Zdrowie 50 plus

Wstydliwe sprawy?

Wstydliwe sprawy? Źle nas traktują w urzędach, szpitalach, sądach. Bywamy bite i gwałcone – przez najbliższych, przez obcych i tych, którzy winni są nam pomoc i opiekę. Jaki wstyd! To prawda, tyle tylko, że to nie my powinnyśmy się wstydzić!

Oblicza przemocy instytucjonalnej

Zdecydowana większość artykułów bieżącego numeru “Prawa i Płci” traktuje o zjawisku przemocy stosowanej przez instytucje wobec klientek czy potencjalnych klientek. Nie zauważyłam natomiast, by którakolwiek z szacownego grona autorek odważyła się na zdefiniowanie pojęcia przemocy instytucjonalnej. Próbowałam odpowiedzieć na to wyzwanie i doznałam szoku intelektualnego: zakres pojęcia jest tak szeroki i obejmuje tak różnorakie objawy przemocy, że w trakcie formułowania definicji nie da się uniknąć uproszczeń i spłycenia, a tego jako dziennikarka zajmująca się problematyką kobiecą bardzo nie lubię.

Może pomińmy definicję (koń, jaki jest, każdy widzi), wszak nie jest moim zamiarem zanudzenie czytelniczek i czytelników akademickimi dyskusjami. Chodzi o to, że przedstawiciele instytucji, z założenia powołanych do służenia i/lub niesienia szeroko rozumianej pomocy ludziom, poprzez poczucie władzy, co zapewnia bezkarność, poprzez użycie siły, w którą wyposażyły ich owe instytucje, ranią, częstokroć powiększając już doznaną krzywdę, stosują przemoc.

I śmiesznie, i strasznie

Bywa, że przemoc wynika z istoty rzeczy, czyli z Najważniejszych Przepisów lub Ustaleń, dzięki którym określona instytucja została powołana do istnienia. W mniej lub bardziej uprzejmych słowach instytucje domagają się czegoś, wymagają, grożą. Bywa śmiesznie, kiedy w pralni żądają od klientów, aby odzież oddawana do czyszczenia nie była brudna, ale kiedy w warszawskiej Klinice Chorób Sutka czytam ogłoszenie, że limit pacjentów (czytaj: kobiet!) został wyczerpany (!!!) i zapisuje się chorych z trzymiesięcznym wyprzedzeniem – robi mi się strasznie. Natura nowotworów już taka jest, że nie liczy się z limitami mazowieckiej kasy chorych, a tempa ich rozrostu nie da się dostosować do życzeń specjalistów od reformy zdrowia.

Kiedy zaczyna być strasznie, mamy do wyboru dwie drogi: albo zacząć walkę z Ustaleniami, Regulaminami, Rozporządzeniami. Bywa to trudne, wymaga determinacji, montowania określonego lobby, czasu, niekiedy dotarcia do najwyższych organów ustawodawczych. Działaczki organizacji pozarządowych twierdzą, że czasami, dzięki samozaparciu i umiejętności poruszania mechanizmów demokracji udaje się coś zmienić – w końcu po to właśnie wywalczyłyśmy sobie kapitalizm.

Druga możliwość, wybierana przez zmęczone donkichotki i niepoprawne optymistki, wierzące w zdrowy rozsądek i dobre serce ludzi, polega na próbie dotarcia do osób, które podejmą właściwą decyzję mimo regulaminów i odgórnych wytycznych.

Gdy rozum śpi, budzą się potwory

Z bezmyślności, niedouczenia, deficytów osobowości wreszcie rodzi się wiele nadużyć władzy. Chęć odegrania się, owe “ja jej pokażę”, ma zazwyczaj psychologiczne wytłumaczenie, nie anioły bowiem pracują w instytucjach powołanych do służenia nam wszystkim – tym niemniej jednak instytucja odpowiada za poczynania zatrudnionych w niej pracowników i na kierownictwie ciąży obowiązek dopilnowania, by pracownik wykonywał swe obowiązki zgodnie z misją instytucji i z odpowiednią dozą kultury osobistej. Niestety, bardzo często się zdarza, że solidarność zawodowa przeważa nad pojęciem uczciwości, ba, poczuciem sprawiedliwości. Coraz rzadziej spotykamy nieuprzejmą obsługę w sklepach – dyktatura rynku i spodziewany zysk wymuszają zachowania przyjacielskie wobec klientów. Ale jakoś nikomu nie przychodzi do głowy wymagać grzeczności od lekarza z publicznej służby zdrowia, pracownika socjalnego lub wymiaru sprawiedliwości czy zgoła policjanta.

Myślę, że osoby z określonymi zaburzeniami osobowości nie powinny pracować ani w szkolnictwie, ani w ośrodkach pomocy społecznej, ani... jednym słowem nie powinny pracować tam, gdzie zgłaszają się ludzie po pomoc – wiadomo, że ten typ pracy wymaga odporności psychicznej. Wymaganie świadectwa zdrowia psychicznego jest pewnym rodzajem dyskryminacji, tym niemniej jednak byłoby to w interesie nas wszystkich, także i osób obarczonych owymi deficytami.

Wielki wódz i jedyna słuszna idea

Przemoc instytucjonalna bardzo często towarzyszy działalności Wielkich Wodzów i Strażników Jedynie Słusznej Idei, niezależnie od tego, czy przewodzą instytucjom państwowym czy organizacjom pozarządowym. Zapewne dzieje się tak nie z powodu brutalności i wrodzonej agresji Wielkich Wodzów, lecz z konieczności utrzymania się na stołku i w obronie autowizerunku we własnych oczach: tylko ja mam monopol na rację, macie mnie słuchać i podziwiać, bo jeśli nie, to: wyrzucę ze schroniska, nie dam dotacji, wydam złą opinię itd., itp.

