Weranda literacka

Ostatnio znów coś...

Wypisałam sobie receptę: Słownik Języka Polskiego. Słownik poprawnej polszczyzny. W zaleceniach: stosuj jak najczęściej.

Ostatnio znów coś mnie uwierało, gniotło, muliło, ale nie bardzo mogłam skonkretyzować gdzie?, co? i jak?


Niezbyt komfortowa sytuacja, bo ani się tego pozbyć, ani z tym żyć. Koszmar zaczął się w momencie, gdy nie rozumiejąc zrozumiałam, że wewnętrznie przestaję subiektywnie odzwierciedlać rzeczywistość i to nawet na najniższym poziomie rozwoju. Mało tego! Przestawałam zdawać sobie sprawę z różnych elementów, procesów, ich cech i wzajemnych stosunków między nimi. Ostatkiem sił i niedowidzącymi oczyma napisałam do Prof. Google i z olśnienia zaniemówiłam. Diagnoza porażająca: „Brak świadomości”.


Całkowicie poza moją świadomością inferencyjny proces myślowy doprowadził mnie do konstatacji: „Zagraża mi destrukcyjne wyniszczenie do całkowitego unicestwienia. Jednym słowem anihilacja”. Próbowałam pomyśleć, mimo, że tylko czasami myślę. Nic z tego. Wsłuchiwałam się w siebie, ale słyszałam tylko czyjś rozkazujący bełkot: „Wstać o 6’00’’! Jechać! Odstać! Wejść! Dostać!” i już stonowanym tonem to coś bełkotało dalej: „Posiedzieć albo wrócić tylko po to, żeby znów pojechać, posiedzieć i wejść”. Skrzywiłam usta w uśmiechu, że nie jest ze mną tak źle. Strach dał mi takiego translatorowego kopa, że wszystko cudem pojęłam. Szemrana mamrotanina wysyłała mnie do pierwszego kontaktu. Tylko po co? Jeżeli nawet to co powiem? Coś, gdzieś, jakoś mi dokucza? Czy od razu: „Pierwszy kontakcie! Zaraziłam się medialnym odszczepieńcem retoricus ze skokową mutacją erudycicus i jestem w ostatnim stadium morbus loquendi[1], charakteryzującym się brakiem świadomości tego, co się mówi.


Pierwszy kontakt zareaguje automatycznie, kierowany niezdrowym poczuciem laickiego zagrożenia medycznego. Da skierowanie do psychiatry. O nie! Fakt, skończył to, co trzeba i wiedzę ma, ale ja u siebie nie zauważyłam objawów choroby psychicznej. U mnie tylko świadomościowy GPS sfiksował i kieruje mnie wprost do stanu szokowego uśpienia. Mnie potrzebny jest nie lekarz tylko psycholog i jego psychoterapeutyczna kanapa.


Nie! To błędne myślenie a jak już myśleć to przynajmniej konstruktywnie. Swoje procesy psychiczne i zachowania już powyżej sama scharakteryzowałam wystarczająco naukowo niezrozumiale. Silną wolą (a tej u mnie pod dostatkiem, oczywiście, że tylko wtedy, gdy mam na to ochotę) i dopalaczem (nie chciałam, ale musiałam wspomóc się chemią) przesłałam sygnał chemiczny przez szczelinę synaptyczną, żeby spowodować depolaryzację błony postsynaptycznej i pobudzić komórkę do generowania potencjału czynnościowego. Nalałam sobie koniaku, bo musiałam (znów wszechobecne wielorakie parcie. Coś okropnego żyć ciągle pod musikiem) wypić za zdrowie synapsy pobudzającej. Wystarczająco rozbudzona i pobudzona ległam wygodnie na własnej kanapie i wprowadziłam się w trans psychoterapeutyczny i rozpoczęłam solilokwium we własnej scenicznej scenografii. Udało się, bo nieproszony o zabranie głosu, wtrącił swoje trzy grosze twórca pachnącego gołębiego kontrabasisty. W skrócie opowiedział mi trzy historie i raz je rozważył (Patrick Süskind) i szepnął: „Świadomość jednostki jest dostępna, w największym zakresie, dla niej samej”. I rozpłynął się w niebycie, mnie zostawiając w bycie obligatoryjnym. Jak zwał tak zwał, efekt przewidywalny. Skoczyło mi ciśnienie. Zareagowałam wzorcowo, czyli: „Milcz Pan. Nie przerywaj, bo wyjdę!” Wkurzona chciałam krzyknąć staropolszczyzną łacińską: „O kuźwa”, gdy według: „nie ma tego złego….” pustkę w mojej świadomości zaczęło wypełniać jedno słowo: language. I potem już tak jakoś samo szło i szło: spoken language[2], synthetic language[3], mother tongue[4], aż doszło do nakazu: pamiętaj, że pierwsze miejsce na podium zajmuje natural language,[5] dopiero następne foreign language[6].


Wracającą uzdrowioną świadomością wypisałam sobie receptę: Słownik Języka Polskiego. Słownik poprawnej polszczyzny. W zaleceniach: stosuj jak najczęściej.


I już z pełną trzeźwością umysłu wypiłam za swoje zdrowie, mając stuprocentową świadomość, że o zdrowie trzeba dbać.

Jolanta Kwiatkowska


[1]morbus loquendi – choroba gadulstwa
[2]spoken language – język mówiony
[3]synthetic language – język sztuczny
[4]mother tongue – język ojczysty
[5]natural language – język macierzysty
[6]foreign language – język obcy

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.