Moje Peru

Decyzję wyjazdu do Peru podjęłam w tym samym momencie, gdy dowiedziałam się, że ktoś kogoś zna kto organizuje pobyty w dżungli pod opieką szamanów.

Po prostu poczułam, że chcę tego doświadczyć. Decyzję wyjazdu do Peru podjęłam w tym samym momencie, gdy dowiedziałam się, że ktoś kogoś zna kto organizuje pobyty w dżungli pod opieką szamanów. Po prostu poczułam, że chcę tego doświadczyć.
Nawiązałam mailowy kontakt z organizatorką wyjazdu – i po wymianie kilku maili i kontakcie telefonicznym zdecydowałyśmy się na wspólny wyjazd. W pewnym sensie obie podejmowałyśmy ryzyko – ja nie znałam ani Kajsy ani dwóch pozostałych uczestników ze Szwecji. Ona natomiast mogłaby się spodziewać różnego “dziwadła”. A spotkała... no, powiedzmy... dziwadełko.....

Zatem Kajsę i jej przyjaciela Carlosa poznałam na lotnisku w Limie, a Airi i Yngve w hostelu. Po kilku dniach zwiedzania Limy i okolicy, czasu bardziej poświęconemu na aklimatyzację, nasza szwedzko-polsko-peruwiańska ekipa poleciała do Tarapoto. Kontrast pomiędzy brudną, zakurzoną Limą a zielonym Tarapoto był ogromny. Ludzie uśmiechnięci, otwarci na przybyszy z daleka. Poznaliśmy Orlando, szamana który opiekował się nami i prowadził przez odosobnienie i Herbal Diet. Do wioski w dżungli jedziemy najpierw samochodem, potem płyniemy po HuaHaga długą pirogą - w strugach deszczu, przemoczeni do suchej nitki.... W samej wiosce otoczyła nas grupa mieszkańców, ciekawych nas tak samo jak i my byliśmy ciekawi ich. Ubraliśmy wysokie kalosze (obowiązkowe podczas poruszania się w dżungli), zabrano nam plecaki (no tak, gringo nie nosi ciężarów!) i ruszamy!

Byłam podekscytowana, zaciekawiona i szczęśliwa! Jestem w dżungli. Przecież jeszcze cztery miesiące wcześniej nie przyszłoby mi do głowy, że tu będę.... Pierwsze wrażenie... Jestem zaskoczona hałasem. Głośne cykady, kumkające żaby, niezliczone odgłosy ptaków i krzyki małp w tle szumiącej rzeki..... I jak się okazało, nie ma różnicy czy jest dzień czy noc. Intensywność tego hałasu jest właściwie cały czas taka sama. Pierwszą noc spędzamy wszyscy razem w dużym szałasie Orlando, który prowadzi ceremonię Ayahuaski. Przeżyłam szaloną podróż otwierającą drzwi do podświadomości, przejście przez własne ograniczenia i fizyczne wyrzucenie blokad.... No cóż, nie było łatwo ale doświadczenie ekscytujące a wrażenia niezapomniane. Rano wyruszmy do “naszych” szałasów. Pierwszy zostaje Yngve, idziemy kolejne 500 metrów i ja poznaję swoje miejsce. Airie poszła dalej....

Moje miejsce, w którym spędziłam sama pięć dni i pięć nocy to szałas z dachem z palmowych liści, materac na drewnianej konstrukcji około metr nad ziemią, moskitiera i hamak..... jestem sama, wokół żyje dżungla. Orlando przychodził co rano dając mi do wypicia wywar z korzenia ajasacha, który działa leczniczo, otwiera mój szałas drzwi do świadomości. Powinnam zaznaczyć, że w swoim codziennym życiu mam dwie fobie. Jedna, realna: pająki druga wyimaginowana – węże. Czemu wyimaginowana? No cóż, węże widziałam jedynie za szkłem w wiwarium i zawsze pozostawało wrażenie niechęci, strachu i obrzydzenia. Oczywiście z pająkami spotykałam się – zatem to realna fobia, skakanie na krzesło, prośba o “utylizację” tego czegoś, co nieopatrznie znalazło się w moim otoczeniu. Nie miałam okazji zmierzyć się w dżungli z arachnofobią ale... węże.... Pod koniec drugiego dnia, trochę przyzwyczajona do otoczenia spędzałam coraz więcej czasu w hamaku. Nagle zauważyłam, w odległości około 5 metrów ode mnie, sunącego po gałęziach węża. Nie był duży, raczej cienki, intensywnie zielony. Obserwowałam zarówno zwierzę jak i swoją reakcję. O tak, kołatanie serca, dławienie w piersi.... i duma. Patrzę, pozostaję w hamaku, jestem obserwatorem. Kątem oka wyczuwam ruch, odwracam głowę i .... na wyciągnięcie ręki, na gałęziach zawisł... kolejny wąż. Nie wiem, czy strach powiększył tego gada, bo miał z metr długości, odwrócił do mnie swoją płaską, żółtą jak cytryna paszczę i przyglądał mi się jakby z zastygłym oburzeniem, co ja tutaj robię.... Wystrzeliłam z hamaka jak z procy. Wskoczyłam pod moskitierę, skuliłam się i trzęsąc się z emocji wyrzucałam z siebie: co ja tutaj robię, i jeszcze zapłaciłam za to kupę forsy, co za idiotka ze mnie, zawsze się w coś właduję i... zasnęłam. Następnego dnia obudziłam się spokojna, zrelaksowana, ukojona przez dochodzący z zewnątrz znany już hałas. Wyszłam bez lęku, zarejestrowałam, że nie ma węży, położyłam się spokojnie w hamaku.... nie wiem jak długo huśtałam się i nagle poczułam, patrząc na rośliny, zwierzęta, niebo, że jestem częścią tego wszystkiego, co mnie otacza. Żadne słowa nie oddadzą uniesienia jakie wówczas poczułam. Czysta radość, jasność i nagłe zrozumienie, że jesteśmy jednością – wszyscy i wszystko. Zaczęłam się śmiać i płakać równocześnie. Podczas kolejnych dni i nocy cieszyłam byciem. Cicha, spokojna i.... wtopiona w otaczającą naturę.... motyle zaczęły na mnie siadać, ich chłodny dotyk delikatniejszy od muśnięcia wiatru.... Wiem, że spotkało mnie szczęście. Wiem, że otrzymałam dar. Wiem co znaczy Być.

Autor wpisu*:
2 x 7 (mnożenie) =