Weranda literacka

Bajka o Starym Budziku...

Nieoczekiwanie wpadły do ciebie wnuki? Córka prosiła o zajęcie się wnusią, bo ma ważne spotkanie?

A ty nie wiesz jak, co? Wyjściem  będzie coś do poczytania, może książeczka,  żeby czymś zająć. Nie masz? Nie denerwuj się. Bajkowisko jest dla ciebie. Wydrukuj i po kłopocie - bajka gotowa.

Parę słów o Autorce

Autorka Bajki o Starym Budziku, Zosi, Stasiu i Świątyni Odnalezionego Czasu, Pani Dorota Krawczyńska, jest z wykształcenia pedagogiem i pracując w przedszkolu ma okazję do obserwacji i przemyśleń dotyczących problemów współczesnej rodziny. Także problemów o jakich mówią i jakie mają maluchy. Współcześnie notorycznego brak czasu rodziców i nieumiejętność organizowania życia rodzinnego to najtrudniejszy problem, z którym borykają się także dzieci. A szczęście dzieci, w tym także wnucząt kobiet po 50, to bardzo złożona sprawa i choć niektórym w wydaje się, że wiedzą najlepiej warto posłuchać doświadczonych, dojrzałych kobiet, które mają doświadczenie i są praktykami. Redakcja kobieta50plus.pl rekomenduje kolejną bajkę, zachęcając do wydrukowania jej z Bajkowska i przeczytania wnuczętom.

Bajka o Starym Budziku, Zosi, Stasiu i Świątyni Odnalezionego Czasu. Czas spędzony razem z babcią będzie dla małego dziecka bardzo ważny, a w przyszłości okaże się niezapomniany. To nie było dawno temu. Nie działo się daleko stąd, za górami i morzami. To było całkiem blisko, na przedmieściu.W zielonym ogrodzie stał mały domek z czerwonym dachem. W domku tym mieszkała Zosia, jej braciszek Staś, mama i tata. Wszyscy bardzo się kochali, a rodzice ciężko pracowali żeby nikomu, niczego w tym pięknym i słonecznym domku nie brakowało. I rzeczywiście. Jeśli tylko ktokolwiek potrzebował coś nowego, rodzina odwiedzała Wielki Sklep. Było tam chyba wszystko. Kolorowe wystawy zachęcały i czarowały: bierz, bierz ile chcesz. Rodzeństwo zachwycone nowymi zabawkami nawet nie zauważało, że czary kończą się przy kasie. Niestety, za wszystko trzeba było zapłacić. Pieniążki zaś trzeba było jakoś zarobić i tak oto, dzieci coraz więcej czasu przebywały w przedszkolu, a mama i tata w pracy. W przedszkolu było wesoło i czas nawet szybko płynął, ale w domku, wieczorami robiło się coraz smutniej. Wszyscy wracali późno. Tata siadał do komputera, a mama też ciągle miała coś do zrobienia. Nawet bajki opowiadane dzieciom przed snem były coraz krótsze i coraz mniej ciekawe, a rodzice wciąż narzekali, że brakuje im czasu. Wtedy piękny domek stawał się smutny, a jego mieszkańcy coraz bardziej samotni. Najsmutniej było wieczorami, kiedy zmęczeni rodzice całowali swoje pociechy na dobranoc i odchodzili do swoich spraw.

