Weranda literacka

Powspominajmy sobie, Mamusiu.



Kiedyś w Bawarii kupiłam kryształowy wisior do zawieszenia w oknie. W świetle słońca rozrzuca on tańczące po całym pokoju tęczowe plamki. Gdy słońca brak, kryształ zasypia. Podobnie jest ze wspomnieniami: przede wszystkim żyją te opromienione szczęściem i radością. To właśnie według tego klucza piszę moje mocno okrojone wspomnienie do Mamy o Mamie i o sobie: bo jak tu opisać ponad 60 lat wspólnego życia?

Moja Ty Mamusiu 90 plus, wiem, że najchętniej wspominasz dzieciństwo w domu rodzinnym. Tak się składa, że potem i ja spędziłam tam z Tobą ciepłe miesiące swojego dzieciństwa, u ukochanej Babci i Dziadziusia w małym miasteczku. Na zimne miesiące wracałyśmy do Warszawy, do współlokatorskiego mieszkania z centralnym ogrzewaniem. Tacie nie robiło różnicy, gdzie do nas dojeżdżał, bo prowadził prace geodezyjne na terenie całej Polski, i to bardziej jego nie było, niż nas, prawda?

Poznali się w pociągu. Mama jechała w nieznane „z nakazu pracy”. Miała ze sobą emaliowaną miskę, kubek, pierzynę i poduszkę w wielkiej chuście zawiązanej w tobołek. Poza tym walizkę z ubraniami i torebkę. Wyobrażam sobie mitręgę takiej podróży: ona, szczupłe 150 cm wzrostu tuż po studiach w Lublinie, wielkie toboły i podróż z przesiadkami. W czasie jakiejś przesiadki natknęła się na młodych mężczyzn, z których jeden- wziąwszy ją za zagubioną licealistkę- zapytał, dokąd podróżuje. Okazało się, że jadą do tej samej miejscowości- nieznanej dla niej, ale nie dla młodych geodetów, którzy byli tam zakwaterowani i prowadzili w okolicy pomiary gruntów. Wśród nich, mój przyszły Tata, który pomógł jej wsiąść do pociągu, no i tak to się zaczęło. Co prawda ostatnie zdanie brzmi jak zlepek fragmentów piosenek Rodowicz i Kunickiej, ale właśnie w takich okolicznościach ich losy zbiegły się ze sobą.


U moich kochanych Dziadków obydwie  byłyśmy rozpieszczane. Rytm dnia wyznaczała głównie Babcia, a ja uważałam Ciebie jakby za starszą siostrę. Wydawało mi się, że jedynym Twoim obowiązkiem było chodzenie ze mną na spacery i w odwiedziny do licznych cioć. Najkrótszy spacer wiódł do parku w centrum miasteczka, parę kroków od kamienicy Dziadków. Żwirowe alejki nie zagrażały kałużami czy błotem, więc Ty i ja mogłyśmy się elegancko ubrać. Spotykałaś tam znajomych, przy których się trochę nudziłam. O wiele bardziej lubiłam nasze spacery na łąki za kościołem, albo do cioć mieszkających na obrzeżach miasteczka. Te spacery mam utrwalone w swojej dłoni- zawsze chodziłyśmy „za rączkę .” Ale nawet na łące czy w ogrodzie, gdzie pamiętam siebie i inne dzieci usmarowane przy ognisku albo jedzeniu malin, Ty wyglądałaś „na miastową”. Najbardziej podobałaś mi się w czarnej, rozkloszowanej spódnicy w wielkie pawie pióra.

I tak ją pamiętam: loki, ładna, uśmiechnięta twarz, dekolt, wydatny biust, cienka talia, kloszowe spódnice i zgrabne nogi. Później, już w czasach szkolnych, kiedy pojawiły się telewizory, mogłam stwierdzić, że Mama mojego wczesnego dzieciństwa wyglądała jak gwiazda filmowa.

Dużo też czasu spędzałam sama, lub z koleżanką Grażynką na podwórku odgrodzonym od drogi wysokim, drewnianym płotem. Najdalsza część podwórka była częścią „smrodliwą”: z przybudówką dla krowy, świń i kur oraz dwoma wychodkami. Sama się tam nie zapuszczałam, chyba że z Tobą lub Babcią, żeby przyglądać się dojeniu krowy, karmieniu świń czy wybieraniu jajek z kurnika.

A propos wychodka: wydawało mi się okropne, że dorośli musieli z niego korzystać. No bo ja, to miałam różowy, emaliowany nocniczek w kwiatki, a dalsze losy jego zawartości mało mnie interesowały. Dużo, dużo później Mama powiedziała mi, że w czasie drugiej wojny te wychodki pełniły bardzo specjalną rolę: były „wrotami” do kolejnego dołu, stanowiącego schronienie dla partyzantów. Ponoć wychodkowy odór skutecznie mylił gestapowskie psy.

