RPA był to kraj okrutny i piękny
Wtedy – a było to na przełomie lat 1988 i 1989 – kraina była republiką zamieszkałą przez ok. 30 mln obywateli segregowanych na: białych, kolorowych, Azjatów i czarnych. 60 proc. populacji białych stanowili Afrykanerzy zwani Burami i mówiący językiem afrikaans. Wywodzili się od Holendrów, Niemców oraz Hugenotów, którzy przybywali do południowych krańców Afryki już od roku 1652 i przez 300 lat dzierżyli pełną władzę polityczną, decydowali o wynikach wyborów wierząc, że sam Bóg udzielił im pełnego posłannictwa strzeżenia czystości ras. Wielu nie rozstawało się ze strzelbą twierdząc, że wokół roi się od czarnych małp, przed którymi trzeba bronić swoich terenów. A kiedy wybuchała afera z powodu zamordowania "kafra" (jak pogardliwie nazywali Murzyna), tłumaczyli, że tylko małpa ma czarną skórę, dlatego strzelali bez ostrzeżenia. Byli prawdziwą opoką rasistowskiego systemu.
Pozostałe 40 proc. białych stanowili obywatele anglojęzyczni, głównie Brytyjczycy, których imigracja rozpoczęła się 160 lat później wraz z przybyciem do Kapsztadu statku pod banderą Jej Królewskiej Mości. Pomiędzy Burami i Brytyjczykami wystąpiły ostre walki o dominację, co spowodowało, że większość Burów powędrowała w głąb kraju i dalej na wschód. Wielu zginęło w trakcie starć zarówno z Brytyjczykami jak i z broniącymi swych terenów szczepami Matabele i potem Zulu pod przewodnictwem Shaka. W roku 1899 wybuchła wielka Wojna Burska, w czasie której powstały pierwsze obozy koncentracyjne założone przez Brytyjczyków - zginęło w nich 18 tys. Burów i 13 tys. Murzynów. Wojna zakończyła się dopiero w 1902 roku klęską Burów, którzy 8 lat później uzyskali niepodległość. W rękach Brytyjczyków pozostał Kapsztad do dziś zachowujący wybitnie europejski charakter.
Moi gospodarze ostrzegali mnie przy każdym wyjeździe z domu:
- Zadawniona niechęć Brytyjczyków i Afrykanerów jest tak silna, że jeżeli będziesz w towarzystwie pierwszych, nie wymawiaj słowa "Kapsztad", a jeśli w obecności drugich, to nie wymawiaj "Capetown". Poza Kapsztadem należy dostosować się do wizerunku historii Burów, natomiast w Cape Town trzeba przyjąć sposób myślenia Brytyjczyków. Pamiętaj, że jedni i drudzy są jak ogień i woda, a ty nie masz wypisane na czole, że przybyłaś z zewnątrz i nie znasz tutejszych realiów.
Kolorowi zwani Koloredami, powstali ze zmieszania oryginalnych Hotentotów, Buszmenów i holenderskich niewolników z Europejczykami. Uważali się za "dodatek" do białych, ponieważ posiadali domieszkę białej krwi. Wielu z nich mówiło językiem afrikaans. Nie należało im zazdrościć losu, gdyż de facto byli pariasami Czarnego Lądu i zarówno biali jak i czarni gardzili nimi jako powstałymi w wyniku "zmysłowego krzyżowania się" różnych ras. 
Azjaci, głównie Hindusi, mieli o sobie silnie nacjonalistyczne zdanie i tworzyli grupy jeszcze bardziej zamknięte niż Burowie, przy czym tak samo jak kolorowi uważali, że zajmują miejsce pośrednie pomiędzy białymi i czarnymi. Wielu należało do bardzo bogatej społeczności.