Pewnego takiego wieczoru Zosia i Staś długo nie mogli zasnąć. W pokoju panowała cisza, którą przerywało tylko miarowe tykanie budzika. Zegar był bardzo stary i mama nawet chciała go wyrzucić, ale Staś bardzo go lubił. Przypominał mu dziadka mamy, bo też był taki okrągły, pucołowaty, a dwie wskazówki wyglądały jak długie wąsiska. Na dodatek stary budzik ze wszystkimi zawsze się zgadzał, bo jego tykanie brzmiało jak potwierdzenie: „tak – tak”. „Nie chcę tutaj tak leżeć i czekać na sen. To niesprawiedliwe, żebym się męczył i nudził, a mama z tatą ciągle nie mieli czasu” – myślał zagniewany Staś, a stary budzik odpowiadał mu niezmiennie „tak – tak”. Zosia też nie mogła zasnąć i wierciła się niespokojnie na swoim łóżku. „ Tak bym chciała jeszcze przytulić się do mamy i taty” – myślała ze smutkiem dziewczynka, a na głos powiedziała: - Jest mi bardzo przykro, że rodzice mają coraz mniej czasu. Czy jak urośniemy to też będziemy tak się śpieszyć? W odpowiedzi usłyszała budzikowe „tak – tak”. Staś jednak nie chciał się zgodzić na taki stan rzeczy i zbuntowany zawołał. – Nie, nie i nie! Po tym okrzyku stało się coś bardzo dziwnego. Oto stary budzik zaterkotał, jakby ogłaszał wszem i wobec pobudkę. Dzieci aż zatkały uszy, tak głośny był to dźwięk. Po chwili dało się słyszeć słowa: - A któż to mnie obudził swoim „nie, nie i nie”? Wskazówkowe wąsiska naprężyły się i uniosły w górę, a pękata postać podskoczyła na cienkich, giętych nóżkach. – Nie patrzcie tak na mnie! – budzik zawołał do zdumionych dzieci. – Ha, widzę, że zaklęcie wypowiedzieliście zupełnie przypadkiem. W przeciwnym razie nie mielibyście tak dziwacznych i śmiesznych min! To mówiąc budzik roześmiał się głośno swoimi dwoma dzwonkami. – No dobrze, a teraz pozwolę sobie zapytać: czy jesteście gotowi na podróż? Jeśli tak, to możemy wyruszyć nawet natychmiast! Zosia nadal trwała w zdumieniu, natomiast Staś szybko się opanował i zapytał rezolutnie. – Ty jesteś tu z nami i wszystko wiesz. Dobrze, że chciałem cię zatrzymać. Czy zatem, jak przystało na zegar, proponujesz nam podróż w czasie? Zosia i budzik zauważyli w oczach Stasia ten błysk w oczach. On sam zaś poczuł zew przygody. Nie dość, że nie będzie trzeba leżeć w łóżku, to jeszcze można przeżyć fascynującą wyprawę. Budzik wyciągnął zza siebie cieniutką metalową rączkę i podrapał się nią po błyszczącym dzwonku. – No cóż, to nie jest dokładnie tak jak myślisz. Proponuję wam wyprawę do Świątyni Odnalezionego Czasu. Zobaczycie, co ludzie robią z czasem i co czas robi z nimi. Przekonacie się też, że jest taki sposób, żeby mieć dla siebie więcej czasu. Bo jak sami wiecie, można kupić tyle pięknych rzeczy, ale cóż z tego, kiedy nie będziemy mieli czasu na ich podziwianie? Czasu niestety nie można kupić, ale można go znaleźć i mieć dla siebie i swoich bliskich. To co, gotowi? Dzieci popatrzyły to na budzik, to na siebie nawzajem. – Ja troszkę się boję, tak bez mamy i taty... – Zaniepokoiła się Zosia. Staś natomiast bardzo chciał już ruszyć w drogę ze starym budzikiem. Miał do niego pełne zaufanie, bo był jak stary, dobry dziadek. – Idę z wami bo chcę żeby rodzice mieli dla nas więcej czasu – postanowiła w końcu dziewczynka. – Zaraz zamkniecie oczy i chwycicie się mocno za ręce – komenderował budzik. – Zanim jednak znajdziemy się w świątyni, mam dla was przestrogę. Postacie zamieszkujące komnaty zrobią wszystko żeby zatrzymać was u siebie. Nie wolno wam ulec. Musicie nasłuchiwać dzwonków, którymi będę wzywał was do wyjścia. Jeśli nie zdążycie, drzwi komnaty zamkną się za wami po wieczne czasy. Pamiętajcie! – dobrotliwy cyferblat budzika wyglądał teraz groźnie. Dzieci poczuły na plecach dreszcze, więc jeszcze mocniej ścisnęły się za ręce i poddały czarom starego zegara.

