Lilka nie lubiła zimy
Z konkursu Ze zbrodnią w tle. Zawsze, kiedy nadchodził niespodziewany koniec lata, z niepokojem spoglądała na jarzębinę za oknem. Gdy widziała, że czerwień owoców tego drzewa przechodzi w coraz ciemniejsze odcienie, mruczała pod nosem:
- "Nadchodzi czas, w którym przyjdzie mi żyć pół roku w mroku."
Zimowe miesiące przywodziły jej na myśl wszystko, co uciążliwe, uwierające i dokuczliwe. Ciężkie obuwie, obszerne okrycia wierzchnie i poranne wyczekiwanie na autobus miejski, który przy dużym mrozie, jak na złość, pojawiał się zawsze później niż powinien.
Lila zmuszona była w takich chwilach dzwonić do pracy i gubiąc się w słowach bezradnych usprawiedliwień i błagalnych przeprosin, załatwiać sobie dzień urlopu. Bohaterka tej historii nigdy nie była mistrzynią w dyscyplinie życiowego optymizmu. Rozentuzjazmowana niczym bajkowy "Kłapouchy", zaliczała się do osób, które uważają, że szklanka jest do połowy pusta. Dobrze wychodziło jej zabijanie czasu i bardzo długo żyła w błogiej nieświadomości, nie zdając sobie sprawy, że w tej grze to ona przegrywa. W końcu to czas zabijał Lilkę.
Dzieciństwo upłynęło jej beztrosko. W szkole była lubiana, chociaż zdarzały się osoby, które próbowały zachwiać jej poczuciem własnej wartości. Na przykład Piotrek z V b zawsze przedrzeźniał ją, kiedy tylko mijali się na korytarzu. W liceum Krystian z I a, dostawszy od niej kosza, wielokrotnie starał się jej "dogryźć", rozpuszczając kłamliwe plotki na jej temat. Jednak, ponieważ wysiłki owych chłopców nie były zbyt wyrafinowane, wspomnienia o nich szybko rozmyły się we mgle niepamięci.
Potem studia. Ten okres również upłynął Liliannie w okamgnieniu. Rzucając się w wir obowiązków, nie miała czasu na refleksję. Kiedy zdobyła upragniony dyplom rzuciła się w trybiki kołowrotka praca-dom-praca.
I pewnie bardzo smutno skończyłaby się ta historia. Lilka zdyszana dobiegłaby do mety swoich dni i łapiąc ostatnie tchnienie nie mogłaby uwierzyć, że przeżywszy tyle lat, nie przeżyła pełnią życia ani jednego dnia.
Teraźniejszość nigdy nie była dla niej cenną walutą. W kantorze życia zawsze lepszy kurs miały plany. Zastanawianie się, co zrobi za rok, za tydzień, następnego dnia było na wagę złota. "Tu i teraz" nie przedstawiały dla niej żadnej wartości. Jednakże grudzień, ten znienawidzony, śnieżny grudzień, stał się dla Lilki początkiem końca. Nie tylko początkiem końca roku. Czasem podsumowań i rachunków sumienia. Lecz początkiem końca bezrefleksyjnego życia w pośpiechu, w pogoni nie wiadomo, za czym.
18 grudnia 2010 roku w lokalnym dzienniku pt.: "Prawie na pewno" pojawił się komunikat zatytułowany: "Tajemnicza śmierć Lilianny Z."
Oto jego treść:
Wczoraj przy ulicy Kubusia Puchatka znaleziono zwłoki młodej kobiety. Prokurator Rejonowy Adam Groźny udzielił nam następujących informacji: "Przyczyny zgonu nie są znane. Prowadzone w tej sprawie śledztwo ma charakter rozwojowy. Bierzemy pod uwagę różne hipotezy. Wiemy już, że denatka przed śmiercią spożywała posiłek. Być może przyczyną tragedii było zadławienie lub reakcja alergiczna wywołana przez, któryś ze składników pokarmu. Nie jest wykluczona ingerencja osób trzecich. Więcej danych dostarczy autopsja, a wszelkie wątpliwości zostaną rozwiane w toku postępowania przygotowawczego."
Prasowa notatka opatrzona była fotografią przedstawiającą pracowników Zakładu Pogrzebowego GROBOKOP-LEPSZE JUTRO, dźwigających czarny, plastikowy pokrowiec wraz z zawartością.
I wtedy zadzwonił budzik. Zlana potem Lila skoczyła na równe nogi, nie mogąc uwierzyć, że informacje na temat jej przedwczesnej śmierci były tylko sennym koszmarem.
Po chwili, kiedy doszła do siebie podjęła decyzję. Postanowiła zmienić swoje życie.
Przestała marzyć o dużej wygranej w zakładach toto-lotka. Skończyła z wypatrywaniem rycerza na białym koniu. Porzuciła nadzieję na to, że komunikacja miejska zakupi nowy tabor autobusów.
Zapisała się na kurs jogi. Wśród znajomych "chodziły słuchy", że zafascynowała ją filozofia cieszenia się chwilą. Taka chwilozofia. I choć nie została z dnia na dzień joginem, a asany w jej wykonaniu wyglądały raczej pokracznie, to stała się jakaś inna. Nie zmieniła fryzury, sposobu ubierania się, nie schudła nawet kilograma. A jednak to już nie była jest ta sama Lilianna.
Zaczęła oddychać wolniej, bardziej leniwie, jakby delektowała się powietrzem. Uważnie dobierała słowa. W jej spojrzeniu zagościło dziecięce zdziwienie światem. Zapachy, smaki, dźwięki stały się kapitałem, który zaczęła oszczędzać i przestała rozmieniać te wartości na drobne. Patrząc na nią można było odnieść wrażenie, że ma się przed sobą kosmitkę, która dopiero, co wylądowała na planecie Ziemia, i dla której wszystko jest nowe i nieznane. Można było pozazdrościć jej umiejętności jedzenia mandarynek. Jak ona to robiła!
Oglądała, wręcz studiowała kolor, fakturę, sprężystość. Delektowała się zapachem.
Każdą cząstkę, która trafiała na jej podniebienie traktowała jakby miała być tą ostatnią w życiu. Było widać, że jest przy tym bardzo szczęśliwa. Może te ćwiczenia z uważności pozwoliły Lilce w porę dostrzec, że od jakiegoś czasu, gdziekolwiek nie poszła, krok w krok, podążał za nią mężczyzna w czarnym płaszczu? Cóż, jako doświadczony seryjny zabójca miał on już wobec naszej bohaterki własne plany.
Monika Andrzejczak-Zawada - autorce gratulujemy humoru.
O autorce: 27-letnia lublinianka. Mężatka. Miłośniczka kociej natury. Entuzjastka literatury i filmu. Fanka Kabaretu Starszych Panów i twórczości Jeremiego Przybory. Prawniczka.














Dołącz do dyskusji - napisz komentarz
Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.
Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.