Styl 50 plus

Obrazki z wystawy

Obrazki z wystawy Dzieli nas pokolenie dziennikarskie. Kiedy Jan Maziejuk zaczynał swoją życiową przygodę reporterską, ja już od kilku lat dziennikarzem nie byłem. Mylono mnie, zresztą, z innym, bardzo znanym dziennikarzem, też Zdzisławem Stankiewiczem. Urodzony w tym samym roku i tym samym kresowym miasteczku co ja, miał ojca o imieniu Antoni a brat mojego ojca też był Antoni. Tyle ze inny. Do najbardziej zabawnych pomyłek zaliczam tę, kiedy zaproszony na wieczór autorski w świetlicy na Ziemi Słupskiej, stwierdziłem, że nie o mnie chodziło. Gdy tzw. świetliczanka tłumaczyła zebranym pomyłkę, z sali padło: do d... z takim redaktorem!

Obrazki z wystawy

Dzieli nas pokolenie dziennikarskie. Kiedy Jan Maziejuk zaczynał swoją życiową przygodę reporterską, ja już od kilku lat dziennikarzem nie byłem. Mylono mnie, zresztą, z innym, bardzo znanym dziennikarzem, też Zdzisławem Stankiewiczem. Urodzony w tym samym roku i tym samym kresowym miasteczku co ja, miał ojca o imieniu Antoni a brat mojego ojca też był Antoni. Tyle ze inny. Do najbardziej zabawnych pomyłek zaliczam tę, kiedy zaproszony na wieczór autorski w świetlicy na Ziemi Słupskiej, stwierdziłem, że nie o mnie chodziło. Gdy tzw. świetliczanka tłumaczyła zebranym pomyłkę, z sali padło: do d... z takim redaktorem!

Wracają wspomnienia, kiedy w sali Muzeum słupskiego oglądam wystawę Jana Maziejuka Tak to widziałem. Oto fotografia powszechnie dostępnej na ulicach wody sodowej, zwanej gruźliczanką z saturatora. Tak się nazywało urządzenie na dwu rowerowych kołach, podłączone gumową rurą do najbliższego kranu, z dwoma pojemnikami na sok: czerwony i żółty. Mojemu zaś kuzynowi w rodzinnym mieście, dziś białoruskim, pozwolono sprzedawać wodę bez soku, bo sok był z Polski. Tak brzmiące pismo jakie dostał z urzędu. Byłem wtedy urzędnikiem, więc pamiętam rozterki urzędnicze, do jakiego cechu rzemieślniczego zaliczyć takiego "prywaciarza" ostatecznie przypisano ich do cechu... metalowców, bo urządzenie było zbudowane z metalu. Moje wspomnienie towarzyszące tej fotogrfii sięga jeszcze głębiej. Sfotografowano mnie w roku 1945 na ulicy w Warszawie, gdy zbierałem rozsypane deski i kupowałem lody. Ta fotka z lodami nie zachowała się, pozostała inna i przywołane przez Maziejuka wspomnienie.

Albo inne wspomnienie przy zdjęciu rozmowy księdza Jana Giriatowicza. Niedawno pisałem o księdzu Janie Ziei, że przebywał na leczeniu w szpitalu w Słupsku. Odwiedził go wojewoda, Jan Stępień. Dwie anegdoty po szpitalu potem krążyły: jedna, że p. Stępień przyszedł do spowiedzi, a druga, że to pewnie jakiś czerwony ksiądz, skoro go taki dygnitarz odwiedził.

Chodzę więc, niczym Mussorgski od obrazka do obrazka, przywołując z pamięci twarze ludzxi i zdarzenia. Czapliński. Ileż to ja z Czaplińskimi objechałem wsi w ich cygańskiej budzie, zwanej teatrem lalki Tęcza z aparatem fotograficznym jeszcze taką skrzynką, jakie stoją w gablotach? A ten aparat otrzymałem w darze od słynnego wileńskiego fotografika, Jana Bułhaka, z którego wnukiem chodziłem do jednej klasy w 1945 roku.

Kto nie pamięta sławy wyrobów słupskiego Lotonu? Toż po nie ustawiała się kolejka, czasami od północy. Był na osiedlu sklep o nazwie "1001 Drobiazgów" Można taki na wystawie zobaczyć. Sprzedawczyni bardzo dbała o klientów z osiedla, więc kiedy pojawił się ktoś obcy, bez pardonu nakazywała mu ustawić się na końcu kolejki. Nie pomagała groźba wpisania się do książki skarg i zażaleń. Ale nie daj Panie Boże ustawić się po raz drugi! Moja żona nazwała tę panią Zołza. Zdarzyło się, iż syn sąsiadów przybiegł z okrzykiem: u pani Zołzy są szklanki!

Los reportera prasowego skazuje go na dokumentowanie uroczystości. Siedzą przy stołach okrytych suknem, stoją rzędem pod ścianą sztywno równo gotowi do odznaczenia.Więc i na wystawie sporo obrazków, tyle, że niebanalnych.To te, które nie zostały zakwalifikowane do druku i przezornie niewyrzucone. Pamiętam i ja swoje przygody związane z uroczystościami. Wysłano mnie do tzw. przodującego rolnika. Mieliśmy go obfotografować i opisać. Ale miał się zgłosić do komitetu powiatowego. "za co, panie?"- zapytał. Dwadzieścia lat później podobne zdarzenie przypłaciłem wyrzuceniem z pracy. Polecono mi zawiadomić szewca z małego miasteczka, że ma się w następnym dniu zgłosić na uroczystość celem odznaczenia. Oburzony na takie traktowanie człowieka napisałem list do Pierwszego. "Gdyby szło o któregoś z was, toby wam w ząbkach przyniesiono zaproszenie- pisałem- a dla szewca z małego miasteczka to nawet gońca pożałowaliście". Mówiono mi potem, że moja ofiara poszła na marne, bo przyszedł pijany i go wygonili. Mnie też. Na trzeźwo. Ja mu się nie dziwię, bo sam kiedy w totku wylosowałem trójkę to z radości zaprosiłem pół Słupska na wódkę.

Nic się od tamtego czasu nie zmieniło. Jednych wygonią, innych wpuszczą.

Dzięki Ci, panie Janie, że zachowałeś tyle obrazków, aby wywołać wspomnienia u rówieśników, a wnukom pokazać, jak nam się żyło.

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.