W komnacie Straconego Czasu

Świat za zamkniętymi oczami wydaje się wrogi i niebezpieczny, toteż dzieci miały je tak mocno zaciśnięte, że aż spod powiek popłynęły maleńkie łzy. – Niczego się nie bójcie, jestem z wami – zawołał wesoło budzik. Po chwili stanęli na czymś miękkim i ustał szum powietrza, który towarzyszył im w ciągu całej drogi. Mogli już otworzyć oczy, a widok który się im ukazał, zupełnie nie przypominał pokoju w małym domku. Wszystko tu było ogromne. Stali właśnie przed bramą świątyni czasu. Jakaś siła powoli ją otwierała i można było dostrzec silne niebieskie światło. – Ojej – zawołała zdumiona Zosia – czy my jesteśmy w niebie? – To niebo to cały wszechświat, który nas otacza. Tak – tak, to wszechświat! – odpowiedział stary budzik. Z ogromnego dziedzińca roztaczał się wspaniały widok. Na błękicie nieba wirowały słońca i planety. Wszystko błyszczało i skrzyło się jak w mroźny dzień. Budzik zaterkotał i wskazując drogę pomaszerował do pałacu. – Zaraz otworzą się drzwi komnaty straconego czasu. Pamiętajcie o mojej przestrodze – powiedział cicho. Coś zaskrzypiało i potężne drzwi otwarły się przed wędrowcami. W wielkiej sali panował półmrok i z początku niewiele było widać. Gdzie niegdzie migały jakieś światełka, unosił się bezwonny dym czy mgła. Dzieci szły przez komnatę, co rusz potykając się o nieruchome postacie. Kiedy wzrok przyzwyczaił się do ciemności, dostrzegły ludzi, którzy siedzą lub stoją ze wzrokiem nieruchomym i skierowanym w jeden punkt. Tuż obok siedziała przed telewizorem starsza kobieta wpatrzona w ekran. – O, ona ogląda ulubiony serial naszej mamy! – krzyknęła Zosia. Nieznajoma pani odezwała się drewnianym głosem – Chodź dziecko, obejrzymy razem. Nie jesteś ciekawa, co będzie w tym odcinku? Nie dowiesz się jak nie zobaczysz. Ja tak lubię filmy, że oglądam nawet każdą powtórkę! Starsza pani powoli skierowała się w stronę dziewczynki i wyciągnęła do niej ręce. Było w nich coś dziwnego. Jakby mgiełka czy chmurka przepływała jej między palcami. Wzrok miała jakiś taki nieobecny. Zosia była posłuszną osóbką, a poza tym chciała zobaczyć film i już, już miała usiąść na gościnnych kolanach, gdy dał się słyszeć dźwięk dzwonka budzika. – Przykro mi, proszę pani, ale nie mam teraz czasu, muszę iść dalej – Zosia uśmiechnęła się grzecznie i odeszła w stronę Stasia i budzika. Była dumna z siebie, bo udało się jej nie ulec i nie zostanie na wieki w tej dziwnej komnacie. Idąc, widzieli pana siedzącego przed komputerem. Staś nawet bał się spojrzeć w ekran, na którym odbywała się zażarta walka potworów z wrogich galaktyk. On też lubi takie gry i doskonale wie, że grając w nie, można zapomnieć o całym świecie. Spotkali też chłopców rzucających w siebie nawzajem starym butem, dziewczyny leżące na plastikowym łożu pod wielkim światłem w kostiumach plażowych i kobiety, które mówiły do siebie ciągle te same słowa. I tak jak pani przed telewizorem, wszystkim napotkanym po drodze, przepływały między palcami dłoni chmurki i mgiełki. Tak – tak – pomrukiwał pod wąsem stary budzik. – Przyjrzyjcie się uważnie. Nigdzie indziej nie widać aż tak wyraźnie, jak czas wielu ludziom przecieka przez palce. To czas zmarnowany, stracony bezpowrotnie! - O, tak – Staś pokiwał głową na znak, że zgadza się z tym co powiedział stary budzik. – Tak mi wstyd, za nas wszystkich! – krzyknęła Zosia. Przecież my też tak często przepuszczamy czas przez palce. Robimy różne głupstwa, kłócimy się, marudzimy rodzicom, bałaganimy, oglądamy te same filmy, gramy w te same gry... Tylko, że w naszym świecie tego nie rozumiemy. Przecież w tym czasie moglibyśmy na przykład, mmm... – Zosia zamyśliła się przez chwilę. - Porozmawiać, pomarzyć i zrobić razem coś wspaniałego! Zosia jeszcze nie wiedziała, co mogliby zrobić ze Stasiem, mamą i tatą razem, ale czuła, że jak tylko znajdą ten wolny czas, to pomysły pojawią się same. Tak – tak – potwierdził stary zegar i najpierw ze smutkiem zwiesił wskazówki, a potem z nadzieją uniósł je znowu w górę.

