miała pozostać jego jedyną miłością.  Dlatego była wrogo nastawiona do Heleny.

Minęło kilka lat, w czasie których  Karol odwiedzał córkę w Poznaniu. Zazwyczaj spotykali się w kawiarni  albo w restauracji, czasami szli do kina i Karol wieczorem wracał do siebie. Tym razem to Marcelina odwiedziła ojca wracając z wyjazdu służbowego do Krakowa. I tam spotkała Kamila. Poznała go kilka lat wcześniej podczas wycieczki do Chorwacji, on był tam z ojcem, a ona z koleżanką. Dla niej Kamil był miłością od pierwszego spojrzenia. Może na zasadzie przeciwieństwa tak jej przypadł do gustu? Spojrzała w lusterko samochodowe.
-Powinnam chodzić w burce- powiedziała do siebie. Spoglądały na nią duże piwne oczy pięknie oprawione, nad nimi brązowe bujne loki, ale dalej to była już katastrofa- kartoflowaty nos, wąskie usta i wystający podbródek. Dlatego tak zachwyciła ją uroda Kamila- szczególnie jego prosty, wąski nos. Spotkali się kilka razy, z jej inicjatywy doszło do zbliżenia, wydawało się, że razem było im cudownie. I jak grom z jasnego nieba spadła na nią wiadomość, że Kamil chce zostać księdzem. Bardzo ją przepraszał, pocieszał, zapewniał, że Marcelina na zawsze zostanie w jego sercu. Te krótkie dwa tygodnie w Chorwacji były dla dziewczyny  niezapomniane. Nadal kochała tego chłopaka, było jej ciężko pogodzić się z jego decyzją.

Przyjechała na miejsce. Przywitała się z babcią, matka była w księgarni, gdzie pracowała.
- Babciu, mam dobre  nowiny- powiedziała obejmując ją.
-Cóż takiego Marcelko?- spytała  kobieta.
- Pamiętasz jak mówiłam ci, ze zakochałam się w chłopaku, który chciał zostać księdzem?
- Tak, to był zły człowiek, wnuczko- odpowiedziała babcia.
-Wyobraź sobie, że spotkałam go w Grabinie. Nie poszedł do seminarium, tylko na  medycynę! Krótko rozmawialiśmy, bo musiałam wracać, nie mam teraz urlopu. Ale   poproszę szefa o kilka dni wolnego i pojadę do Grabiny. Muszę  go dla siebie odzyskać !
Babcia Marceliny westchnęła. Wnuczka była do niej podobna, te same rysy twarzy, tylko figury miały inne- wnuczka była o wiele tęższa.
-Dziecinko, nie wiem, czy to dobry pomysł. Przecież on cię porzucił.
- Babciu, wiem , co robię, tylko nie mów nic mamie.
Wróciła matka Marceliny, Jolanta.
- Czemu do niej nie jestem podobna- z goryczą zauważyła Marcelina. Jest ładna i zgrabna, nie to co ja.
-Przyjdzie do mnie dziś Olgierd, więc zamknę drzwi od mojego  pokoju- powiedziała matka. Pojawił się nowy przyjaciel, wysoki, siwy, poważny, z kwiatami i czekoladkami w pudełku. Promienny uśmiech zagościł na twarzy Jolanty. Objęła go i ucałowała, zanim weszli do pokoju.
-Babciu, zjadłabym coś- poprosiła Marcelina.
-Mam dla ciebie rosół z perliczki, wiem, że lubisz. Chodźmy do kuchni kochanie.    
Potem Marcelina położyła się z głową pełną marzeń. Już widziała siebie i Kamila, jak będą razem. Będą razem pracować. On zostanie lekarzem, ona jest pielęgniarką.
