Styl 50 plus

Wywiad z Alicją Gawlikowską

„Życie składa się z różnych okoliczności, szczęśliwych i nieszczęśliwych.

Należy pamiętać o tych szczęśliwych, bo to zawsze dodaje człowiekowi energii, siły i chęci do życia. Trzeba wierzyć w szczęście i optymistycznie podchodzić do wszystkiego, co nas spotyka". A.G.

 

 

 

Pani Alicja jest kobietą, która zaraża entuzjazmem i pozytywnym nastawieniem do świata. Uśmiechnięta, energiczna, pomimo swoich 86 lat w ciągłym ruchu. Jeden dzień w tygodniu Pani Alicja poświęca na pracę zawodową, pozostałe dni zajmuje Jej „aktywna” emerytura. Nasze spotkanie rozpoczęło się w pochmurny, listopadowy poranek, który zamienił się w słoneczne i niezapomniane popołudnie.

Ciekawość świata, optymizm, ciepło, miłość do ludzi - skondensowane w jednej wspaniałej postaci. Pani Alicja to również wojowniczka, z dużym pokładem pokory wobec tego, co przynosi Jej życie.

Strata rodziców, wojna, obóz, śmierć córki – za dużo jak na jeden los i jedną historię. Nie będzie to jednak rozmowa o cierpieniu, stracie, przemijaniu. Poznają Państwo dowody na ludzką solidarność i miłość. Zapraszam na lekcję życia według Pani Alicji Gawlikowskiej.

Fundacja „JA KOBIETA” (FJK): – Jak Pani wspomina swoje dzieciństwo, swój dom rodzinny?

Pani Alicja Gawlikowska (A.G.) Bardzo dobrze wspominam, ale tylko swoje najwcześniejsze lata, bo bardzo wcześnie rodziców straciłam. Później już trudno mówić o domu rodzinnym. Kiedy miałam 12 lat, zmarła moja mama, a to jest okres jeszcze bardzo dziecięcy. Ojca rzadko widywałam, bo stale był w rozjazdach. Pracował na państwowej posadzie, równocześnie bardzo dużo udzielał się społecznie, także w domu go nie było. Od śmierci mamy byłam właściwie sama. Miałam tylko nianię, która była u nas w domu od mojego wczesnego dzieciństwa. Miałam chyba 4 lata, kiedy do nas przyszła. Ona właściwie prowadziła ten dom. Potem zmarł ojciec, ja miałam wtedy 16 lat. To było rok przed wojną.

FJK: A gdzie się Pani urodziła?

A.G.: W Warszawie, w Alei Szucha. Tam było moje pierwsze mieszkanie. Po śmierci ojca miałam jeszcze rok do matury, mieszkałam tylko z nianią. (…) Przygotowałam się do matury i zdałam egzamin w 1939 roku, tuż przed samą wojną. Oczywiście pamiętam te czasy świetnie, tym bardziej, że był to dla mnie okres przełomowy – miałam iść na studia. Ale wtedy nie myślałam o medycynie. Tuż przed działaniami wojennymi złożyłam papiery do Wyższej Szkoły Dziennikarskiej. Byłam niezłą polonistką i tak sobie wtedy wymarzyłam. I kto wie, może tak też byłoby dobrze? Ale oczywiście te wszystkie moje plany upadły, bo wybuchła wojna. (…) Od grudnia 1939 zaczęłam pracę w konspiracji.

FJK: Czy myślała Pani wtedy, czym to grozi?

A.G.: Zupełnie nie. Przyjęłam to z wielkim entuzjazmem. Chodziłam wcześniej do gimnazjum i liceum im. Królowej Jadwigi, najlepszej wówczas szkoły w Warszawie. To była państwowa szkoła, ale niezwykłej jakości. Nasza dyrektorka była wielką miłośniczką Piłsudskiego i byłyśmy wychowywane w duchu patriotyzmu. To było bardzo naturalne, nikt nam niczego do głowy nie wkładał na siłę. Dla nas było naturalne, że trzeba bronić ojczyzny. Człowiek tak po prostu myślał, nikt tego nam nie narzucał, to wychodziło samo z siebie. (…)

