Weranda literacka

Hurrrra, zdiagnozowałam się sama.

Termin asocjacja, kojarzył mi się tylko z młotkiem, którym musiałam wbić sobie do głowy to, czego najbardziej nie lubiłam, czyli jedną z wielu definicji.
Od dawna wiem (o, jednak coś wiem), że „punkt widzenia zależy, od punktu siedzenia” . Co prawda kiedyś rozumiałam to tak: „Różne podejścia do tego samego zależą tylko od wieku”. Rodzice wcale nie siedzieli, nawet za kratkami, a i tak mieli inne, i to wielorakie punkty widzenia, całkiem różne od moich. O nauczycielach nie wspomnę. O tych pryszczatych a cudownych chłopakach, też nie. Zdanie: „Zmień swoje podejście do (wielorakiej sprawy)” było całkowicie niezrozumiałym bełkotem. Po pierwsze, z podejściem, najwyżej kojarzyła mi się droga pod górkę – i to nie tylko ta, którą szłam do szkoły. Po drugie, ja nie miałam żadnych spraw. Ja miałam same ważne problemy, wywołujące euforyczne lub depresyjne uczucia, a których ważności nie potrafili zrozumieć ci niesiedzący, wiekowi dorośli.
 
Termin asocjacja, kojarzył mi się tylko z młotkiem, którym musiałam wbić sobie do głowy to, czego najbardziej nie lubiłam, czyli jedną z wielu definicji. (A tak na marginesie, to dalej nie lubię tego czegoś, co ma podobno na celu podanie równoważnika terminu nieznanego w terminach znanych????). Asocjacja to zjawisko (zjawiskowy to miał być on i myślenie o tym zjawisku było bardziej interesujące) łączenia się pojedynczych cząsteczek (to była całkiem zrozumiałe, ale wtedy tylko teoretycznie) związków chemicznych (te mnie nie pociągały) w większe agregaty (agregatem, to według mojej mamy, ten mój on – był. Mówiła, że on jest wszechstronnie na minusie), spowodowane tworzeniem się międzycząsteczkowych wiązań wodorowych (wiązania tak, ale nie wodo-rowe, tylko amo-rowe). Ale te i tym podobne nawiasowe skojarzenia ułatwiły mi wykucie na blachę nie jednej z przymusowych regułek. 
 
Gdy doczytałam, albo ktoś mi powiedział (ale nie w szkolnej szkole, tylko w szkole życia), że asocjacja to też, na przykład automatyczne skojarzenie, że światło zielone to idź, a czerwone to stój, zrozumiałam, że stanowczo za automatycznie kojarzę, a co gorsze – kojarzyłam od dziecka.  By skojarzeniowo nie skojarzyć swoich wyobrażeń z czarnym dołem, bawiłam się w to, co lubiłam najbardziej, czyli w tak zwane swobodne skojarzenia, typu dzika kaczka – to kochanka dzika. Zaprzestałam niebezpiecznej zabawy, gdy doczytałam, że według Z. Freuda, wolne skojarzenia , zwane regułą podstawową, tworzą łańcuch skojarzeniowy.

Już samo to, że znów była jakaś reguła, odstraszyło mnie od skojarzeń, a jeszcze ten łańcuch (ten mi się z niczym wolnym, tym bardziej żadną wolnością nie kojarzył) spowodował, że usilnie starałam się (co tylko czasami mi się udawało) żyć bez żadnych bezsensownych kojarzeń skojarzeniowych. Niestety, licho mnie podkusiło, żeby doczytać, że wypowiadanie tych myśli, które wpadają mi nie wiadomo skąd i po co do głowy, wiążą się z pewnym wysiłkiem. W dodatku ten wysiłek jest konieczny, bym ja wyzwoliła myśli z wszelakich zapętleń, czyli pokonała stłumienie myślowe i przywróciła do pola świadomości, te myśli, od których moja świadomość uciekała.

Sparaliżowało mnie ze strachu, że tracę zdolność czytania ze zrozumieniem, ale na szczęście, moja zdolność skojarzeń w nosie miała moje tendencyjne zakazy i śpiewająco wybrnęła: „Hulali po polu i pili kakao……”czyli pomyślała o cudownej trzydniowej majówce, na której byłam już na pewno z moim zjawiskiem. Uspokoiłam się (wtedy nie wrzucało się na luz) i dalej sobie kojarzyłam wszystko, z czym chciałam, odrzucając samokrytykę, że jest to bez związku z tematem, a nawet krępująco bezsensowne.

Niestety do czasu, gdy jakiś nieproszony przebłysk myślowy zagadał: „Lata niby nie było, a nadmiar urodzaju. Znowu obrodziło genialnymi geniuszami. Na wszystkim się znają, wszystko zrobią najlepiej, czego się dotkną zamienią w złoto i zafundują raj na ziemi dla szarych, biednych, nękanych mas, czyli dla ciebie, i ciebie, i ciebie. W dodatku im samym wystarczy tylko satysfakcja z charytatywnej działalności i zasługi pozaziemskie”.

Wtedy poczułam tak silny ból głowy, że oczekiwałam tylko na udar.

I doczekałam się udaru „dysocjacyjnego”. Od tej pory, mimo że nie chcę, to niestety muszę być w stanie zdysocjonowanym. Bezwpływowe emocje wyrzuciłam za drzwi, żeby nie żyć w symbiozie z dokuczliwie przykrymi pasożytami. Zostawiłam tylko te super delikatnie, za to optymistycznie działające. By samej sobie zafundować momenty szczęścia, czyli nie powiększać grupy desperatów, asocjuję się z najprzyjemniejszymi momentami z przeszłości i teraźniejszości. Pamiętając, że umysł i ciało to powiązany system, siadam sobie wygodnie i powtarzam jak mantrę: „Pamiętaj, że ludzie zdysocjonowani analizują sytuację, myśląc o tym, co się dzieje, ale bez zaangażowania emocjonalnego” i spokojnie, bez żadnych skojarzeń myślę sobie to i owo, ale tylko czasami – i to, co czasami myślę – od czasu do czasu wklikuję na blog, bym nie zapomniała, że jednak myślę. 
 
Uśmiech skojarzeniowy.

Sms:  Kocham cię i zawsze będę cię kochać!! Chcę być zawsze przy tobie, nie mogę przestać o tobie myśleć, brakuje mi ciebie...

……Twoja babcia

Autorka: Jolanta Kwiatkowska

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.