Weranda literacka

Pani od polskiego

    Już drugi  rok trwa epidemia, która trzyma nas w odosobnieniu, potęguje uczucie zagrożenia, smutku. Myślę o starych ludziach, ale też o młodych i tych bardzo młodych. Jak radzą sobie ze zdalną nauką, zdalnym koleżeństwem. Dobrze, że  przynajmniej rodzice nie są "zdalni" i mogą zająć się swoimi dziećmi. Jak ta młodzież nauczy się współpracy, działania w grupie, wzajemnych relacji. Żal mi ich bardzo. Nauczyciele też nie mają lekko. Pomimo najszczerszych chęci nie dopilnują swoich uczniów "czatujących" w czasie lekcji, robiących mnóstwo innych rzeczy nie związanych z nauką.
     I tak rozważając te sprawy wróciłam myślami do mojej pierwszej pracy. Podjęłam ją tuż po studiach w roku 1973, w charakterze nauczycielki j. polskiego w jednym z wrocławskich liceów. Etat obejmował naukę w klasach od I do IV i wychowawstwo w klasie IV. Przekrój przez wszystkie epoki literackie. Ogromnie dużo pracy kosztowało mnie przygotowanie się do lekcji:  konspekty, lektury, pomoce dydaktyczne itp. a także sprawdzanie zeszytów domowych, sprawdzanie klasówek (dwu, trzy stronnicowych, a nie testów).   Co do pomocy dydaktycznych dla polonistów, to szkoła dysponowała dwoma adapterami "Bambino" zestawem płyt, rzutnikiem i to było wszystko.  Szkoła była duża, klasy od A do H, więc sprzęt był wykorzystywany non stop. Pamiętam tylko jedną lekcję w klasie czwartej na temat Norwida. Wykorzystałam w niej utwór w wykonaniu Cz. Niemena "Bema pamięci żałobny rapsod". Myślałam, że lekcja będzie świetna, ciekawa, zainteresuje uczniów. A tymczasem stało się inaczej. Muszę tutaj dodać, że klasa IV, której stałam się wychowawczynią składała się z uczniów bardzo inteligentnych, często wyrastających ponad przeciętność, oryginalnych, przekornych, obdarzonych wieloma talentami. I ta przekora dała o sobie znać w czasie interpretacji utworu Norwida. Jednym słowem wykonanie Niemena nie podobało się niektórym uczniom. Oczywiście potrafili to umotywować. Ale ja nie byłam gotowa na tego typu dyskusje, (studia polonistyczne niestety nie uczyły nowoczesnego, problemowego prowadzenia lekcji) za bardzo trzymałam się stereotypów i lekcja była taka sobie.
    Ważną sprawą było także dla mnie utrzymanie względnej dyscypliny. Trzeba pamiętać, że klasy ówczesne były bardzo liczne (38-42 osób), a ja niewielkiej postury, stąd potrzeba wielkiej ciszy do prowadzenia zajęć. Młodzież na ogół współpracowała z profesorem  - tak, tak to były czasy gdy nauczyciel szkoły średniej był tak przez uczniów tytułowany.
    Dla IV klasy byłam nie tylko nauczycielką polskiego, ale też wychowawczynią. Uczniowie przyjęli mnie z nadzieją, że wreszcie będą mieli opiekuna i obrońcę. Byłam ich trzecią wychowawczynią. Starałam się sprostać temu zadaniu. Na lekcje wychowawcze zapraszałam koleżanki i kolegów, którzy opowiadali o specyfice ukończonych przez siebie studiów i możliwościach pracy. Te lekcje miały  ułatwić moim uczniom podjęcie decyzji o dalszej drodze życiowej. W czasie rady pedagogicznej dopuszczającej do matury stanęłam murem za moimi uczniami i wygłaszając mowę (wobec około 80 osobowego grona pedagogicznego - ale miałam tremę!) spowodowałam, że wszyscy zostali dopuszczeni do niej, i wszyscy ją zdali, ale to już tylko dzięki własnej wiedzy.     
    Studniówka odbywała się w pięknej sali wrocławskiego NOTu. Dyrektor zwołał naradę wychowawców na temat dopuszczalnych kolorów ubioru. (teraz śmiech mnie ogarnia, gdy widzę jakimi sprawami zajmowała się dyrekcja) Wynegocjowaliśmy dopuszczenie koloru brązowego. I tak młodzież w ubiorze obowiązywały 4 kolory: biały, czarny, granatowy, brązowy. Trudno opisać jak pięknie wyglądali uczniowie: odświętnie, elegancko, cudnie. Bawiliśmy się wyśmienicie.
Świadectwa maturalne wypisał pięknym kaligraficznym pismem mój Ojciec, który kaligrafii uczył się przed wojną.
    Po maturze było uroczyste rozdanie świadectw. W klasie, na moim biurku stał wazon (mam go do dzisiaj), a na ławkach przed każdym uczniem leżał piękny goździk. Uczniowie podchodzili po świadectwo i wkładali goździk do wazonu (41 sztuk).  Tak wielkiego bukietu nigdy  nie dostałam.
    Moja klasa wystartowała w dorosłe życie. Większość pokończyła studia, większość  założyła rodziny, są już dziadkami. Wszyscy poradzili sobie w życiu. Niestety, jeden z uczniów już nie żyje.
    Wychowawczynią tej klasy byłam tylko rok, a zapisała się ona w mojej pamięci i kładzie się jasnym promieniem na całym moim życiu.
Niezwykły jest fakt, że oni do dzisiaj utrzymują kontakty, spotykają się towarzysko. Czasami biorę udział w tych spotkaniach.
Można się dziwić, że tak dobrze to wszystko pamiętam. Ale to przecież była moja pierwsza praca i to się po prostu pamięta.
Chciałabym tą drogą otworzyć cykl "Moja  praca w szkole" i  zachęcić inne nauczycielki  do napisania wspomnień.