 W domu babcia była tą osobą, która dawała jej ciepło i poczucie bezpieczeństwa. Matka albo była zajęta pracą albo kolejnym romansami,  nie trwała długo w żałobie po śmierci Lucjana.  Wkrótce matka zawarła kolejną znajomość i kolejną. Marcelina czuła się niekochana – ani przez matkę ani  przez ojca. Choć ostatni krótki pobyt w ojca domu i ciepła atmosfera, jaką stwarzała jego druga żona zmieniło wiele. Do tego jest ta Daria, przyrodnia siostra, miła, delikatna, szkoda że głuchoniema.
-Spróbuję coś dla niej zrobić- powiedziała do siebie.
Urlop dostała dopiero za miesiąc. Zadzwoniła do ojca, ucieszył się, że przyjedzie. Wsiadła w swojego kupionego na raty opla i ruszyła pełna nadziei.  Była już wiosna, więc podróż była przyjemna, szczególnie, gdy skończyła się autostrada i jechała aleją, chyba grabów.
 -Stąd nazwa miasteczka, ładna, bo znam wiele śmiesznych nazw i nie chciałabym urodzić się na przykład w Mosznej albo Robakowie.
Karol czekał na nią, widziała radość w oczach ojca, była też Helena i jej córka. Marcelina  odczuwała życzliwość Heleny ( kiedyś mówiło się macocha, pomyślała, ale to źle się kojarzyło). Daria podbiegła do niej i uściskała ją serdecznie. Marcelina z uśmiechem witała tę rodzinę.
. -Dobrali się, ojciec potrzebował ciepłej kobiety. Moja matka jest zimna, nigdy nie jest zadowolona. Ja nie jestem jej potrzebna,  ona chyba w ogóle  nikogo naprawdę nie kocha.
-Marcelko, cieszymy się, że jesteś, tęskniłem za tobą- powiedział Karol.
-Tato, cieszę się, że widzę ciebie, ciocię [ustaliły taką formę zwracania się do  Heleny] i Darię. Zostanę, jeśli pozwolisz parę dni, dostałam urlop i chciałabym pobyć z tobą a przy okazji załatwić pewną  sprawę.
Marcelina była w dobrym humorze. Podczas  doskonałego obiadu przygotowanego przez Helenę dziewczyna zagadnęła  ją w sprawie Kamila Sarny.
- O to ten biedny chłopak, siedział krótko w więzieniu, kiedy zamordowano jego dziewczynę. Okazało się, że zabójczynią była jego siostra. Okazała się chora psychicznie i jest teraz w szpitalu psychiatrycznym- objaśniła Marcelinę Helena.-  Kamil chciał wstąpić do zakonu, ale wybrał studia medyczne. Jego matka jest uradowana z takiej decyzji, uważała, że jej syn nie ma powołania, że za bardzo lubi kobiety.
- Ciociu, to jest mój znajomy, ale niestety nie mam jego telefonu. Czy znasz kogoś, kto zna jego  adres?
- Tak, sąsiadką naszą jest Alicja Sarna, chyba ją pamiętasz. Kamil jest synem brata zmarłego męża Alicji. – Ona jest takim naszym detektywem, rozwiązała parę zagadek kryminalnych, ja też jej sporo zawdzięczam.
Marcelina położyła się na sofie w saloniku, by rozważyć słowa, które usłyszała od Heleny. Nic nie wiedziała o prywatnym życiu Kamila, nie wiedziała, że było aż tak dramatyczne. Tym bardziej chciała żeby wrócili do siebie. Oprócz miłości pojawiło się też współczucie i chęć opiekowania się nim.
Następnego dnia  poszły z Heleną do Alicji. Marcelina zobaczyła niewysoką, rudą kobietę   o okrągłej twarzy, przyjaźnie uśmiechniętą, pies leżał u jej stóp. – Ta kobieta wygląda ciągle tak samo. Ile może mieć lat- zastanawiała się dziewczyna. Chwilę później pojawił się dość tęgi mężczyzna.
- Witajcie, kochane! Alicja przyniosła szarlotkę i herbatę.
 -Ty pewnie jesteś Marcelka, pamiętam cię jako małą dziewczynkę. Bardzo urosłaś, wydoroślałaś.