Czarni, czyli Afrykanie zwani ogólnie Bantu, tworzyli odrębne grupy posługujące się głównie czterema różnymi językami: bantu, xhosa, zulu, matabele i jednym podrzędnym – resuto. Prawdopodobnie pierwotnymi grupami byli Buszmeni ze szczepu Khoikoi i Khoisan (na tych terenach zastali ich nie tylko Holendrzy, ale i najstarsze znaleziska wokół Kapsztadu wskazują, że byli tam już 113 tys. lat temu) i na równi z Pigmejami zostali objęci troskliwą opieką jako ludy wymierające. W styczniu 1989 w telewizyjnym dzienniku usłyszałam komunikat, że właśnie umarł ostatni członek buszmeńskiej rodziny od wielu lat żyjący na farmie jakiegoś-tam-myster-Bura i prawdopodobnie na terenie RPA nie było już przedstawicieli tego unikalnego ludu, występującego jeszcze tylko w Namibii…
Dodać należy, że wtedy wielu Afrykanów żyło w bantustanach realizujących politykę apartheidu. W ucieczce od egzystencji na pograniczu śmierci, emigrowali w kierunku miast oraz osiedli białych - około 30 proc. z nich pracowało w kopalniach, drugie tyle na farmach, gdzie jeszcze w trakcie mojego pobytu można było spotkać Murzyna, który zamiast imienia miał numer i nazywał się np. Osiemnasty De Veer, przy czym nazwisko oznaczało właściciela farmy, na której żył ów Osiemnasty...
Prawie jak w Alcatraz
W swoich notatkach z tamtych czasów znajduję:
…właśnie zapalały się miejskie światła, ponad którymi ostatnie promienie zachodzącego słońca muskały ciemniejące niebo. W dali, poza portowymi basenami, na czarnych wodach Oceanu Atlantyckiego błyszczała jasnymi punkcikami niewielka, krągła wysepka, której nie znajdowałam na żadnej mapie, ani w żadnym folderze czy przewodniku.
– To jest Robben Island, odpowiednik amerykańskiego Alcatraz – objaśnił Tosiek. – Nazwę nadali Holendrzy z powodu kolonii fok zasiedlających wybrzeże wyspy. "Robben" w języku holenderskim znaczy "foka". W 1658 roku wybudowano tam więzienie istniejące do dzisiaj. Z niego nie ma ucieczki, mimo że od brzegu wyspę dzieli zaledwie 11 km, co dla dobrego i zdeterminowanego pływaka nie znaczy wiele. Wody są jednak lodowate i uważnie patrolowane przez rekiny ludojady. No i jeszcze przez helikoptery – dodał, wskazując stalową ważkę wznoszącą się z nadbrzeża portowego basenu Victoria. Maszyna, po osiągnięciu niewysokiego pułapu, wykonała okrążenie i skierowała się ponad pas wód oddzielających wyspę od lądu.
Turystyczne foldery informują: "(...) jedną z oczywistych zmian dzisiejszego portowego serwisu jest wprowadzenie helikopterów, dzięki którym wiele tankowców obsługiwanych jest przez port bez potrzeby zatrzymywania się. Na pokłady zakotwiczonych statków zrzucana jest poczta, zapasy żywności i lekarstwa (…)".
O pobliskiej wysepce ani o patrolowaniu jej obrzeży foldery nie wspominają. A tankowców jak dotąd nie odnotowałam.
Embargo
Kilka dni później, gdy z płyty widokowej na Górze Stołowej oglądaliśmy panoramę miasta, naszą uwagę przykuł śnieżnobiały transatlantyk pasażerski przygotowujący się do opuszczenia portu. Widok dla wszystkich był zaskakujący tym bardziej, że nałożone na RPA embargo uczyniło port martwym z nieruchomo zastygłymi ramionami nieczynnych żurawi i pustymi torami żelaznej kolei na nadbrzeżu. Tylko tłuste foki wylegiwały się na wielkich cumowniczych oponach podwiązanych do brzegu. A tu nagle taki statek!
Transatlantyk kierował się na pełne morze, wbijał dziób w gęstą mgłę, a my spoglądaliśmy na powoli znikającą białą rufę. Rozmowy były skąpe, dotyczyły właściwie tylko jednego tematu, a mianowicie światowych restrykcji gospodarczych nałożonych na Południową Afrykę. Zwolennicy bojkotu twierdzili, że to jedyny sposób zmuszenia Rządu do likwidacji apartheidu, natomiast przeciwnicy wskazywali na sytuację w krajach ościennych, które już wyzwoliły się spod panowania białych.
