Styl 50 plus

Smak tortu orzechowego

Dzięki niezawodnej organizatorce Izie, której po raz kolejny udało się kupić tanie bilety, idziemy na balet Piotra Czajkowskiego „Dziadek do orzechów”, do Opery Narodowej.

Jak zawsze tłumy w Teatrze Wielkim, nie ma pustych miejsc. Wielu cudzoziemców i małych dzieci z mamami, tatusiami, babciami. Piękne kreacje kobiet, mężczyźni w garniturach jest po prostu bardzo elegancko. Nasza kobieca grupa siedzi razem i zajmujemy prawie dwa rzędy. Lubimy te nasze wyjścia. Jak to dobrze mieć 50 lat i więcej! Dzieci odchowane, mąż ma swoje „zajęcia” telewizyjne, a ja...WOLNA i szczęśliwa jak skowronek o poranku. Świetnie czujemy się razem więc mimo rozlicznych obowiązków zawodowych i rodzinnych oraz napiętych kalendarzy staramy się znaleźć też czas, żeby się spotkać. A tak swoją drogą bardzo polecam „Dziadka do orzechów”, warto zobaczyć, cudowne wrażenia !

Jesteśmy wszystkie, cała nasza paczka, no...prawie wszystkie, brakuje Ewy i Gosi. W przerwie oczywiście wymieniamy informacje, rozmawiamy, plotkujemy. A co słychać u Ewy? Zacieśniamy krąg wokół Bożeny, która ma stały kontakt z Ewą. „Nie wiem czy miałabym tyle odwagi co Ewa”, zaczyna Bożena. Na marginesie krótko dodam, że Ewa skończyła prestiżowe studia z bardzo dobry wynikiem. Już, już miała podjąć ciekawą pracę kiedy, jak „piorun z nieba” trafiła ją strzała Amora. Wszystkie wpatrzone byłyśmy w Andrzeja, przystojny, miły, bardzo uczynny i przyjacielski. Zresztą co tu dużo mówić, Ewa też była śliczną kobietą. Razem wyglądali cudownie. Niektóre z nas trochę Ewie zazdrościły. Andrzej, mężczyzna bardzo zdolny i ambitny, pracował jak szalony by niczego Ewie i dzieciom nie brakowało. A Ewa? No cóż, zajmowała się domem, dziećmi...jak większość z nas w tym czasie, z tym, że ona nie musiała pracować, zresztą ambicją Andrzeja było, by „jego” kobieta nie pracowała. Miała pieniądze, które dawał jej mąż i chyba nie do końca zdawała sobie sprawę jak trudno jest je zarobić. Ewa nie myślała już nawet o podjęciu pracy zajęta na „cały etat” domem i dziećmi, po prostu nie miała czasu myśleć o sobie. Była wspaniała panią domu, robiła przepyszne wielodaniowe obiady, które jej rodzina chwaliła, piekła torty orzechowe o których mówiono, że nie ma lepszych nawet u Bliklego. Andrzej pracował, pracował coraz więcej, częściej też wyjeżdżał na rozliczne szkolenia, konferencje, warsztaty, imprezy integracyjne. Podnosił swoje kwalifikacje, robił karierę w bankowości, stawał się kimś. Jego dzieci niepostrzeżenie dla niego rosły i w końcu stały się dorosłe (20 i 17). Była szczęśliwa, pozytywnie patrzyła w przyszłość: może wnuki w niedługim czasie? Życie jednak przyniosło Ewie bolesną niespodziankę i wywróciło się do góry nogami. Andrzej zmienił się, miał odpowiedzialne i dobrze płatne stanowisko, obracał się w bardzo prestiżowym środowisku, zapraszany na salony. Przeżywał kryzys „wieku średniego”, który zaowocował płomiennym romansem z „młodszym modelem” (przepraszam, młodszą modelką). I tak któregoś ranka Ewa obudziła się mając 50 lat bez męża i środków do życia. Aha, wspaniałomyślnie zostawił jej małą, 40 metrową, kawalerkę. „Powinnaś sobie znaleźć pracę”, rzucił jej czule na odchodne. Chyba wszystkie wiemy co to znaczy szukać pracy w tym wieku, zwłaszcza jeśli ma się nieaktualne kwalifikacje i brakuje wymaganego przez pracodawcę doświadczenia. Szybko więc okazało się, ze dawno ukończone prestiżowe studia nie dają Ewie szansy na znalezienie pracy. Ewa schowała dyplom do szuflady i zaczęła pracować w pobliskim sklepie spożywczym, znanej międzynarodowej sieci. To była ciężka, niskopłatna praca, innej przez kilka lat Ewa nawet nie szukała przekonana, ze jej nie znajdzie. Pracowała wytrwale, łącząc obowiązki pracownika i matki-Polki. Pewnego jesiennego dnia 2008 roku Ewa dostała od swojego pracodawcy propozycję pracy w sklepie sieci w Wielkiej Brytanii. Od tego czasu nasze kontakty się urwały. „I co, i co?” , dopytywałyśmy się. „Nie wiem czy miałabym tyle odwagi co Ewa”, powtórzyła Bożena. „Ja chyba bym się nie zdecydowała”, wtórowała Krystyna, która ewidentnie wiedziała więcej. To nie była dla niej łatwa decyzja, ale zdecydowała się wyjechać na okres próbny na 3 miesięcy, była ciągle przybita sytuacją rodzinną i potrzebowała pieniędzy. Ewa nie znała dobrze języka, była po 50, właściwie nigdy nie była zagranicą (nie licząc wczasów w Bułgarii).