-Wilku, podaj cukier gościom- zwróciła się do mężczyzny.
Zgodnie podziękowały, nie używają cukru do napojów. Marcelina wyjawiła cel swojej wizyty. Zależało jej,  żeby jak najprędzej zobaczyć się z Kamilem. Ustaliły termin po rozmowie telefonicznej z Luizą.
- Za dwa dni go zobaczę- serce biło w niej niespokojnie. Obserwowała Alicję i tego jej Wilka, ciekawe, czy to imię, czy nazwisko- zastanawiała się.  Kolejna para szczęśliwych ludzi- takie robią wrażenie. My z Kamilem też stworzymy zgodną parę, zrobię wszystko byśmy byli szczęśliwi- postanowiła.
Ubrała się na żółto, to był kolor, który podkreślał kolor jej  oczu, włosy i śniadą cerę. Sukienka była krótka, żeby eksponowała jej zgrabne nogi, z których była dumna. Do tego żółte szpilki, nawet paznokcie pomalowała żółtym lakierem. Zastanawiała się nad kolorem torebki, wybrała białą, żeby nie przesadzić. Daria w swoim migowym języku okazała zachwyt wyglądem Marceliny. Ucałowała przyrodnią siostrę i wyszła przed dom. Akurat pojawiła się Alicja z bukietem mieczyków i razem pojechały do domu Sarnów.
Przywitały się z Luizą, która tłumaczyła nieobecność męża interesami w firmie. Za chwilę pojawił się Kamil, wydawał się nieco zmieszany  pojawieniem się Marceliny. Był taki przystojny, budził w Marcelinie najlepsze uczucia. Spoglądała z zachwytem na jego jasne , falujące włosy, opaloną twarz, intensywnie niebieskie oczy, ładnie wykrojone usta- twarz właściwie androgyniczną, ale dla niej był tym prawdziwym mężczyzną, z którym przeżyła upojne chwile i w którym się, jak jej się zdawało, z wzajemnością się zakochała.
- Kamilku, tak się cieszę, że się spotkaliśmy ponownie -ruszyła do niego i objęła go mocno, on zachował dystans, choć nadal mile się uśmiechał.
-Pani jest znajomą Kamila z dawnych czasów? – zapytała Luiza.
- Z jakich dawnych, parę lat  minęło zaledwie – powiedziała Marcelina. Naszą miłość Pan Bóg chciał skasować, ale mu się nie udało- roześmiała się. Proszę mi mówić Marcela.
-A wiesz Marcelo dlaczego Kamil nie zostanie księdzem?- spytała matka chłopaka.
-Może chce leczyć ciała a nie dusze? A może zwyczajnie chce założyć  rodzinę? – odpowiedziała pytaniem na pytanie Marcelina.
W tej chwili dzwonek zadzwonił do drzwi  i weszła dziewczyna. Była niewielka, drobniutka, z małym zadartym noskiem i dużymi zielonymi oczami. Luiza objaśniła:
- To narzeczona Kamila, Irka, poznał ją w szpitalu, gdy jak zwykle odwiedzał Elwirę. To dla Irki postanowił porzucić studia teologiczne i zacząć medyczne, Irka jest studentką psychologii. Cieszę, że trafił na tak dobrą dziewczynę i nie mogę doczekać się ich ślubu…
Potok sprzecznych  uczuć i myśli zalał Marcelinę -  zwyciężyła nienawiść. Zamurowało ją i przez chwilę i chciała zapaść się pod ziemię. Okazało się, że Irka wpadła na chwilę, żeby oddać jakąś książkę i  po chwili uśmiechnięty Kamil dopytywał Marcelinę, co u niej słychać.
-Przyjechałam, żeby zobaczyć się z tobą, myślałam, że możemy wrócić do siebie-patrzyła na niego błagalnie.
