Styl 50 plus

Orzechowe latte i Lord Mayor

Londyn zaskakuje różnorodnością i tempem życia. Myślę, że jest to miasto, które można albo pokochać albo znienawidzić. Nie pozostawia obojętnym. Przyleciałam do Londynu w mroźny, listopadowy poranek.

Byłam zaskoczona, że Londyn przywitał mnie tak przyjaźnie i łagodnie. Spodziewałam się zachmurzenia, opadów i wszędobylskiej wilgoci. Bałam się, że miasto mnie przytłoczy i że zgubię się w londyńskim metrze (tak, przyznaję, nie mam orientacji w przestrzeni!). Jednak nic takiego się nie stało i o 9 rano, zmęczona, ale szczęśliwa, znalazłam się w upragnionym miejscu.

Pomyślałam sobie – miasto chce mnie przekupić! Uczynnymi ludźmi, rzetelną informacją(!), słoneczną pogodą oraz zielenią – niedostępną o tej porze roku w Polsce. I nie myliłam się, bo pozytywne wrażenie pozostało – i nie spłynęło wraz z ulewnym deszczem, który obudził mnie następnego ranka.

Mój drugi dzień w Londynie był deszczowy i wietrzny. Obserwując przez okno zaciekłą walkę tych dwóch żywiołów – walczyłam ze swoim lenistwem i zamiłowaniem do ciepła. Wyjść czy nie wyjść – oto jest pytanie? W końcu to był mój „drugi dzień pierwszej wizyty” w Londynie – nie mogłam go spędzić w domu! Szczególnie, że w planach miałam obejrzenie corocznej parady – Lord Mayor’s Show – która maszeruje ulicami Londynu już od 800 lat! W tym roku w pochodzie, miało wziąć udział około 6000 osób – w tym orkiestry wojskowe, organizacje pozarządowe, chińscy akrobaci, przedstawiciele różnych zawodów i społeczności, a wszystko to na przystrojonych platformach, zabytkowych karocach, w rytm gorącej muzyki i śpiewów. W paradzie miał być również obecny akcent polski. Całe wydarzenie zapowiadało się niezwykle interesująco – ale ten deszcz?? Kto o zdrowych zmysłach (nie mam tutaj na myśli turystów – jak wiadomo jest to grupa wytrwała i zdeterminowana) zdecyduje się na obejrzenie kilkugodzinnej parady w strugach wody?

akież był moje zdziwienie, kiedy na miejscu zobaczyłam tysiące ludzi, a co za tym idzie setki parasoli, peleryn i innej maści okryć wierzchnich, które miały (ale tego nie robiły) chronić przed deszczem. Ten malowniczy obraz dopełniały roześmiane twarze, w pełnym przedziale wiekowym – od kilkuletnich dzieci po mocno dojrzałych seniorów, różnej narodowości i płci.

Stałam jak urzeczona i nie mogłam oderwać oczu od tej ferii barw i pozytywnych emocji. Wszędzie udzielał się nastrój dobrej zabawy i beztroski sobotniego popołudnia. Zastanawiałam się jak to możliwe, że pomimo nieprzystępnej pogody, tak wielu londyńczyków postanowiło opuścić swoje domy i spędzić ten dzień w towarzystwie rodzin, sąsiadów, znajomych, a także wśród setki zupełnie nieznanych im osób, na ulicach swojego miasta. A może właśnie dlatego? Aby zatrzymać się na chwilę w pędzie codziennego życia i poczuć się częścią tej wielkiej metropolii, jej ogromnej tradycji i kultury. I pokazać światu, że Londyn potrafi się bawić, niezależnie od kapryśnej fortuny.

Po skończonej paradzie, rozgrzewając się świątecznym, orzechowym latte, z górą bitej śmietany na wierzchu, zastanawiałam się nad słowami mojego profesora ze studiów, który mądrością i oczytaniem wzbudzał wielki szacunek wśród studentów. Na narzekania grupy na nieodpowiednią aurę za oknem (uff, ale gorąco! lub brr! Ale zimno!), zwykł mawiać ze spokojem godnym prawdziwego stoika - „nie ma złej pogody, jest tylko złe ubranie”. Parafrazując to norweskie przysłowie, można pokusić się na stwierdzenie „nie ma złej pogody, jest tylko złe nastawienie”.

Nic dodać, nic ująć.

Wasza oddana korespondentka z Londynu, Paulina Gotfryd

W sieci o paradzie www.lordmayorsshow.org

 

 

 

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.