– Tylko dzięki apartheidowi kraj zawdzięcza ‘the best standard of life’, czyli najwyższą stopę życiową na afrykańskim kontynencie – dowodzili. – Być może stosowane metody nie są najlepsze, ale bez nich wszystko runęłoby w gruzach jak w wyzwolonych krajach ościennych, w których czarni już doszczętnie zrujnowali całą gospodarkę i znowu jak za czasów człowieka pierwotnego żywią się korzonkami roślin oraz pędrakami wygrzebanymi wprost z ziemi. Ich chłopi oganiają się od lwów i much tse-tse, a dzieci palcem wypisują litery alfabetu na piasku. Te kraje nie tylko biednieją, ale i głupieją uważając, że skoro są panami czarnego kontynentu, to nie muszą uczyć się wcale. Na rzecz Afryki mają pracować biali. Nasze kafry wykazują identyczną filozofię, dlatego apartheid nie może zginąć!
Nie dyskutowałam, gdyż od razu raczono mnie pogardliwym parsknięciem: "Ach, ten wasz europejski liberalizm!". Spoglądałam tylko na Wyspę Robben, gdzie od ćwierć wieku więziono Nelsona Mandelę, przywódcę i nadzieję na lepsze jutro całej czarnej społeczności.
Apartheid do lamusa
Z powodu szczelnej cenzury przeciętni obywatele nieświadomi byli prawdziwych wydarzeń. W roku 1986 Botha oskarżył czarnych o podpalanie ludzi i ogłosił stan wyjątkowy. Zakazał też nie tylko filmowania pracy policjantów, ale również mówienia o niej. Wprowadził ostrą cenzurę, by nikt na świecie i w kraju nie otrzymywał żadnych wiadomości na temat tego, co działo się w dzielnicach czarnych. Na wieść o niepokojach, lekceważąco machano ręką:
– Nelson Mandela? – pogardliwie wydymano wargi. – Owszem, jest taki, ale to zwykły rozrabiacz, z którego zrobiono bohatera. Ot, narzędzie manipulacyjne zarówno Rosjan jak i Amerykanów wtrącających się w nie swoje sprawy.
Tak mówili biali, a świat bojkotował coraz ostrzejszymi sankcjami ekonomicznymi, które powoli odnosiły pozytywny skutek - najlepszy dowód, że pod koniec roku 1988 zniesiono zakaz wstępu czarnych do miejsc przeznaczonych dotąd wyłącznie dla białych. Ja tego jeszcze nie odczuwałam, gdyż niełatwo jest człowiekowi zniewolonemu poczuć się nagle wolnym. Nadal plaże dotąd zarezerwowane dla białych, odwiedzali wyłącznie biali, a do białych dzielnic wchodzili wyłącznie czarni będący w służbie komunalnej lub jako pomoc domowa (jednak już się nie mówiło "służąca").
O samym Nelsonie także niewiele wiedziano, w każdym razie zdania były podzielone i zazwyczaj sprzeczne. Twierdzono np., że w najbogatszej dzielnicy Kapsztadu zamieszkałej przez śmietankę miejscowej finansjery, stoi dom Mandelów posiadający standard, na który nie stać wielu białych i na którego widok "oko by mi zbielało". Inni twierdzili, że podobno przewieziono go na ląd do więzienia im. B.J. Vorster’a.
– Mandela jest przecież skazany na dożywocie!
– Ale Rząd powoli ustępuje i podobno Mandela ma areszt domowy, czyli faktycznie przydzielono mu gdzieś w mieście dom, którego nie wolno mu opuszczać.
– Brednie! Biali obywatele nie zgodziliby się na to!
Tymczasem de Klerk rozmawiał z czarnymi…
Rok później, dnia 11 lutego 1990 stałam przed telewizorem w swoim domu na północnej półkuli i obserwowałam transmisję z wyjścia Nelsona Mandeli na wolność, a łzy wzruszenia spływały mi po policzkach…
Grażyna Kosma www.wiadomosci24.pl
[przedruk za zgoda autorki]











Dołącz do dyskusji - napisz komentarz
Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.
Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.