-Mamo, wychodzę na chwilę z gościem, chcemy porozmawiać w cztery oczy- powiedział Kamil. Jego   intensywnie niebieskie oczy spoglądały na Marcelinę uważnie. Szli przez  chwilę w milczeniu. Niedaleko  był skwerek z ławkami. Usiedli na jednej z nich. Obok bawiło się dwoje dzieci pod okiem dziadka.
- Widzisz Marcelino, sprawa jest skomplikowana. Chcę się ożenić z Irką, bo- po pierwsze- kocham ją a po drugie- spodziewamy się dziecka. Ty na pewno znajdziesz kogoś godnego siebie- zakończył.
W Marcelinę strzelił piorun. Spoglądała przed siebie i usiłowała opanować płacz, ale się nie udało. Kamil chciał ją objąć, ale wyrwała mu się i biegła przed siebie, aż zatrzymała się nad rzeką. Usiłowała zebrać myśli. Upokorzona po raz drugi miłość do tego człowieka, to było za dużo dla niej.
-Ja tak tego nie zostawię- postanowiła. Wolnym krokiem wróciła po Alicję. Na zapytanie, czy wszystko sobie  z Kamilem wyjaśnili  odpowiedziała twierdząco.
-Pomyliłam się co do jego osoby.  Ale to już nieważne. Wracamy .
Jednak ojciec domyślił się, że coś niedobrego się jej przydarzyło. Nie odpowiedziała na jego pytania i poszła się położyć. Obmyślała  plan zemsty.
Szpital z oddziałem psychiatrycznym, gdzie przebywała siostra Kamila, mieścił się w pobliżu Grabiny, w dawnym, poniemieckim pałacu. Marcelina podjechała pod budynek.  Do drzwi wejściowych prowadziły schody. Marcelina weszła i rozejrzała się za recepcją. Tam zasięgnęła informacji na temat  dyżurów studenckich na salach chorych psychicznie, udając kuzynkę Elwiry Sarny.
Tego dnia ubrała szary dres i trampki. Obserwowała jak Irka zmierza w kierunku wyjścia i ruszyła tuż za nią.  Potknęła się i z krzykiem  wpadła na dziewczynę. Obie stoczyły się w dół, z tym, że upadek Marceliny był kontrolowany, po prostu sturlała się miękko. Wołała głośno o pomoc i udawała, że coś sobie złamała. Ze szpitala wybiegło kilku ludzi w białych fartuchach. Położyli na noszach Marcelinę i zajęli się Irką, która straciła przytomność.
Marcelina czuła mściwą satysfakcję. Po kilku godzinach została wypuszczona do domu z lekkimi stłuczeniami łokcia i kolana. Leżąc podsłuchała rozmowę Heleny z Alicją.
- Wiesz, ta dziewczyna Kamila, Irka, miała wypadek, spadła ze schodów i straciła ciążę, to był zdaje się trzeci miesiąc.  Luiza i Kamil są zdruzgotani i obwiniają tę Marcelinę, że to ona jest winna. Dlaczego pojechała do tego szpitala? A w ogóle niedobrze się stało, że się pojawiła u nas.
- Niesłusznie ją obwiniacie, ona pojechała do szpitala, żeby umówić się ze specjalistą, bo jest w ciężkiej depresji. Sama też się potłukła i leży teraz- broniła pasierbicy Helena.
Fala wdzięczności zalała Marcelę.
-Ciociu, już niedługo przestanę wam sprawiać kłopot, wracam do Poznania- powiedziała.
-Marcelko, cieszymy się, że jesteś z nami- powiedział Karol. Nie wypuszczę cię, aż zupełnie nie wydobrzejesz.
Została więc do końca urlopu. Wracając zabrała Darię, żeby dokładnie zbadać przyczynę jej głuchoty i zabrać się za jej leczenie.
- Straciłam chłopaka a zyskałam siostrę- pocieszała się. Swoją drogą babcia miała rację, gdy mnie ostrzegała przed tym człowiekiem.
- Będę od dziś zbierać pieniądze na operację plastyczną nosa, ma być krótki i zadarty.

Zdzisława Wenska

 

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.