Styl 50 plus

Wiejskie życie po angielsku

Dostałam od Nich duży kredyt zaufania, który z wdzięcznością spłacam do dzisiaj.

Anglia jaką widzę (4). Wollaston, to nazwa wsi o której z powodzeniem mogę powiedzieć „moja wieś”. Minęło 5 lat, 8 miesięcy i 5 dni od chwili, kiedy Ktoś przeniósł mnie przez próg swojego domu i powiedział : „ Teraz jesteś dziewczyną ze wsi”. Wtedy jeszcze nie wiedziałam co to znaczy, ale „powolutku, na paluszkach” zaczęłam zapoznawać się z nowym miejscem i uczyć się, jak być dziewczyną z angielskiej wsi. Przyszło mi, to z łatwością nie tylko dlatego, że tak postanowiłam, ale przede wszystkim dzięki ludziom, których tutaj spotkałam, którzy po krótkim czasie stali mi się bliscy. Ich przyjaźń, otwartość na przybysza, jakim byłam i traktowanie mnie jak „swojej” szybko zdjęły ze mnie szyld ”obca we wsi”. Dostałam od Nich duży kredyt zaufania, który z wdzięcznością spłacam do dzisiaj. Prawdopodobnie nigdy nie zasłużę na miano „dziewczyna z Wollaston”, bo trzeba tu mieszkać 30, 50 lat, a najlepiej urodzić się i znać wszystkie wollastońskie rody z dziada, pradziada. Niemniej wrosłam w to środowisko, a pracownicy naszej poczty doskonale wiedzą, gdzie mieszka jedyna Polka wśród prawie 4000-ro tysięcznej wollastońskiej społeczności. Przekonuję się o tym za każdym razem, kiedy moja przyjaciółka adresując list zapomni napisać na kopercie numer mojego domu, a ja i tak dostaję przesyłkę - to miłe.


Wollaston jest dość dużą wsią we wschodniopółnocnej Anglii. Położona pięknie wśród ciągle zielonych łąk na których przez cały rok wypasają się owce. Łąki przeplatją uprawne pola, głównie ze zbożem w śród których przeważa rzepak. Tak, więc na wiosnę okolica wygląda jak żółtózielona kratka, która intensywnością kolorów zadziwia mnie każdego roku. Pierwsze wzmianki o tej osadzie datują się na lata 700 naszej ery, to kawał czasu temu! Najstarsze, ciągle zachowane miejsce w samym centrum starej części wsi pochodzi z 12-go wieku, to Beacon Hill – „wzgórze latarnia”, na którym rozpalano ognisko w razie napaści nieprzyjaciela lub innego zagrożenia typu „zaraza we wsi”. Takie „latarnie” były w każdej osadzie i służyły porozumiewaniu się miedzy sąsiadującymi wioskami, rozrzuconymi po terenie mniej więce co 3 kilometry. Dziasiaj nasza „latarnia” nie służy ludziom jak dawniej, ale wspinamy się na wzgórze, żeby „zaliczyć” to miejsce i popatrzeć z wysokości na wieś i okolicę. Chociaż stron świata jest cztery, to do Wollaston można wjechać z 6-ciu różnych kierunków, to świadczy, że miejsce zawsze żyło intensywnie, żyje i chyba jeszcze długo tak będzie. Zacznę od głównego wjazdu, głównego dla mnie, bo prawdę mówiąc wszystkie są sobie równe. Tuż za kratką pól zaczyna się wieś, a informuje nas o tym szewc umieszczony w herbie wioski. Drewniany znak z wizerunkiem szefca od wieków robiącego buty, mówi nam, że tym właśnie zasłynęła wioska na całą okolicę i w szerokim świecie, ale o tym za chwilę. Produkcja butów i hodowla owiec były podstawowymi zajęciami na tych terenach, nie tylko w Wollaston. W każdej okolicznej wiosce były mniejsze i większe fabryki butów. Bardzo często ludzie mieli warsztaty w domach i tam realizowali zamówienia fabrykanta. W takim domu mieszkam, a w pomieszczeniu gdzie był warsztat mamy łazienkę, pewnie trochę bardziej przytulną niż on, ale równie zimną, to kolejna cecha Anglii – zimne domy. Tylko emeryci mieszkają ciepło, bo mają dotacje na ogrzewanie, które jest drogie. Reszta dogrzewa się kominkami, będącymi w każdym domu, ciepłymi skarpetami i gorącym kubkiem herbaty.


