Styl 50 plus

Życie na włączonym szwendaczu(2)

Wpadła w czarną dziurę, tak głęboką, że nie widziała światła.

Aż, któregoś dnia odebrałam wiadomość, której się trochę spodziewałam, jednak uderzyła mnie i zabolała do żywego. Może dlatego, że przyszła tak nagle, a może dlatego, że krótkie zdanie: „mamuś, nadal w to nie wierzę, ale rozstaliśmy się, wracam do Olsztyna, nie wiem co mam robić, moje życie legło w gruzach!!!”, było przepełnione takim bólem, że aż namacalnym. Moja córka zawsze czegoś szukała, ale nigdy nie była bezsilna i zrozpaczona. Zawsze miała kolejny pomysł na następny dzień, nową energię do pójścia naprzód, a teraz to gdzieś zginęło. Wpadła w czarną dziurę, tak głęboką, że nie widziała światła, ba ona nawet nie mogła podnieść głowy, żeby dostrzec, że w górze świeci słońce. Zawaliły się jej plany, nadzieje, oczekiwania. Podjęła decyzję dość niespodziewanie i nie przewidziała ciężaru emocjonalnego jaki się z tym wiązał. W tej pierwszej chwili nie potrafiła go udźwignąć. Ugięła się pod naporem emocji, które towarzyszą nam w obliczu utraty czegoś ważnego. Wtedy nie ma znaczenia kto odchodzi, czy to my decydujemy o zakończeniu czy ktoś inny, czy drzwi zostały zamknięte delikatnie i po cichu czy zatrzaśnięte ze złością. Czasami jest tak, że rozum, albo intuicja już wiedzą o konieczności odejścia, ale serce nie jest jeszcze przygotowane i płacze. Ona płakała całą sobą! Wiedziałam, że to potrzebne, że łzy oczyszczają i myją ból, ale bałam się żeby w tym „dole” jak nazywa ten stan nie została za długo. Nie mogłam jej przytulić i głaszcząc po głowie powiedzieć: ”nie martw się to tylko piaskowa babka, chodź zrobimy drugą”. Każdy wiek ma swoje problemy i trzeba je rozwiązać samemu, żeby móc iść dalej - silniejszym i mądrzejszym. Cierpiałam razem z nią i chociaż szkoda mi było ich związku, to wiedziałam, że pewnie jeszcze nie raz tego doświadczy. Życie, to ciągły ruch i przynosi nam zmiany, czasami są to rozstania z osobami, które kochamy. Bardziej bolało mnie to, że moje dziecko nabiło sobie guza, ma siniaki, a ja nie jestem w stanie jej pomóc. Wierzyłam w jej siłę, która na ten krótki moment zapadła się pod ziemię, wierzyłam że coś wymyśli i znowu usłyszę: „mamuś....!!!”


Na szczęście nie musiałam długo na to czekać. Pewnego dnia zadzwoniła Kasia i dobrze mi znajomym, tak kochanym przeze mnie, pewnym siebie głosem powiedziała: „ nie mogę siedzieć w Polsce, ani wrócić do Anglii, nie mam pojęcia co chcę zrobić ze swoim życiem, ale wiem, że teraz jest jedyna okazja na spełnienie mojego życiowego marzenia, mojej misji ciągle we mnie drzemiącej. Jadę do Afryki pomagać ludziom! Zaczynam szukać miejsca, gdzie mnie zechcą. Co ty ma to mamuś?” Odetchnęłam z ulgą i powiedziałam „jedź, jedź czym prędzej!”. Pomyślałam sobie: oho! jej szwendacz nadal działa, rozpacz nie wyłączyła go, to dobry znak niech jedzie, jeszcze tam jej nie było, niech pozna inny kontynent, innych ludzi, obyczaje, niech się spotka z ludzkim cierpieniem i stara się tam pomóc jak może, żeby Jej własny ból zmalał. Nic tak nie pomaga uporać się z własnymi troskami jak konieczność pomocy innym, słabszym od nas. Postanowiła i pojechała. Spędziła 6 miesięcy na Madagaskarze, pracując po kilkanaście godzin dziennie za darmo. Jako wolontariusz uczyła angielskiego i opiekowała się dziećmi w jednym z domów dziecka. Spotkała się tam z taką biedą i niedolą ludzką w jaką nam, Europejczykom trudno uwierzyć. Może kiedyś sama zechce podzielić się na jakimś forum ze swoimi doświadczeniami z tego pobytu. W jednym z pierwszych sms-ów pisała, że ludzie są biedni aż do bólu, ale radośni tak, jak nikt inny w „naszym” świecie. W sierocińcu do którego trafiła, było ponad 100 dzieci, a historia każdego z Nich była tak przerażająca, że przez pierwsze kilka dni nie mogła spać. Przez cały jej pobyt miałyśmy kontakt ze sobą, od pierwszego momentu słyszałam w jej głosie radość, ale płynącą gdzieś z głębi serca, inną niż dotychczas w trakcie jej podróży. Radość ta nie była spowodowana super warunkami mieszkalnymi czy atrakcjami turystycznymi. Ta radość płynęła z miłości jaką obdarzali ją tamci ludzie i z miłości jaką ona mogła im okazać. Oni tę miłość przyjmowali garściami, ale też dawali. Często była to jedyna rzecz jaką mogli ofiarować, bo trafiła do kraju, gdzie trzy miski ryżu dziennie sprawiają, że uważasz się za najedzonego. Często zastanawiałam się skąd w oczach tych dzieciaków tyle radości. Zostały porzucone przez rodziców, znalezione na ulicy, nie znają smaku czekolady, nie mają własnych zabawek, a ubrania które noszą są po innych stu braciach czy siostrach.