Środkowa część podwórka była dla Was dorosłych ogródkiem z kwiatkami i warzywami. Dla mnie było to głównie cmentarne zaplecze pierwszej części podwórka, gdzie najczęściej się bawiłam. Owa pierwsza część miała charakter reprezentacyjny, „miastowy”, czyli była wybrukowana kamieniami, żeby nie było błota i żeby się nie kurzyło. Akurat od strony tego podwórka pod okapem piętrowej kamienicy ptaki z upodobaniem zakładały gniazda, a ich dorastające pisklęta co jakiś czas wypadały na twardy bruk. Chowałam je w grobkach na grządkach w babcinym ogródku. To była moja tajemnica, ale wydaje mi się, że Babcia tylko udawała, że nie wie, skąd te nieoczekiwane rozkopki w warzywach. Bo babcia miała wielkie poczucie humoru, pamiętasz Mamusiu?

Nieoczekiwanie moje wspomnienie tych ptasich pochówków nałożyło się na wspomnienia Janusza Korczaka z „Pamiętnika z getta”. Kiedyś jako kilkuletni chłopczyk urządzał pogrzeb zdechłemu ptaszkowi i chciał na grobku postawić krzyżyk z patyczków. Bawiący się z nim koledzy powiedzieli, że jemu nie wolno stawiać krzyża, bo jest Żydem. Takie maleńkie zdarzenie z dzieciństwa dało początek ciągnącym się aż do śmierci próbom pogodzenia dwoistości Polak/Żyd.

Miałam jeszcze jedną tajemnicę związaną z tą częścią podwórka, a raczej ze znajdującą się tam studnią: pomimo zakazu, bardzo lubiłam do niej zaglądać. Można było pogadać z echem, zobaczyć swoje pomarszczone odbicie i wrzucać coś, co mogło udawać łódkę lub statek. Najbardziej odpowiednie wydawały mi się podstawki do jajek w kształcie kurki. Wykradałam je z kredensu w salonie, chowałam do kieszonki fartuszka, szłam sobie do studni i celowałam tak, żeby podstawka wylądowała na płasko. Czasem się udawało, podstawka pływała chwilę przyklejona do powierzchni wody, po czym łebek kurki powodował przechył statku i jego tonięcie. Czy Ty wiedziałaś, z jakiego powodu ubywało z kredensu podstawek do jajek?

A pamiętasz, Mamo, ciapę-prytę? Jak ja strasznie lubiłam błoto! I Ty, wiedząc o tym, pozwalałaś mi w czasie deszczu bawić się pod rynną, zbierać deszczówkę do różowego kubełka, którą wynosiłam na błotnistą drogę poza podwórko, by tam robić ciapę-prytę, i z rozpryskiem po niej maszerować w te i wewte.  Dzięki, że mi pozwalałaś być trochę niegrzeczną i usmarowaną dziewczynką.

Wiesz, kiedy tak sobie przypominam te sceny podwórkowe, to dochodzę do wniosku, że jednak musiałaś mieć jeszcze inne obowiązki, nie tylko chodzenie ze mną na spacery- bo jednak dużo czasu spędzałam na podwórku bez Ciebie, a Ty znikałaś na piętrze domu. Chyba jednak miałaś dużo pracy! Ale to zauważam już przez pryzmat jakichś sześciu lat potem, po urodzeniu się mojej młodszej siostry: codzienne wyprawy z miską pod pachą do rzeki, żeby wypłukać tetrowe pieluszki; wygotowywanie ich w kotle na kuchni węglowej, suszenie, prasowanie; do tego gotowanie obiadów ( pysznych!) nie tylko dla domowników, ale i dla robotników, których Babcia najmowała do prac polowych. Bo Babcia tylko jakby przypadkiem, z powodu męża-dentysty, zamieszkała w kamienicy na rogu rynku. Ale miała duszę Boryny, tego z „Chłopów” Reymonta. Tak, z tych późniejszych lat pamiętam Twoją spoconą twarz i ręce umęczone przesuwaniem ciężkich garów po gorącej kuchennej płycie. I to ciągłe noszenie wiader wody ze studni na górę: do zmywania, do mycia, do kąpieli, a potem znoszenie i wylewanie na „smrodliwe” podwórko.

A pamiętasz Mamusiu, jak Twój Tata a mój Dziadziuś, zawsze pogodny i łagodny, zamienił się raz w istny huragan? Wybierałyśmy się na spacer, chyba ten z typu eleganckich. Humor mi dopisywał, w rączce trzymałam swój różowy kubełek z łopatką, i do dziś czuję, jak maszerowałam dziarsko przez podwórko w krasnoludkowym rytmie „ Hej-ho, hej-ho, do pracy by się szło..” Szłyśmy „za rączkę”, ale musiałaś mnie na chwilę puścić, żeby otworzyć furtkę ze skobla. I wtedy właśnie potknęłam się na nierównym bruku, rąbnęłam jak długa, wyciągając przed siebie ręce i … rozcięłam sobie skórę nad górną wargą o krawędź mojego metalowego kubełka- bo go z rączki nie wypuściłam! Musiałam wydobyć z siebie jakiś nieziemski wrzask, z powodu którego mój kochany Dziadziuś zjawił się z prędkością błyskawicy, porwał mnie na ręce i zaniósł na piętro do swojego gabinetu, by opatrzyć ranę. Może to właśnie w ciągu tych kilku chwil wyrobiłam sobie opinię, że jedynym Twoim obowiązkiem były nasze wspólne spacery „za rączkę”, bo to właśnie wykrzykiwał do Ciebie Twój Tata, a mój kochany Dziadziuś, że nie masz nic do roboty!... tylko opiekować się dzieckiem!... a nie potrafisz tego zrobić jak należy!!! W ogóle, to musiałam być niezłą niezdarą, bo właśnie przypomniały mi się moje kolana z wiecznymi strupami.