W komnacie czasu, który się zatrzymał

Wędrując szerokim korytarzem, zatrzymali się teraz przed kolejnymi drzwiami. Stary budzik cicho zaterkotał – Tutaj nie wolno wam się zatrzymać nawet na sekundkę. Musicie poruszać się bez przerwy. Jeśli nawet na chwilę przystaniecie, to pamiętajcie żeby poruszyć choćby tylko palcem, czy powieką. Zosia bała się przekroczyć próg tej tajemniczej komnaty. No bo przecież może zobaczyć coś, co ją tak zadziwi, że znieruchomieje. I co wtedy? Będzie tak stała przez całą wieczność? - Stasiu, pilnujmy się nawzajem żeby cały ten czas czymś poruszać. Ja będę przebierać palcami rąk, a ty? Spytała brata dziewczynka. – Ja, ja będę podskakiwał – odpowiedział chłopiec. Drzwi komnaty otworzyły się i podróżnicy weszli do środka. Nie było to przyjazne miejsce. Zewsząd zwisały obrzydliwe pajęczyny i trzeba było mocno pochylać się, żeby miękki, lepki kokon nie unieruchomił nikogo po wsze czasy. Od czasu do czasu jednak pajęczynowa kotara odsłaniała mieszkańców komnaty. Niektórzy wyglądali nawet pięknie. Oto śpiąca królewna ze znanej bajki. Leżała na pałacowym łożu, a wokół niej śpiący cały dwór. Śpiący? No, nie tak zupełnie. Pałacowi mieszkańcy wyglądali raczej tak jakby bawili się w starą zabawę o różnych nazwach – „Marmurki” czy „Posągi”, albo jeszcze inaczej. Ot, po prostu zastygli w pozach, w których akurat się znajdowali. Staś próbował naśladować postać dworzanina, który pozostał z jedna nogą uniesioną wysoko do góry, a drugą tylko na palcach stopy opartą na posadzce. Nie był to dobry pomysł, chłopiec zachwiał się i runął prosto na dworzanina. Po chwili obaj leżeli na podłodze. – Ajajaj! – zawołał Staś, niewiadomo, bardziej przestraszony, czy obolały. Zebrał się natychmiast i pochylił nad nieruchomą postacią. Nieruchomą, bo dworzanin przewrócony przez chłopca leżał teraz wyglądając wręcz komicznie. – Stary, przepraszam – Staś próbował jakoś naprawić sytuację. Niestety, dworzanin ani drgnął. Drgnęło jednak coś za nimi. Obejrzeli się ze strachem. Coś jakby skała poruszyło się z wolna. – Ruszać się, ruszać! – zaterkotał budzik, widząc, że dzieci nieruchomieją ze strachu. Skała sapnęła, aż poruszyło się na niej coś o ludzkim kształcie. To śpiący na wieki rycerz. Jego lśniąca niegdyś zbroja zaskrzypiałą metalicznie i rycerz spojrzał w dół zaspanym wzrokiem. – Ty! – odezwał się szeleszczącym głosem. – Przyszedłeś tutaj niewiadomo skąd i po co i zakłócasz nasz wieczny sen. Za karę powinienem cię zamienić w jakiś kamień, ale wiem skądinąd, że z dzieciakami są tylko same kłopoty. Rycerz oparł się uzbrojonym łokciem o skałę i leniwie podrapał się po stalowym hełmie. – Puszczę was wolno jak odgadniecie moją zagadkę. Dzieci wystraszyły się jeszcze bardziej, a zmęczony skakaniem Staś czuł, że coraz bardziej opada z sił. Szczęśliwie Zosia, która tylko przebierała palcami, nie była jeszcze zmęczona i teraz mogła stawić czoła zaspanemu rycerzowi. – Czekamy na zagadki – odezwała się odważnie, sama nie wiedząc skąd wzięła się ta jej odwaga. Stary budzik zerknął na nią z podziwem i rzekł. – Niczego się nie bójcie. Rycerz tylko tak groźnie wygląda. Będąc, w czasie który się zatrzymał, nic mu się nie chce. Leży tylko i śpi, a jego świat jest nudny i leniwy jak on sam. No bo jak tu cieszyć się życiem, którego nie ma? Które na wieki stanęło w miejscu? Rycerz mruknął gniewnie niezadowolony z tego co usłyszał, ale nie chciało mu się zastanawiać nad sensem słów starego budzika. Teraz próbował sobie przypomnieć zagadki, które chciał zadać Stasiowi. Widać było jak marszczy czoło i jak niewiele z tego wynika. – Ot, zakuty rycerz z zakutą głową – zaterkotał zabawnie budzik. – No cóż, chyba wszystko zapomniałem – powiedział smętnie rycerz i odwrócił się na drugi bok. – Idźcie już sobie i nie zakłócajcie nigdy więcej mojego i moich mieszkańców spokoju! Ze szczytu skały dało się słyszeć jeszcze przez chwilę głośne gruchotanie zardzewiałej zbroi, a po chwili zapanowała idealna cisza. – Chodźmy już stąd – zawołał resztkami sił Staś. – Chodźmy – potaknęła Zosia – od tych pajęczyn, i tego kurzu kręci mnie w nosie – dodała i głośno kichnęła. To był ostatni dźwięk jaki można było usłyszeć w komnacie czasu, który się zatrzymał. Otrzepując pyłki kurzu i zdejmując z ubrań nitki pajęczyny, Staś powiedział już całkiem spokojnym głosem. – I pomyśleć, jak często chcielibyśmy żeby czas się zatrzymał. – To by było straszne, no chyba że na małą chwilkę! – dokończyła Stasiową myśl Zosia i wszyscy ruszyli w dalszą podróż.

