Weranda literacka

Nieprzewidziany efekt

Możesz popełnić zbrodnię doskonałą. Zabijesz sama siebie. I to na śmierć. Dwukrotnie, bo po popełnieniu morderstwa, odnajdziesz zwłoki.

Nieprzewidziany efekt połączenia trupa z pilotem. W domu cisza brzęczy w uszach. Ja sama, a roboty na trzy. Praca biomedyczno- fizyczno-chemiczna. Czyli i skupienie, i wysiłek, i smród. Biomedyczna, bo w moim kuchennym prosektorium leży już na desce sekcyjnej gęsi trup, którego własnoręcznie późną nocą wyjęłam z domowej kostnicy i nie wiedząc, co z nim w godzinie duchów zrobić, zanurzyłam go w formalinie solnowodnej, by odleżał swoje, po czym wyszeptałam kołysankę: „Pomyślę o tym jutro” i poszłam spać. Ale dziś jest właśnie to jutro, więc musiałam go wyjąć i własnymi okami dokonać oceny organoleptycznej i ręcami usunąć zidentyfikowane ciała obce i nieobce, żeby zrobić miejsce na włożenie balsamujących przypraw i ziół. Potem ciężko napracowałam się fizycznie. Okazało się, że depilacja pincetą gęsiowych zwłok wcale nie jest delikatnym zajęciem. Później prosektorium zamieniłam w pracownię chemiczną, niestety niewyposażoną w dobrze działające digestorium. I mam za swoje. Łeb mi pęka od strasznego smrodu zezwłoka przypalanego nad gazem, bo nie wszystkie dudki zanurzone w skórze udało mi się wyciągnąć. Z morderczym błyskiem w oczach krzyknęłam: „Leż ty trupie i nie waż mi się ruszyć z miejsca”. Dźgnęłam go jeszcze parę razy igłą, żeby zaszyć mu nafaszerowany brzuch i padłam omdlała na krzesło.

Palcem z krwią pod paznokciem nacisnęłam nieżywego pilota, żeby ożywić gadające pudło, które stało, milcząc. Aż wzdrygnęłam się od potwornego wrzasku. Patrzyłam na „pszczołowate stwory”, które machały ludzkimi rękami i nogami, wydając przy tym rozdzierający krzyk. Żądlący ból przeszył moją rękę. Po chwili swędziały dłonie i stopy. Gdy poczułam, że twarz mi puchnie i nie mogą przełknąć śliny, stuknęłam w guzik pilota. Znów do moich uszu wbił się ogłuszający ryk wydobywający się z wielu gardeł i trup za trupem ścielił jakieś łąki, podwyższał pagórki i wypełniał dołki. Jęki, krzyki, wycie. Czując, że coraz płyciej za to coraz szybciej zaczynam oddychać a krew z głowy ucieka mi nie wiadomo gdzie, bo i twarz mi pobladła, i zziębły kończyny górne i dolne, znów stuknęłam w pilotowy guzik. Tym razem było prawie cicho. Prawie, ale za to efektywnie. Jeden, za to niewyobrażalny tonacyjnie okrzyk, trzy machnięcia nogami i pięć ciał z krwi i kości zmieniło się w nieruchome, szmaciane kukły. Grubą szyję następnego puszystego dryblasa ścisnęło pięć delikatnych, męskich paluszków, powodując, że z wielgachnej głowy patrzyły na mnie wybałuszone ślepia. Po chwili mikrus facet podniósł to cielsko do góry a ja widząc drgawki wszystkiego, co miało to dryblasowate ciało, poczułam, że robi mi się zimno. Trwało to moment, bo jednocześnie z zobaczeniem znów podkradającego się, kolejnego olbrzyma, mikrus rzucił ostatnie drgawki na ziemię. Usłyszałam jeden wielki plask i po sekundzie trzask kości kolejnego kręgosłupa szyjnego. Zobaczyłam odrażający widok patrzenia wyłupiastych oczu dryblasa na własną tylną część ciała. Poczułam, że jestem mokra od potu. Stuknęłam w guzik pilota. Zainteresowała mnie sama głowa wystająca z zasuniętych szczelnie szklanych drzwi, ale w momencie, gdy poturlała się po podłodze a krew rozbryzgała się po szybach, tworząc abstrakcyjne szkaradnie makabryczne malowidło, zrobiło mi się słabo i dusząc się, wyłączyłam pilota, trzasnęłam nim o podłogę i zerwałam się z krzesła.

Ostrym szarpnięciem wyciągnęłam wtyczkę od telewizora wraz z całym kontaktem i zaczęłam kichać od unoszącego się delikatnie ścianowego pyłku. Starając się uspokoić, wolno wciągałam zatrute powietrze wypełniające całą kuchnię, a wydychałam coś śmierdzącego piekielną siarką. Na szyi czułam zaciskającą się pętlę. Przed oczami migały mi krwiste plamy przybierające postać rozczłonkowanych zwłok. W lewe oko wbijał mi się czerwony szpon, w prawym oku czułam łokieć odciętej ręki. Usta zatykał mi spuchnięty, siny jęzor, wystający niewiadomo dlaczego z pustych oczodołów.