Wielcy Wodzowie charakteryzują się tym, że wytwarzają cały system zabezpieczeń, poprze swoich zagorzałych zwolenników kontrolują i duszą w zarodku wszelkie próby choćby skromnej modyfikacji Słusznej Idei. Czasami bywa tak, że stworzone przez Wielkiego Wodza imperium wymyka się spod kontroli, dzieje się tam coraz okropniej, ale nikt nie piśnie słowa, bo jakże można negować Jedynie Słuszną Ideę, a już nie do pomyślenia jest choćby szczypta krytyki pod adresem Wielkiego Wodza...

Już od czasów starożytności wiadomo, że każdy Wielki kiedyś musi ustąpić miejsca Jeszcze Większemu – szkoda tylko, że niejako z definicji zmarnowano ileś tam szans dla iluś ludzi, nie licząc zdenerwowania i rosnącej niewiary w skuteczność mechanizmów demokracji.

Odkryjmy Amerykę

Być może odkrywam Amerykę, pisząc o konieczności sprawowania kontroli społecznej nad instytucjami, które zostały powołane do służenia społeczeństwu i – jak na ironię – są utrzymywane z naszych – podatników – pieniędzy.

Ktoś może zauważyć, że całe to zamieszanie zbyteczne, powołuje się bowiem rozliczne gremia i ustala wewnętrzne regulaminy, wszystko po to, by wznieść poziom etyki zawodowej na niebotyczne wyżyny. Tyle że to służy szczytnym , a wyrażanym w metajęzyku ideałom mało zrozumiałym przez rzesze zabieganych i zagubionych niekiedy kobiet, które stają bezradne wobec zwykłej bezduszności, głupoty czy niedouczenia przedstawicieli instytucji, powołanych przecież nie po to, by udręczać, dokuczać, stosować przemoc...

Zaczynamy się wstydzić za naszych gnębicieli i kółeczko się zamyka, gdyż jakże często ów wstyd paraliżuje naszą wolę walki, pogłębiając bezradność i bezsilność.

Mówi się, że powinnyśmy być odpowiedzialne za własne życie, ujmować sprawy w swoje ręce, unikać korzystania z czyjejkolwiek pomocy, w przeciwnym wypadku same się ubezwłasnowolniamy, przyznając, że nie potrafimy niczego same dokonać.

Sądzę, że to twierdzenie, podobnie jak wszystkie wspaniale brzmiące generalizacje, nie zupełnie odpowiada prawdzie. Jeśli znajdujemy się w sytuacji kryzysowej, przeżywamy szok, to najprawdopodobniej nie będziemy mieć dostatecznie dużo siły do walki z przejawami przemocy instytucjonalnej. I wtedy powinnyśmy otrzymać propozycję pomocy – fachowej i nieustraszonej. Mam na myśli ruch rzeczniczek spraw kobiet (nie bez kozery użyłam słowa sprawa zamiast prawo – ale to temat wykraczający poza zakres niniejszego artykułu). Pewne działania zostały w tej materii podjęte, odbywają się szkolenia, świta nadzieja, że w niedalekiej przyszłości będzie nas coraz więcej i że uzbrojone w wiedzę i poparcie organizacji kobiecych rzeczniczki naszych spraw będą czuwały nad przestrzeganiem naszych praw, a szczególnie będą pilnować, by kobiety pokrzywdzone nie doznawały powtórnego skrzywdzenia zamiast sprawiedliwości czy pomocy. I będą reagowały jeszcze prędzej niż natychmiast! Wydaje mi się, że rzeczniczki mogłyby nam pomagać przy występowaniu na drogę sądową o odszkodowanie. Jestem przekonana, że pieniądz jest znakomitym środkiem wychowawczym – jeśli zadośćuczynienie pokrzywdzonej uderzy krzywdziciela po kieszeni, i to osobistej, to lekcja będzie skuteczna – wprost proporcjonalnie do zasądzonej sumy... Ale zanim upowszechni się ten sposób reakcji, musi się wiele zmienić w naszych postawach wobec arogancji i przemocy instytucjonalnej.

Drugi postulat dotyczy nagłaśniania przejawów przemocy instytucjonalnej. Nie odpuszczajmy sobie, choćby przyczepiano nam etykietki pieniaczek, pań o roszczeniowym nastawieniu dożycia itp. domagajmy się interwencji dziennikarskich, piszmy listy, organizujmy spotkania poświęcone temu tematowi. Opinia społeczna jest bardzo ważnym instrumentem walki z wszelkimi nieprawidłowościami. Twórzmy silne kobiece lobby – to żaden wstyd walczyć o swoje prawa i należny nam szacunek.

Po trzecie, i to dotyczy nie tylko piękniejszej połowy społeczeństwa, należałoby wprowadzić do programu ostatniej klasy gimnazjum elementy wiedzy obywatelskiej, praktycznej wiedzy o tym, jak korzystać z przysługujących praw i równocześnie jak można korzystać z mechanizmów demokracji dla dobra społeczności lokalnej. Łatwiej bowiem przyswoi sobie ten typ wiedzy i pewną postawę prospołeczną mała Ania, nie obciążona stereotypowym wizerunkiem kobieciątka zależnego od łaskawości mężczyzny, niż Anna, z trudem wywalczająca sobie prawo do równości, do dokonywania wyborów, do samookreślenia wreszcie. I do poszanowania jej niezbywalnych praw człowieka.

Hanna Dąbrowiecka, jest Prezesem Stowarzyszenia Akademii Kontaktów Społecznych

 

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.