Jednym z naszych lokali był taki na Mokotowskiej przy rogu Hożej. Miałyśmy tam niby-komis. Była z nami starsza pani – ona miała pewnie ze 40 lat, ale dla nas to była już starsza osoba – i ona ten komis prowadziła. Stało tam pianino. A jedna z naszych koleżanek chodziła do konserwatorium muzycznego przed wojną i pięknie grała na tym pianinie. Mówię teraz o momencie, kiedy nas aresztowali. Byłyśmy wtedy we trzy w tym lokalu – ja, ta moja przyjaciółka i koleżanka grająca. Tego dnia, jak wchodziłam, to pomyślałam sobie: „No jak tyle czasu nic złego się nie zdarzyło, to już chyba się nie zdarzy.” A to był rok 1941, więc jeszcze mnóstwo lat tej wojny, ale nikt nie myślał, że to może trwać jeszcze tyle czasu. (…)

Myśmy zajmowały duży pokój od frontu, a od kuchni ludowcy mieli swój lokal. Dwie organizacje w jednym lokalu, to był błąd straszny. U ludowców była broń, były różne biuletyny, cała drukarnia. I Niemcy przyszli do nich, bo mieli namiar konkretnie na nich, nie na nas. To nas zresztą chyba uratowało. Po dokumentach, które znaleźli u nas w lokalu, można się było przy odrobinie orientacji zorientować, że to jest wywiad. Ale później w więzieniu porozumiałyśmy się z ludowcami i ich szefowa powiedziała: „Wy zwalajcie wszystko na nas, bo na nas i tak był donos.” Także myśmy się wyłgały z tych dokumentów, które u nas leżały i już były przygotowane do wyniesienia. Przy nas wtedy właściwie nic nie znaleźli. (…)

@page_break@

FJK: Z tego aresztowania na Mokotowskiej wywieziono Panią do obozu?

A.G.: Tak. Pół roku byłyśmy na Pawiaku, dwa razy brali nas do Gestapo na przesłuchanie. Ja wyglądałam szalenie młodo, jak dziewczynka, i udawałam tam „pierwszą naiwną”. Mówiłam, że ja przyszłam tam do koleżanki, która mnie uczyła grać na pianinie, że to przez przypadek…Takie „dyrdymały” opowiadałam. I nie doznałam szczególnych represji. (…) Po pół roku, we wrześniu, wywieźli nas w bardzo dużym transporcie. To był szczególny transport, bo składał się z osób z wyrokami, głównie z wyrokami śmierci albo izolacji. (…)

FJK: Jakie było Pani pierwsze wrażenie po przyjeździe do obozu?

A.G.: My dostałyśmy się do Ravensbrück, kiedy był to jeszcze nieduży obóz. Obóz ten powstał na rok przed wojną dla Niemek, dla opozycjonistów Hitlera. To nie wyglądało tak, jak w Oświęcimiu, że stały gołe baraki. W barakach były prycze, owszem, ale takie z siennikami i pościelą. Pod ścianami stały szafki, każda dostała jakieś sztućce i miskę – wszystko to było. (…) Najtrudniejszy był ten reżim, gorszy, niż w wojsku. Przychodziły dozorczynie i się wyżywały za to na przykład, że łóżko źle pościelone. Codziennie było szorowanie szafek, drewnianych podłóg, wielogodzinne apele niezależnie od temperatury na dworze – po prostu szykany, na co dzień. (…)

FJK: Co dla Pani było najbardziej pozytywne w życiu obozowym?

A.G.: Było wiele takich rzeczy. Przede wszystkim pozytywne było to, że cała młodzież, która przyjechała do obozu bez skończonej szkoły podstawowej, gimnazjum czy liceum, chciała się uczyć. Były tam panie nauczycielki z wykształceniem humanistycznym, historycznym, które pałały chęcią pracy i postanowiły stworzyć szkołę. Oczywiście nie była to szkoła z ławkami i tablicą. Te dziewczyny przecież jeździły do pracy, kiedy więc miały czas na naukę? Na apelach. Apel trwał dwie, trzy godziny – to już jest trochę czasu. One stawały wtedy blisko siebie i zamiast myśleć o tym, że im zimno i nie mogą wystać, słuchały wykładów i się uczyły. (…) Następnym pozytywem było to, że Polki były wyjątkowo solidarne wobec siebie.