W komnacie Czasu Darowanego

Dzieci maszerowały za starym budzikiem, który przygotowywał je na kolejną przygodę. – Już wiecie, że nie warto bezmyślnie tracić czasu i pozwalać żeby bezładnie przeciekał nam przez palce. Wiecie też, że chociaż czasem złościmy się na czas, który tak szybko płynie, to lepiej nie próbować go zatrzymywać. Życie wtedy staje się smutne, nudne, leniwe i bez wartości. Nie jest łatwo korzystać z czasu tak żeby zawsze wystarczyło go na wszystko. Są jednak wydarzenia w życiu, dzięki którym ludzie posiedli tę trudną umiejętność. Teraz poznacie wspaniałych bohaterów zamieszkujących świątynię odnalezionego czasu. To mówiąc, budzik zatrzymał się przed kolejnymi wielkimi drzwiami. Komnata była zupełnie inna od tych, które zwiedzili dotychczas. Wypełniało ją ciepłe, jasne światło snujące się wokół barwnych firan i zasłon. Na każdej ścianie widniały ogromne witrażowe okna. Barwne szybki przedstawiały postacie kobiet, mężczyzn i dzieci. Ich widok sprawiał, że uśmiech sam pojawiał się na twarzach zwiedzających to fascynujące miejsce. Nawet staremu budzikowi wskazówki tak wysoko powędrowały ku górze, że jednocześnie pokazały godzinę dwunastą. – W tej komnacie obowiązuje was następująca zasada – Budzik teraz spoważniał i pouczył dzieci, jak mają zachować się w komnacie darowanego czasu. – Otóż, w każdym z okien zobaczycie jednego z naszych bohaterów i poznacie jego historię. Musicie tylko pamiętać o tym, że nie wolno zbyt długo ich zatrzymywać, zagadując i pytając o zbyt wiele. Powiedzą wam tyle, ile trzeba żebyście wiedzieli i zrozumieli. Okien jest dużo, więc wybierzcie to, które chcecie. Zapukajcie w szybę, a pojawi się ktoś, kto wam opowie swoją przygodę. Na początek rodzeństwo wybrało okno z witrażem, na którym widać było chłopca jadącego na rowerze. Zapukali w szybę i okno się otworzyło. Dzieci zobaczyły chłopca, który ze skupieniem na twarzy zbijał z desek budkę dla ptaków. – O, witam miłych gości – zawołał radośnie i podszedł, witając się ze wszystkimi mocnym uściskiem dłoni. Zosia miała wielką ochotę zadać mu wiele różnych pytań i już, już otwierała buzię, gdy Igor, bo tak się przedstawił chłopiec położył palec na ustach i uśmiechnął się przepraszająco. – Uwielbiam jazdę na rowerze – zaczął swoją opowieść. – Nawet wygrałem wyścig organizowany na naszym osiedlu. To miłe wiedzieć, że się jest najlepszym. Ja jednak chciałem być najlepszy nie tylko na osiedlu, ale i w całej dzielnicy, a potem w całym mieście! Każdą wolną chwilę wykorzystywałem na trening. W końcu straciłem