„Dość!”. Krzyknęłam i na wszelki wypadek rozjaśniłam ogarniające mnie ciemności: „Dość paraliżującego, odgrzewanego po wielokroć trupiego jadu!” i zebrawszy pogruchotane członki trupiego pilota, pobiegłam do mojej specjalistycznej szuflady. Wrzuciłam te pokiereszowane, poobijane i rozdrobnione pozostałości ukatrupionego niewinnego pilota na dno i na sam koniec, przykrywając wszystkimi zaszufladkowanymi różnościami.

To jest wyjątkowa szuflada, a w zasadzie jej zawartość. Jest tu wszystko to, co wrzucam, bo może się przydać. To, z czym w danym momencie nie mam, co zrobić, a coś jednak trzeba coś z tym zrobić. Albo to, co jest super ważne i niezbędne, ale ja nie mam czasu pomyśleć gdzie to zakamuflować, potem zawiązać supełek, żeby pamiętać, co to było i drugi – gdzie jest, gdy będzie potrzebne, a przed tym poszukać czegoś, na czym można by te supełki zawiązać. Zatrzaskując szufladę byłam już pewna, że przed wyciągnięciem wtyczki, podjęłam słuszną decyzję. Przestaję płacić abonament za coś, za co już dawno i to wielokrotnie zapłaciłam. Od kiedy – jeszcze nie pomyślałam, bo w międzyczasie podjęłam już następną: przestaję oglądać zmumifikowane starocie a zaoszczędzony czas wykorzystam na czytanie książek. Utwierdziły mnie w decyzji samo wchodzące do moich komórek mózgowych myśli: „Taki natłok molestowania psychicznego odgrzewanymi kotletami może nie poprzestać na bólu i dotychczasowych objawach. Możesz popełnić zbrodnię doskonałą. Zabijesz sama siebie. I to na śmierć. Dwukrotnie, bo po popełnieniu morderstwa, odnajdziesz zwłoki. Inteligentnie, bo z wyjątkową dociekliwością i pedanterią poprowadzisz śledztwo i doprowadzisz do ukarania samej siebie. I nie ważne, że zabijesz swoją, a nie inną osóbkę. Ani to, że usprawiedliwi cię wchłonięcie zwielokrotnionej ilości substancji psychoaktywnych. Nawet nie to, że morderstwo z premedytacją popełnisz w stanie silnego wzburzenia. Ty i tak nie będziesz dla siebie łaskawsza niż sądy, biorące co możliwe i nieprawdopodobne pod uwagę. Sama siebie skażesz na śmierć przez uduszenie, poćwiartowanie, spalenie i utopienie za to, że dokonałaś crimen laese maiestatis. Niegodną rękę podniosłaś przeciw najwyższemu, czyli najważniejszemu majestatowi. Zgładzenie własnej dostojności, okazałości a w dodatku jedynie słusznego autorytetu cechującego się unikatową inteligencją emocjonalną i charyzmą, zasługuje na wieczne potępienie w ogniu piekielnym.

Stojąc przy zamkniętej szufladzie zrozumiałam, że moją łodzią ratunkową może być tylko szybkie zdiagnozowanie objawowego zamierania. Świadoma jestem (przynajmniej na tyle), że zdawałam sobie sprawę, iż tego nie zapewni mi wykręcenie numeru do pogotowia, podanie wszystkich danych i symptomów, dyskusja czy nie mogę iść do pierwszego kontaktu lub zamówić lekarza z przychodni do domu. Sięgnęłam po znany i w moim przypadku super skuteczny sposobów. Zaczęłam palcem kręcić koła ratunkowe na czole i po kilku już ruchach myślałam z prędkością światła i błyskawicznie się zdiagnozowałam niczym doktor House: „Wszystkie objawy prowadzą do jednego. Wstrząs anafilaktyczny, który przebiega bardzo gwałtownie i może doprowadzić do utraty przytomności”. Od razu wywnioskowałam: „Jedynym skutecznym lekiem, który może wyrwać ze szponów kostuchy jest hormonalne pobudzenie” i zaordynowałam: „Podać maksymalną dawkę adrenaliny”.

Biegnąc do apteczki, potknęłam się, uderzając zmartwiałym już czołem o kant szafki i po chwili, przez łzy, dostrzegłam plamy opadowe na moim przedramieniu. Na pomoc przyszły świeczki stojące mi przed oczami, oświetlając mi kierunek. Zrobiłam zwrot i biegiem przemieściłam się do regału, gdzie na półkach stoją w papierowych opakowaniach fiolki, tabletki, ampułki z życiodajnym specyfikiem. Kryminał? Horror? Nie, tym razem może się okazać, że mają za mało adrenaliny w adrenalinie. Potrzebuję zwielokrotniej dawki. Złapałam się pierwszego z brzegu thrillera i ledwo żywa padłam na kanapę. Wiedząc, że adrenalina podana dożylnie działa szybko, ale krótko, wchłaniałam całą sobą tę książkową postać leku ratującego mi życie. Z każdą sekundą czułam przyspieszone bicie serca. Moje ściśnięte oskrzela rozszerzały się, ułatwiając i przyspieszając życiodajne oddychanie a ja cieszyłam się podwójnie. I tym, że żyję i tym, że nie marnuję czasu na mumiaste tele, tylko czytam thriller, o którym piszą w „Czytam”.

Jolanta Kwiatkowska

Wiecej utworów można przeczytać na blogu autorki www.jolantakwiatkowska.pl

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.