FJK: Ile czasu zajął Pani powrót do Polski?

A.G.: Szłam pieszo przez 21 dni. (…)Ta droga była fatalna, przede wszystkim z powodu Rosjan. Oni kradli, rabowali, napastowali. Esesman potrafił zabić, ale w codziennym zetknięciu nie było mowy o takich rzeczach, jakich dopuszczali się Rosjanie. Ja się znacznie bardziej bałam Rosjan, niż wcześniej Niemców, daję słowo. To było wieczne krycie się – szłyśmy cały czas pieszo, nocą spałyśmy po stodołach. Praktycznie do obecnej granicy Polski byłyśmy same, same kobiety. Potem dołączyli do nas trzej byli więźniowie, już było trochę lepiej. (…)

FJK: Wiemy, że Pani jest bardzo aktywną osobą. Gdzie Pani działa?

A.G.: Pracuję jeszcze w zawodzie, mam dyżur raz w tygodniu w przychodni. Poza tym pracuję w komisjach kwalifikujących w Polsko-Niemieckim Pojednaniu. Początkowo miałam pracować raz w tygodniu, teraz dwa razy. Rozpatrujemy te wszystkie wnioski. Jestem również przewodniczącą Klubu Ravensbryczanek – raz w tygodniu mam zarząd, raz w miesiącu walne zebranie. Mówię po niemiecku, prowadzę korespondencję w tym języku. Mam naprawdę dużo zajęć. (…)

FJK: Jaki wpływ na Pani późniejsze życie miały wojenne i obozowe doświadczenia?

A.G.: Myślę, że dały siłę, uświadomiły, że można sobie dać radę w każdych, nawet najgorszych okolicznościach. (…) Jest w człowieku takie poczucie, że jak przeżył coś takiego, to już nie ma dla niego trudnych rzeczy. Obóz nauczył mnie poza tym dużej wyrozumiałości dla ludzi, tolerancji wobec ludzkich słabości, odchyleń, dziwactw. Myślę, że dzięki temu łatwiej mi było pracować z moimi pacjentami. Wiem, że trzeba słuchać ludzi. (…)

FJK: A czym jest dla Pani patriotyzm?

A.G.: Ja jestem wychowana na narodowych wartościach i patriotyzm jest dla mnie czymś bardzo osobistym i głębokim. (…) To jest coś takiego, co pozwala mieć pewność, że dla ojczyzny w potrzebie oddałoby się wszystko. (…)

FJK: Co Pani sądzi o ludziach młodych, szczególnie o ich stosunku do osób starszych?

A.G.: Jestem szalenie tolerancyjna. Świetnie się czuję w towarzystwie młodych ludzi. Najlepiej się z nimi rozumiem i dogaduję. Bardzo lubię młodych ludzi. (…) Bardzo ważny jest stosunek rodziców do tych spraw i w ogóle do życia, nie taki komercyjny. Jakieś wartości trzeba przecież mieć, trzeba coś cenić, kochać, żeby życie nie było ubogie. Pieniądz jest bardzo ważny, ale jeśli nie ma nic poza tym, życie staje się smutne i bezbarwne.

FJK: Bardzo celna puenta. Dziękujemy Pani za rozmowę.

 

Wywiad został przeprowadzony w listopadzie 2007 r.

Wstęp: Paulina Gotfryd, Koordynator Projektu „Odzyskać z niepamięci”

Rozmawiały: Paulina Gotfryd oraz Aleksandra Sławińska, studentka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.
Zdjęcie: pochodzi z archiwum prywatnego Pani Alicji

Redakcja i transkrypcja: Aleksandra Sławińska

 

Wywiad jest częścią publikacji "Odzyskać z niepamięci" - osoby zainteresowane tematyką prosimy o kontakt z Fundacją na Rzecz Kobiet JA KOBIETA, tel: 694 451 604

 

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.