nawet najlepszych kolegów, bo złościło ich, że to ja jeździłem najszybciej. Któregoś dnia jechałem moją ulicą i już byłem blisko domu, gdy nagle na skrzyżowaniu pojawił się samochód. Kierowca nie zdążył zahamować, ja nie zdążyłem uciec i ... więcej nie pamiętam. Od rodziców wiem, że byłem w śpiączce wiele dni i nikt nie potrafił powiedzieć, czy kiedykolwiek się obudzę. Lekarze robili wszystko, co w ich mocy żebym tylko mógł dalej żyć. A ja tylko pamiętam taki sen, który mi się wtedy przyśnił: Że buduję ptakom domki, gram z kolegami w piłkę, pomagam babci w ogródku, rozmawiam z rodzicami i czytam książki, których mam mnóstwo. I wyobraźcie sobie, wtedy, gdy już wszyscy stracili nadzieję, że kiedykolwiek wrócę do żywych, po prostu obudziłem się. Od tej chwili staram się żyć tak żeby robić różne wspaniałe rzeczy. Teraz już pójdę, bo chcę skończyć budkę dla szpaka, który zamieszkał w naszym ogrodzie, a później biorę rower i ... jedziemy z rodzicami na wycieczkę. Cześć! – krzyknął wesoło Igor i wrócił do swoich zajęć. Staś pomyślał, że wspaniale byłoby mieć takiego kolegę, ale znał zasady i westchnąwszy powędrował do okna wybranego przez Zosię. Po chwili witali się ze starszą panią, która przedstawiła się jako Marianna. Kobieta trzymała w ręku kolorową konewkę do podlewania kwiatów. Zraszając wodą kwiatowe rabaty, opowiadała. – Och, co za przypadek! Moje wnuki są w takim wieku jak wy. Niewiele jednak brakowało, żebym nigdy nie mogła się nimi cieszyć. Kiedy bowiem były jeszcze bardzo małe, ciężko zachorowałam. Miałam poważną operację, brałam mnóstwo leków, ale moje zdrowie było coraz słabsze. Wydawało mi się, że wkrótce będę musiała pożegnać się z życiem, przestałam się leczyć i poddałam chorobie. Zanim jednak całkiem straciłam nadzieję, postanowiłam jeszcze raz, być może ostatni, zobaczyć moje kochane wnuki. Siedziałam przy ich łóżeczkach i z oczu płynęły mi łzy. Maluchy patrzyły na mnie i uśmiechały się smutno. Wtedy obiecałam sobie, że jeszcze raz podejmę walkę o życie i jeżeli mi się uda to będę się cieszyć każdą darowaną chwilą. Miałam dużo szczęścia. Bo przecież nie wszystkim się udaje. Teraz to, że pada deszcz, albo uciekł mi autobus, nie ma znaczenia. Cieszę się, że żyję. Odwiedzam moich wnuków, które rosną jak na drożdżach i chodzimy razem na długie spacery. Nie martwię się byle czym i po prostu żyję! I niczego nie żałuję. Moja choroba sprawiła, że już wiem, co jest ważne w życiu. A teraz was pożegnam. Do widzenia! Pani Marianna uśmiechnęła się życzliwie i znikła wśród kwiatów.