Pojechała do UK i jest tam do dziś. „Pracuje, mieszka w pokoju z 4 osobami, coraz lepiej czuje się w przyjaznym środowisku. W tym roku pojechała z synem na wakacje do Grecji”, kontynuowała Bożena, „I wiecie co? Zaczyna jej się dobrze układać.” Wszystkie odetchnęłyśmy z ulgą. A mnie naszła refleksja, że każda z nas może pokonać wszelakie trudności i przeciwieństwa jeśli nie zwątpi w siebie. Wiek nie jest przeszkodą, mało tego okazuje się ze w innych krajach czasami jest atutem, a pracownicy po 50 są poszukiwani. Jestem przekonana, że Ewa podobnie jak większość Polek pracujących zagranicą będzie radziła sobie coraz lepiej. Mam wiele koleżanek po 50, które wyjechały w poszukiwaniu lepszych zarobków, pracy, czasem nowej miłości i szczęścia. Historia każdej z nich jest inna, ale dla wszystkich decyzja pozostawienia w kraju domu rodzinnego i najbliższych była bardzo trudna, każda z nich bezgranicznie tęskni za Polską. Radzą sobie, nikt nie pyta ich o wiek, są cenionymi pracownikami, o wielu talentach i umiejętnościach. Choćby przypadek Sylwii, zarabiającej kilka razy poniżej średniej krajowej, nauczycielki ze szkoły podstawowej. To właśnie umiejętność zrobienia faworków, szycia kostiumów na zabawę przebierańców dla dzieci dały jej możliwość założenia firmy w Stanach. A lepienie pierogów i kiszenie ogórków stało się jej największym atutem.

Dzięki e-mailom i skype’owi wiem, co dzieje się u moich koleżanek mieszkających w różnych zakątkach świata. Rozmawiając z nimi zawsze zastanawiam się, czy byłabym tak odważna, żeby wyjechać zagranicę, mieszkać i pracować? To bardzo trudna decyzja wymagająca wiary w siebie, z jednej strony, i desperacji z drugiej. Kiedyś mówiono, że starych drzew się nie przesadza. Ale czy dziś ta maksyma ma pokrycie? Jeśli nie da się starego drzewa przenieść, to zapewne ma ono już co najmniej 150 lat. Czasy się zmieniają i 50 lat to nie starość, a więc dajmy się „przesadzać”, nie bójmy się nowych wyzwań! Dziś wybieram się na film, piszą, że ciekawy i z kręgu kultury, którą się bardzo interesuję. Jak to dobrze, że mogę rozwijać swoje zainteresowania.......jestem wolna w swoich wyborach.

Hanna 50+

 

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.