Sześć miesięcy szybko minęły i wróciła do Europy, ale nie z radością. Nie mogła uwierzyć, że to już koniec i trzeba wrócić do „normalnego” życia. Ja, oczywiście czekałam na nią z wielką niecierpliwością. Pewnego lipcowego dnia wysiadła z autobusu, którym przyjechała z londyńskiego lotniska, czekałam na przystanku. Cała była otulona szalami, pomimo lata było Jej zimno. Wiadomo angielskie lato! Byłam ciekawa jak wygląda moja podróżniczka, była jeszcze szczuplejsza niż zwykle, sześciomiesięczna dieta ryżowa zrobiła swoje. Bił od niej spokój, cisza i jakaś dziwna, nieokreślona szlachetność. W myślach nazwałam, to „przezroczystość”. Była czysta i smutna jak łza, która spływa po policzku w chwili wielkiego wzruszenia połączonego z radością, ale i tęsknotą. Nie wiem gdzie podziała się moja szalona Kaśka czy moja mała Kasia. Z autobusu wyszła pani Katarzyna, która nie bardzo wiedziała jak się tu znalazła, bo jeszcze wczoraj była na Madagaskarze, dzisiaj w Anglii, a „jutro”... gdzie? Widziałam, że chociaż ciałem jest ze mną i cieszy się z tego, to duchem zupełnie gdzie indziej.


Wiedziałam, że nie zabawi długo u mnie, chciała do Polski, chciała jeszcze raz spróbować swoich sił tam, tym razem w rodzinnym mieście. Znowu wróciły do mnie znajome myśli, ale trochę inaczej: niech jedzie, zna ludzi, zna miasto, rodzina i przyjaciele pomogą wrócić jej do rzeczywistości, a jeśli Siła Wyższa uzna to za dobry pomysł, znajdzie odpowiednią pracę. Wyjechała po kilkunastu dniach, więc znowu było pakowanie, ostatnie zakupy, odwożenie na lotnisko bladym świtem, no i jej słowa: „mamuś, zostawiam swoje zimowe ubrania i to czego nie potrzebuję w Polsce. Za kilka tygodni wrócę tu, muszę zarobić na kolejny wyjazd na Mada” - tak nazywa Madagaskar. Planowała tam wrócić, ale już nie jako wolontariusz, tylko ktoś kto chce osiąść na stałe. Pomyślałam sobie: niech tak będzie, ale na razie jedzie do Polski i zobaczymy co dalej. Prawdę mówiąc byłam już trochę zmęczona tym dziesięcioletnim, emocjonalnym kibicowaniem mojej córce w jej podróżach. Chciałam, żeby znalazła receptę na życie. Jeśli już nie może to być jedno miejsce, to niech to będzie sposób, który da jej poczucie sensu, nawet jeśli co chwila będzie w innym kraju. Przecież z naszego wnętrza i naszego przekonania wynika to co myślimy o naszej rzeczywistości. Nikt i nic nie zapewni nam komfortu zwanego „sensem życia” jeśli sami go nie czujemy. Czy czasami nie to było moim pobożnym życzeniem pod kierunkiem dzieci, kiedy jeszcze były małe? Minęło 30 lat życia mojej Córki, a Ona ciągle czegoś szuka. Czyżby moje marzenia stały się Jej „przekleństwem”?


A może właśnie dzięki temu musiała, jak książkowy Alchemik pokonać długą drogę, żeby wrócić do swojego ogródka, mądrzejsza i silniejsza, gotowa na odkrycie skarbu, który zawsze tam był, zakopany i czekał tylko na Nią?
Wróciła do Olsztyna i któregoś dnia przeczytałam w e mail’u dobrze mi znajome: „mamuś, moje życie stało się jeszcze trudniejsze! Dostałam pracę dla której warto tu zostać, ale co z Mada? Teraz nie mogę tam wrócić, a tak bardzo chcę! Przyślij mi proszę te wszystkie rzeczy, które zostawiłam u Ciebie ” I co? No, to pakuję tę walizkę, przypominam sobie wszystkie poprzednie i gadam, jak zwykle sama do siebie, a właściwie do Niego: Boże nie bardzo wiem kim jesteś, ale ufam Ci od lat. Wierzę, że prowadzisz ją swoimi drogami, że to Twoja sprawka te wszystkie podróże i wyjazdy, walizki i samoloty, zmiany klimatów i stref czasowych, przyjaźnie na całym niemal świecie. Dlaczego tak jest, że ona jest w Polsce, jej „zimowe rzeczy” w Anglii, a serce na Madagaskarze? Czy nie mógłbyś, proszę umieścić tego wszystkiego w jednym miejscu?
Grażyna Białous (korespondencja a Wielkiej Brytanii)
Wollaston
21.12.10

Madagaskar

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.