Styl 50 plus

Bibliotekarki

Żywia to pedantka, mieszka z kotem, ma samochód. Stara się o pracę w bibliotece publicznej.

 

Wydaje się Wam, że praca w bibliotece jest lekka, łatwa i przyjemna oraz czysta? Że pracują tam osoby kulturalne, życzliwe i kompetentne? Że dyrektorzy bibliotek to fachowcy dbający o biblioteki, czytelników i personel, nie plamiący się mobbingiem? I, że praca w bibliotece polega na czytaniu książek? Ci, którzy zatrudniacie się w bibliotekach – porzućcie wszelką nadzieję! A przedtem przeczytajcie „Bibliotekarki” Teresy Moniki Rudzkiej.


O autorce: nie wiem nic oprócz tego, że mieszka lub mieszkała w Lublinie. Ma profil na Facebooku, ale jej dane są ukryte.


O książce: Po prawie czterdziestu latach pracy w różnych bibliotekach uprzejmie donoszę: prawie wszystko o czym pisze autorka to prawda, a bywa i gorzej. Ale też i lepiej, chociaż rzadko.


Główną bohaterką książki jest Żywia (imię ze „Starej baśni”) Radzińska kobieta po przejściach i polonistyce. Ma za sobą pracę w dziale opracowania w bibliotece uniwersyteckiej, bycie agentką ubezpieczeniową i sekretarką na politechnice. A także pobyt w Anglii gdzie pozostała jej dorosła córka.
Żywia to pedantka, mieszka z kotem, ma samochód. Stara się o pracę w bibliotece publicznej i po paru miesiącach starań otrzymuje ją. Dzięki czemu przed naszymi oczami przewija się korowód postaci – koleżanek i zwierzchników.
Dyrektor pije i poleguje pod biurkiem, jego zastępczyni kradnie kosmetyki z torebek.
Ala – bałaganiarą i zakupoholiczką ze skłonnościami do własnej płci jest. Grażyna zdradza męża, Iza działa na zasadzie „za wszelką cenę ja”, Agata weszła w grupę przestępczą, a Kasia ma dwóch sponsorów, pan Leszek jest obibokiem chronionym przez kumpla dyrektora. I tak dalej. Istne panoptikum.
Jak myślicie na czym polega codzienna praca w bibliotece publicznej? Na klepaniu. Nie, nie po ramieniu lub pośladkach. Klepaniu książek, czyli wyrównywaniu, aby stały równiutko z krawędzią półki. Uwaga: im równiej stoją książki w jakiejś bibliotece tym osoba kierująca placówką jest mniej kreatywna. Albowiem klepanie wywołuje wstrząsy od których zanikają szare komórki odpowiadające za twórcze myślenie. Taką mam teorię. Żywia w pewnym momencie stwierdza: „Nie sądziłam, że tutaj jest zwykła fizyczna harówka”.
Wracając do codzienności, oprócz powyższego mamy kolejne bardzo rozwijające zajęcia jak nieustanne podklejanie kiepsko wydanych książek, obkładanie w folię, wysłuchiwanie opowieści dziwnej treści jakie serwują czytelnicy, znoszenie zachowań przeróżnych świrów oraz zalotów bardzo starszych panów. Za to nie ma czasu na czytanie książek, nawet przejrzenie gazety.
W książce są i zabawne momenty – autorka cytuje skargi czytelników do dyrekcji oraz listy do bibliotekarek. Najlepszy jest list czytelnika-więźnia opowiadającego swój przestępczy życiorys.
Dość irytujący za to jest powtarzający się motyw brudnej ścierki oraz twierdzenie, że wszystkie bibliotekarki są tępe komputerowo.
Biblioteki to nie są świątynie kultury, to zakłady pracy jak każdy inny. I tak jak wszędzie, i tam ryba psuje się od głowy.
Zaletą książki jest różnorodność wypowiedzi kolejnych postaci, umiejętność przekazania ich charakterów i różnych sytuacji. Czyta się ją bez trudności i bólu głowy bo napisana jest wartko i przystępnie.
Teresa Monika Rudzka „Bibliotekarki” Wydawnictwo „Skrzat” Stanisław Porębski, Kraków 2010

Irena Brojek

Autorka mówi o sobie: Jestem na emeryturze od ponad roku, bardzo to lubię. Aktywnie spędzam czas: czytam, chodzę do kina - piszę recenzje, oglądam wystawy, robię collage organizuję wymyślone 28 lat temu przeze mnie dress-party (kobieca impreza). Recenzje - zamieszczam na swoim blogu: http://kotnagalezi1.blox.pl

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.