Kącik Anny
W lustrze widzę okropną twarz jakiejś starawej kobiety – bruzdy wokół ust, worki pod oczami - jakoś tak zapadniętymi pod powiekami. Ale to przecież tylko taka maska, obraz chwilowy! Niewyspanie, zmęczenie, zły dzień, pogoda. W środku przecież jestem całkiem inna i, jak się postaram - zrobię staranny makijaż, założę granatową bluzkę - to wręcz bije blask z całkiem młodych jeszcze oczu. A jeśli się uśmiecham, wyglądam całkiem, całkiem.... Tylko, że ... jakoś tak rzadko mam okazję do uśmiechu, mało rzeczy mnie śmieszy. I właściwie – częściej się martwię niż cieszę. Czym się martwię? Trudno powiedzieć. No, na pewno tym, że moi rodzice się starzeją, że coraz częściej i coraz bardziej potrzebują pomocy. A ja...ja tak rzadko mogę im pomóc, rzadko mogę z nimi być – codzienność pochłania mnie tak bardzo, że dla nich czasu po prostu nie starcza. A oni przecież czasu mają coraz mniej.... Córka.... no tak, to całkiem oddzielny rozdział. Z nią też chciałabym być, pomagać jej, ale i widzieć ją częściej, móc cieszyć się nią i wnuczką. A tymczasem tkwię w beznadziejnej codzienności, pędzącej nie wiadomo dokąd i, co gorsza, nie wiedzieć kiedy! Znów upłynął tydzień! To niemożliwe, przecież dopiero była sobota! Czekam na każdą sobotę, to prawda – żeby już nic nie musieć i mieć przed sobą perspektywę leniwych dwóch dni. No tak, ale po pierwsze, leniwe to one wcale nie są, tyle że trochę inne. A po drugie – przecież, jeżeli przez cały tydzień chcę, żeby on jak najprędzej się skończył, to nie robię nic innego, jak okradam się z własnego życia! To okropne! Przecież to życie ma kres! I chcę tak szybko do niego dobiec? Nieeee!!! Każdym dniem chciałabym się cieszyć! A ja nie umiem. Pozwalam dniom mijać niepostrzeżenie, bezbarwnie... bez sensu. Musze się otrząsnąć, coś z tym zrobić! Co??? Może powinnam odpocząć. Po prostu wyjechać z tego miasta, zatłoczonego, dusznego, gdzie godziny mają tak mało minut, dzień tak mało godzin, ale tydzień – tak wiele dni...Wyjechać gdziekolwiek, nie zabierając ze sobą żadnego kalendarza, ani zegarka...Słuchać ciszy, wąchać powietrze pachnące świeżością, chodzić sobie - ot, tak – po leśnych ścieżkach, wieczorem padać ze zdrowego zmęczenia, a rano budzić się wraz ze świtem. Może kiedyś, choć przez chwilę, pożyję takim życiem – znów odzyskam siły – aby mi się chciało chcieć! Może znów uwierzę, że ta cała gonitwa ma jakiś sens, że ja jeszcze coś potrafię, że zdążę wszystko zrobić na czas. Że to, co robię jest coś warte, że moja praca przynosi prawdziwe efekty, daje komuś radość. Że nie przelewam z pustego w próżne, na dodatek nie otrzymując za to wynagrodzenia, które wystarczałoby może i na teatr, i na kino, operę, na książki, których tak wiele chciałabym przeczytać, i na to, żeby bywać... może i w spotkaniach ze znajomymi dostrzegłabym znów jakiś sens? A wtedy – może uda mi się także uwierzyć, że to, czego kiedyś się nauczyłam, co przecież umiałam (bo przecież umiałam, do licha!), mogę jeszcze na nowo wskrzesić i wykorzystać? Zbudować coś na tym na nowo? A i nauczyć się nowych rzeczy, spróbować? Niektórzy zaczynają nawet później! Może to jeszcze nie czas, żeby schować się do mysiej dziury? Sama przecież jednak tego wszystkiego nie zrobię, nie odkurzę siebie na nowo. A jak tu powiedzieć innym, że to wcale nie dlatego ich unikam, że nie chcę z nimi być, pracować, odpoczywać, ale dlatego, że to ja do niczego się nie nadaję! Że boję się podejmować jakichkolwiek zobowiązań, bo mogę ich nie dotrzymać. Nie zdążę, nie będę umiała, zapomnę... jestem wciąż tak zmęczona i senna. A przecież w nocy, mimo to, nie mogę zasnąć! Ile waleriany można zażyć przed snem! coraz mniej pomaga.... A ile potem kaw trzeba wypić, żeby się obudzić do życia....życia? ale – jakiego życia?
Anna











Dołącz do dyskusji - napisz komentarz
Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.
Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.