A raz, Mamusiu, to pomyślałam, że zachowujesz się jak młodsza ode mnie. A było to tak: siedziałam z  kuzynem przy kuchennym stole. Ty wyszłaś na korytarz, żeby ze stojącej tam szafy wziąć mąkę, czy kaszę. I nagle rozległ się Twój przeraźliwy krzyk, wbiegłaś do kuchni, wskoczyłaś na krzesło i usłyszeliśmy Twój przerażony głos: Tam jest mysz!!! Ta super elektryzująca wiadomość wyrwała mnie i kuzyna zza stołu, udało nam się jeszcze zobaczyć myszkę, która smyrgnęła z szafy wzdłuż korytarza i… gdzieś przepadła między deskami podłogi. Ale się działo! Zeszłaś z krzesła dopiero, jak dwoje maluchów zapewniło Cię, że mysz już uciekła. Pamiętasz?

Dużo później dowiedziałam się, skąd taki wstręt do myszy. W czasie wojny Mama chodziła do gimnazjum w Lublinie, gdzie mieszkała ze starszą siostrą na stancji. Prywatna szkoła pani Arciszowej- to brzmi elitarnie. Ale czas wojenny, ogólny niedostatek, stancja na Starym Mieście prowadzona jak najoszczędniej i tam pełno myszy. Mama z siostrą kładły się spać ubrane w jakieś portki, skarpety, koszulę z długimi rękawami- żeby tylko nie czuć biegających po sobie gryzoni. Nigdy później nie była w stanie uznać myszy czy chomików za zwierzątka domowe- zawsze na ich widok się wzdragała.

A pamiętasz, Mamo, przekleństwa z domu Dziadków?  Dziadziuś mówił [Psiajucha!], Babcia [Idźdopsalamenta!]. Wiedziałam, że to są jakieś „złe słowa” z powodu sytuacji i podniesionych głosów. Nie rozumiałam ich znaczenia- dla mnie były zlepkiem dźwięków, które oznaczały, że coś Babcię lub Dziadziusia zezłościło. Kiedy byłam starsza, to wyjaśniłaś mi, że [psiajucha] znaczy „psia krew”, a [idźdopsalamenta!]- to „ idź do psa Lamenta”, przy czym Lament to było czyjeś nazwisko. Tak sobie teraz myślę, że Dziadkowie wznosili bardzo nietypowe okrzyki dla wyzbycia się złych emocji. Ale i tak, Tobie i mnie przypominają one dwoje najukochańszych ludzi i najszczęśliwsze miejsce na ziemi, miejsce naszego dzieciństwa. Nawet niewiele się różni to Twoje z okresu międzywojennego i moje, z lat 50-tych… UBIEGŁEGO WIEKU!!! Jakżeż ten czas nam obu szybko zleciał,  kochana Mamusiu.

Jaki jest sens wspomnień? Nie wiem. Na pewno jest potrzeba, choć trudno wyjaśnić dlaczego i po co. Niektórzy tak mają. Zacytuję J.D. Salingera z „ Buszującego w zbożu”: „Pewne rzeczy powinny pozostać niezmienne. Powinno się je wstawić do takiej wielkiej gabloty i już tam trzymać. Wiem, że tak się nie da, a szkoda.”

Julianna Tarasiuk, wyróżnienie w konkursie „List do Mamy/ Wspomnienie"



Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

  • iza 22/06/2020, 19:43

    Piękne

  • Czytelniczka 21/06/2020, 23:02

    Miedzypokoleniowa milosc sprawia, ze tekst emanuje cieplem, bedac rodzinnym kapitalem, niech
    zostanie przekazany kolejnym pokoleniom...

  • Halina 03/06/2020, 12:20

    Urocze!!! z talentem napisane!!!! Bogactwo szczegółów, bogactwo uczuć. Osobiście nie lubię wspomnień, może z braku talentu do pisania?!, jednakże przeczytałam z przyjemnością i poprawiło mi to nastrój. Gratuluję!!!

  • Aga 31/05/2020, 20:16

    Bardzo malownicza opowieść :)

  • Aga 31/05/2020, 20:15

    Bardzo malownicza opowieść ????

  • Asia&Andrzej 31/05/2020, 14:58

    Andrzej się wzruszył.
    Serdeczności.

  • Ilona Kubrakiewicz 31/05/2020, 10:44

    Droga Julianno, czytałam Twoje wspomnienia z wypiekami na twarzy. Cóż za cudowne dzieciństwo! ???? Pozdrawiam i czekam na więcej wspomnień Ilona