Jeszcze wiele okien zapraszało dzieci swoimi kolorowymi witrażami, ale one już wiedziały i rozumiały o co chodzi z tym czasem darowanym. - No cóż, czas to czas. Najważniejsze to dobrze go spożytkować – podsumował wizytę w komnacie darowanego czasu stary budzik. Popatrzył z zadowoleniem na zamyślone twarze dzieci. Wyprawa trochę je już zmęczyła, a jeszcze tyle ciekawych miejsc można zwiedzić. Na przykład komnata pracy, gdzie wszyscy tylko pracują i pracują nie zwracając uwagi na to, że dzieci im rosną, sami się starzeją i na nic nie mają czasu. Albo komnata czasu minionego, w której po lewej stronie mieszkają staruszkowie smutni i zgorzkniali, a po prawej staruszkowie rubaszni i weseli. Ci pierwsi całe życie dokądś się śpieszyli, wszystko chcieli mieć i nawet nie zauważyli, że są już starzy i chorzy. Ci drudzy zaś potrafili cieszyć się nawet z małych rzeczy, podziwiać piękny świat i żyć w zgodzie z naturą.

Wtedy stary budzik pomyślał, że te komnaty mogą sobie na razie poczekać. Być może nigdy nie będzie potrzeby ich odwiedzania. Jest bowiem duża szansa na to, że po zwiedzeniu ostatniej komnaty, dzieci będą wiedziały jak zaprosić do niej swoich rodziców. Wtedy problem straconego czy minionego czasu nigdy nie będzie ich dotyczył. Dzieci i ich rodziców.

