Pomożecie?

Czarodziejski prezent zamieniający szarość w promienną, słoneczną jasność.

Ostatnio zwrócił się do mnie o pomoc biedny, przez mniejszą/większą większość zapomniany – On. Opowiedział o swoim ciężkim życiu na tym ziemskim padole łez. O staniu godzinami na wycieraczkach przed zamkniętymi drzwiami i bezskutecznym pukaniu, waleniu, grzmoceniu z całej siły – bez żadnego efektu. „Trudno być zadowolonym, gdy jesteś, pukasz a nikt cię nie chce wpuścić do środka” – mazał się, mimo drgających kącików ust wcale nie gotowych do płaczu, tylko do szerokiego rozciągnięcia się od ucha do ucha. Narzekał, że tak często jest niezauważalny, niewidoczny i niedoceniany, jednak stojąc na zdrętwiałych nogach, ciągle ma nadzieję, że wreszcie go zaproszą do środka. Dziwił się, że wszyscy lubią być obdarowywani, a tak mało chce przyjąć od niego podarunek, mimo, że on ma ich tak wiele i chętnie, bez żadnych dziękczynnych zobowiązań dałby każdemu. I temu, ze skrzywioną miną, co wypatruje przez okno następnego smutku, z ręką gotową na przywołanie go.


I temu, który powodu do zamartwiania się nie widzi, ale na wszelki wypadek uchyla drzwi i nadsłuchuje z wyczekiwaniem smętnych kroków. I tym, co umilają sobie czas oczekiwania, żeby wreszcie móc się dręczyć, gnębić, trapić czy w końcu gryźć, narzekaniem na globalne ocieplenie i zadręczaniem się zbliżającym końcem świata.


Wysłuchałam go, zachwyciłam się jego darami. Na przykład – podarunek z nici: porozumienia, sympatii, pocieszenia lub rozbawienia. Upominek poprawiający nastrój, dodający energii i zwiększający poczucie pewności nie tylko obdarowanego, ale i jego bliskim lub znajomym. Czarodziejski prezent zamieniający szarość w promienną, słoneczną jasność.


Nie wiedząc, jak mu pomóc, zrobiłam to, co leżało w moich możliwościach. Zaprosiłam go do swoich książek. Dałam mu honorowe miejsce, żeby z góry spozierał na mniejsze smuteczki i przygnębiające „gorzkie żale”, jakie być muszą, bo w naturze wszystko być musi, czy chcemy czy nie.


Jednak to wszystko za mało. Dlatego zwracam się z prośbą do wszystkich: „Pomóżcie Mu”. To nic, czasami mało, niekiedy prawie nic nie kosztuje. Wpuście go do swojego azylu. Gwarantuję (no, może nie głową), że On – Uśmiech,* jako Doktor honoris causa zasiądzie na zaszczytnym miejscu i zwielokrotniony, zamieni się w śmiech i udowodni, że zasłużył na tytuł najlepszego uzdrowiciela wszechczasów.

Jolanta Kwiatkowska

*Terapia śmiechem zasłużyła na uhonorowanie naukową terminologią: Gelotologia. Za granicą stosowana jest od dawna. U nas rozpowszechnia ją Fundacja "Dr Clown" w dziecięcych szpitalach. Dorośli mogą ją stosować sami.Tym bardziej, że śmiech to "X w 1". Pracuje przepona, mięsnie twarzy, brzucha i pleców.Masuje się (samo) serce, śledziona i wątoba, a nas w promocji "mniej boli" wszystko. I jeszcze ciekawostka. Śmiech dotlenia płuca osłabiając atak astmy.

Autor wpisu*:
2 x 7 (mnożenie) =