Tea party
Otóż któregoś dnia wpadłam na pomysł zorganizowania herbacianej imprezy. Co? Że niby dla nudziarzy taka balanga? Phi, też mi coś, herbata z prądem również była wliczona w cenę przed imprezowych zakupów, więc o żadnej nudzie proszę mi tu nie opowiadać.
Zaczęło się tak: zaproszę koleżanki na popołudniowe plotki przy dużym czajniku zielonej herbaty (chyba tej z bergamotką i kwiatem pomarańczy) i do tego zrobimy sobie manicure. Później pomyślałam: możne lepiej byłoby zorganizować spotkanie z herbatą i wymianą książek – każda z nas przyniosłaby dwie książki, krótko o nich opowiedziała i mogłybyśmy się nimi wspólnie powymieniać.
Obdzwoniłam koleżanki, ustaliłyśmy termin, a potem sporządziłam wstępną listę potrzebnych rzeczy i poszłam po zakupy. W drodze metrem doznałam pewnego rodzaju olśnienia i postanowiłam, że oprócz książek zaproszone psiapsiółki powinny przyjść z ulubionym rodzajem herbaty – większość nich to herbato-filki, także nie miałby z tym problemu. Po udanych zakupach (tylko dlaczego robiłam je na głodniaka... teraz mam w domu tyle zapasów, ze wystarczy na następny miesiąc! – nigdy nie idźcie do supermarketu, kiedy wasz żołądek natarczywie próbuje zwrócić na siebie uwagę!) zaparzyłam sobie... no wiadomo... herbatę i włączyłam telewizor.
W dniu imprezy moim największym problemem był wybór rodzaju herbaty, który zaprezentowałabym psiapsiółkom. Na pewno nie czarna, czarna herbata jest passé, a ja chcę być na czasie. Zielona... a założę się, że każda przyjdzie z jakąś odmiana zielonej i do tego będzie z siebie bardzo dumna – pomyślałam. No to możne biała? Tak! Biała to jest to – aż mała żółta żarówka zapaliła się nad moją głową – postanowiłam i zajrzałam do szafki. W końcu znalazłam to, czego szukałam i stanęło na białej z kawałkami owocu granatu.
Dziewczyny przyszły eleganckie i przygotowane, chociaż trzeba przyznać, że jedna przyniosła zwykłą czarną herbatę w żółtych torebkach (zapomniałam dodać, że ja innej, niż sypanej herbaty, nie uznaję) bardzo znanej marki, której nazwy nie muszę nawet wymieniać.
Zaczęłyśmy od degustacji, już zaparzonej białej z granatem - robiła furorę (sa sa sa – wiedziałam!). W tym próbowaniu rożnych rodzajów herbat i opowieściach o polecanych książkach okazało się, że nieustannie którejś z nas brakuje przy stole, gdyż równie bardzo interesowały nas... wycieczki do toalety. No cóż, nie przewidziałam faktu, że degustacja, a zwłaszcza zielonej herbaty, ma swoje skutki uboczne.
Na koniec koleżanka z czarną herbatą w żółtych torebkach bardzo nas mile zaskoczyła i na deser przyrządziła herbatę po góralsku – tę z cytryną, miodem no i wspominanym już prądem (mówiłam, że miejsca dla nudziarzy brak? A mówiłam!). I tak się porobiło, że z 17:00 zrobiła się 21:00, no i czas było imprezę kończyć, bo jutro przecież do pracy.
I moglibyście pomyśleć, że po tak suto zalewanym herbatą popołudniu/wieczorze, następnego dnia nie mogłam już patrzeć na czajniki i kubeczki pozostawione na stole... otóż nic z tych rzeczy i na dobry początek, dzień zaczęłam od japońskiej zielonej z jaśminem.
Julia Potocka (korespondencja z Brukseli)









Dołącz do dyskusji - napisz komentarz
Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.
Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.