Wracając do naszej wsi, to w obecnych czasach wszystko się zmieniło, ludzie jeżdżą pracować do miasta, we wsi zostało 6-ciu farmerów, niektórzy z Nich dzierżawią ziemię od ... Królowej. Proszę, jak blisko stąd do pałacowych progów, no bo przecież nie do komnat! Mamy dwie fabryki butów, kilka małych warsztatów pracy, dwa sklepy w tym jeden „u hindusa czyli czynny zawsze”, 3 zakłady fryzjerskie, zakład fotograficzny, 5!!! pub’ów, restauracja chińska z jedzeniem na wynos, oczywiście smażalnia ryb, bo musi być w każdej najmniejszej osadzie, tak jak pub-zresztą. Mieszkańcy ubolewją, że nie mamy hinduskiej restauracji i trzeba korzystać z sąsiednich wiosek, ale coś się szykuje w, niedziałającym od kilku lat pub’ie, ludzie mówią, że będzie hidnuska restauracja – zobaczymy. W każdym angielskim domu są ulotki z restauracji „Take away” – „na wynos”. Jest, to tutejszy sposób na gotowanie. Gdy za późno wrócisz z pracy, albo zasiedzisz się w pub’ie, czy najzwyczajniej nie chce Ci się pitrasić, to dzownisz do ulubionego Chińczyka, czy Hindusa i za pół godziny masz na stole parujący, aromatycznie pachnący i smakujący wyśmienicie posiłek. Wcale mnie, to nie dziwi, że Anglicy generalnie nie umieją, nie lubią i nie bardzo garną się do gotowania, szczególnie młodsze pokolenia (tak poniżej siedemdziesiątki, hi,hi). Znane są nam wszystkim doskonałe programy telewizyjne, gdzie popularni kucharze, jak Jamie Oliver uczą gotowania i czerpania przyjemności z tej czynności, jednak Anglik uparcie sięga po telefon i zamawia swoją kolację do domu, jedzie do restauracji, lub gotuje coś z półproduktów zakupionych w Tesco. Dla wszystkich najtrudniejszy jest tydzień między Bożym Narodzeniem, a Nowym Rokiem, kiedy większość „Take away” jest zamkniętych i wtedy trzeba zjadać co zostało ze świąt, czyli pieczonego indyka. I tu Anglicy wykazują się ogromną pomysłowością. Tradycyjna angielska kuchnia jest pyszna – uwierzcie mi. Ma stare, dobre przepisy na każdą okazję, a oszczędność w „domu i zagrodzie” nie była obca Anglikom z tamtych czasów, czego nie można powiedzieć o współczesnych.


Wracając do naszej wsi, to mamy tu jeszcze cztery kościoły, wszystkie chrześcijańskie, ale każdy z innej tradycji, bibliotekę, muzeum wollastońskie, klub kriketa i drużynę w nim oczywiście, kółko teatralne, no i dwie szkoły na poziomie podstawowym. W Anglii dzieciaki są objęte obowiązkiem szkolnym od 4-go do 15-go ro życia. Na tym kończy się podstawowa edukacja i niestety dla wielu w ogóle edukacja. Dzieci i młodzież noszą mundurki, taki jest obowiazek, każda szkoła ma inne umundurowanie. Co roku w sierpniu rodzice narzekają na wysokie koszty związane z ubraniem dzieci do szkoły. Wszystkie lekcje zaczynają sie o 9-tej rano, a kończą o 15-stej. W tych godzinach lepiej nie poruszać się samochodem po wsi. Na ulicach jest wzmożony ruch, rodzice przyjeżdżają po swoje pociechy i wszędzie pełno dzieciaków rozbrykanych z powodu odzyskanej wolności, wędrujących nie koniecznie po miejscach przeznaczonych dla pieszych.
Oto wieś agnielska, wymieniłam wszystko o czym wiem i to co mogłam odnaleźć włócząc się po wsi „nogami, butami”, a dokładniej opowiem o tym następnym razem. CDN


Grażyna Białous (korespondencja z Wielkiej Brytanii)
Wollaston
12.11.10

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.