Ewa Semków

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

  • Ania 20/04/2021, 11:54

    Pięknie jest zachowywać dobre wspomnienia z przeszłości, nawet gdy czasy były ciężkie.

  • Teresa Orłowska 14/04/2021, 14:04

    Brawo Ewuniu piękne wspomnienia .czasy były zupełnie inne a i tak dawaliśmy radę. Pozdrawiam i buziaki

  • Ewa Radomska 14/04/2021, 9:44

    Witam Pani Profesor!
    Chciałam też lata temu studiować polonistykę, ale wystraszyłam się regułek z gramatyki! Ale miło wspominam moich polonistów z I LO w Legnicy - starszy chyba nazywał się Raszewski - nie wiem czy dobrze pamiętam - ogromna przedwojenna kultura, a drugi nie pamiętam nazwiska, ale wiem, że było na "F" i to on mi powiedział oddając raz klasówki " Ty Radomska pisz wypracowania , a nie felietony". Bo rzeczywiście jakiś mam zakodowany styl, że nawet jak piszę list to od razu skręca to gdzieś w felieton...
    Pozdrawiam !

  • Jadwiga Śmigiera 14/04/2021, 7:04

    Rozpoczęła Pani przepiękny cykl. Żałuję że nie mogę dołączyć do niego, bo nie byłam nauczycielką. Znałam natomiast pracę nauczyciela z domu, ponieważ moja mam była nauczycielką. Nie uczyła jednak w szkole średniej bo miała specjalizację "klasy I-IV" w szkole podstawowej. Pamiętam doskonale te sterty zeszytów do poprawiania i klasówki. Wszystkie je przynosiła do do domu i tu kontynuowała swoją ciężką pracę.
    Nauczycielem historii w liceum był także mój mąż. A teraz uczy geografii w liceach mój młodszy syn.
    Praca nauczyciela jest piękna, chociaż niezwykle trudna. Jak żadna inna praca jest bowiem oceniana przez prawie wszystkich - począwszy od ministra, dyrektora szkoły, innych nauczycieli, rodziców i dzieci..... A najsurowiej jest oceniana przez osoby, które o tej pracy nie mają najmniejszego pojęcia.
    Serdecznie Pani dziękuję za wspaniały tekst.
    Pozdrawiam