W komnacie Wspólnego Czasu

- A teraz – stary budzik przerwał ogólne zamyślenie - wejdziemy do komnaty, której drzwi widać na końcu korytarza. Dzieci nawet nie pytały, co znajduje się w pozostałych pomieszczeniach. Szły posłusznie za pękatym budzikiem, który kołysał się z boku na bok wesoło. Już z daleka słychać było spokojną, przyjazną melodię. Kiedy weszli do środka, zobaczyli wspaniały widok. W różnych miejscach zielonej polany przebywały ze sobą całe rodziny. Zosia podbiegła do pani, która była bardzo podobna do jej mamy. – Dzień dobry! – zawołała radośnie. – Co tutaj robicie? Miła pani podobna do mamy wzięła Zosię na kolana i powiedziała jej do ucha. – Szykujemy poduchową wojnę, ale najpierw moje dzieci muszą posprzątać pokój, a mój mąż pozmywać naczynia. Ja skończyłam już prasowanie i naszykowałam stare poduszki. Zdradzę ci aniołku naszą tajemnicę: grunt to dobra organizacja! Wszyscy muszą włączyć się w domowe prace, wtedy nawet mając niewiele czasu można urządzić go wspaniale z pożytkiem dla wszystkich. Wesoła rodzinka rzuciła się na poduchy, a Zosia pobiegła do miejsca, w którym zatrzymał się Staś. Przysłuchiwał się właśnie rodzinnej naradzie dotyczącej spędzania wolnego czasu. Zarówno dzieci jak i dorośli żywo dyskutowali o tym, co kto lubi robić i czego oczekuje od innych członków rodziny. – Słuchajcie, mamy dzisiaj dla siebie tylko godzinę – mówił tata trójki siedzących na dywanie dzieci. Na to odezwał się najstarszy syn. – To proponuję, żeby najpierw Kasia opowiedziała nam o swoim smutku, może wspólnie znajdziemy jakiś pomysł żeby jej pomóc. Potem zrobimy teatrzyk cieni, który tak lubi Jasiek, a jeszcze później... – To już chyba nie dziś – przerwała najstarszemu synowi mama – nie planujmy zbyt wiele. Staś nie mógł nadziwić się, że rodzina wspólnie planuje czas wolny. – No, a telewizor, komputer? Nie wmówicie mi, że ich nie używacie – wtrącił się do rozmowy. – Oczywiście, że używamy – odpowiedział tata – ale gra na komputerze nie ma nic wspólnego z przebywaniem z rodziną. To każdy może robić oddzielnie. Tu najważniejsze jest to, co możemy robić razem! Jeśli chcecie, możecie zostać z nami, miejsce się znajdzie. Tata wykonał zapraszający gest. Zosia i Staś pamiętali jednak o przestrodze budzika. Chcieli być ze swoimi rodzicami, pomimo że wspólna zabawa kusiła niebywale. Po tej wypowiedzi tata spojrzał wymownie na zegarek i grzecznie przeprosił gości. – No tak, jak czasu jest mało, to tym bardziej nie wolno go marnotrawić – zgodził się Staś i westchnął. – Toteż nie marnujmy go! – krzyknęła entuzjastycznie Zosia – wracajmy do domu, wyśpijmy się, a jutro po przedszkolu opowiemy o wszystkim rodzicom i ... zrobimy wspólny plan ! – dołączył się Staś. Dzieci były tak podekscytowane pobytem w ostatniej komnacie, że zapomniały o zmęczeniu podróżą. Poklepywały starego budzika po cyferblacie na znak ogromnej wdzięczności za wspaniałą wyprawę. Ten zadowolony z dobrze wykonanej misji pędził korytarzem świątyni, wesoło podskakując na cienkich nóżkach.

Następnego dnia, tak jak postanowiły, dzieci opowiedziały rodzicom o podróży. Ci, z początku popatrywali to na siebie, to na Zosię i Stasia z niedowierzaniem. No bo jak traktować poważnie opowieści o podróżach w czasie snu. Rodzice przecież wchodzili do dziecięcego pokoju kilkakrotnie i widzieli jak śpią. Jedyne dźwięki jakie było słychać to tykanie starego budzika. Coś jednak musiało być na rzeczy, skoro po raz pierwszy od wielu, wielu dni udało się całej rodzince usiąść wspólnie, porozmawiać i zrobić wspaniałe plany co do wolnego czasu, którego wcale nie musi być aż tak wiele. Wystarczy dobra organizacja.

Od tej pory czas w rodzinie Zosi i Stasia nie był marnotrawiony. Wszyscy razem planowali, jak go wykorzystają. A jeśli ktoś chciałby wiedzieć, co słychać u starego budzika, to usłyszy tylko znane „tak – tak” . I jeszcze jedno. Następną noc po wyprawie dzieci, stary budzik spędził w sypialni rodziców. Niby to pod pretekstem czyszczenia trybików, tata zabrał budzik i oddał go dopiero następnego dnia. Staś spojrzał podejrzliwie na stary zegar. Rzeczywiście wyglądał jak nowy. Ten bielutki cyferblat, te lśniące wskazówki. – Przyznaj się mój budziku, że naszym rodzicom też urządziłeś taką wyprawę. A co odpowiedział stary budzik? Przecież nawet gdyby było inaczej, to on i tak powiedziałby swoje „tak – tak” i to wielokrotnie!

Koniec

Autorka Dorota Krawczyńska

 

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.