Weranda literacka

Szukam nowego brzegu

Szukam nowego brzegu Pamięci Jeziora poświęcam.... W każdej porze roku wyglądało inaczej, inaczej pachniało i czym innym zachwycało. Ciągle obiecywało coś nowego i nigdy się nie nudziło. Było jak świadoma swojej wartości dojrzała kobieta, która od razu nie ukazuje wszystkich walorów a ciągle zaskakuje czymś niespodziewanym.

Jezioro pełniło w moim dzieciństwie a potem w dorastaniu ogromnie ważną rolę. W tym odludnym zakątku, na samym końcu miasta nie miałam zbyt wielu przyjaciół. Właściwie też ich specjalnie nie szukałam.. To właśnie jezioro było świadkiem mojego dorastania, powiernikiem pierwszych sekretów i oddanym, rozumiejącym mnie przyjacielem. Tam biegłam, by wypłakać się, gdy w domu nie działo się najlepiej, tam wypaliłam pierwszego papierosa i tam pierwszy raz namiętnie się całowałam.

Zacznę od JESIENI. Jesienią jezioro było szczęśliwe, że zrzuciło z siebie chmarę letników, wczasowiczów czy też turystów jak kto woli. Świeciło jeszcze słońce, było wystarczająco ciepło, woda wesoło migotała. Myślę, że jezioro czuło się wtedy tak jak my, gdy wyjadą z naszego domu goście. Wprawdzie ich lubimy i było nam z nimi miło to jednak na nowo i z radością odkrywamy uroki spokoju, zakątki naszego domu i doceniamy to co mamy. Jezioro było ewidentnie zadowolone. Pachniało też pięknie – mam w pamięci ten zapach-pomieszanie zielonej trzciny z wilgocią powietrza i nutką melancholii. Siadałam na brzegu albo na pomoście, moczyłam czubki palców i spod przymrużonych powiek obserwowałam migocącą wodę. Po tafli jeziora biegały nartniki, gdzie niegdzie plusnęła ryba a młode łyski i perkozy spokojnie, z odwagą przeżytego pierwszego lata wypływały z trzcin już bez opieki swojej mamy. Patrząc tak wiedziałam, że kończą się wakacje i przez pewien czas rzadziej będę zaglądała nad jezioro. W głowie miałam jeszcze obrazki z lata , spokój i świadomość, że trzeba zabrać się do „roboty”. Potem stawało się coraz zimniej, z drzew spadały ostatnie liście a biedne jezioro było smutne i zziębnięte. Listopad to chyba najgorszy miesiąc nie tylko dla ludzi ale też dla mojego jeziora. Nie przystrojone ani w słoneczne promienie, ani w zieloną szatę przybrzeżnych krzaków i drzew ani nawet w białe futro śniegu wyglądało jak uboga krewna, która nie ma nam nic do zaoferowania.

Stopniowo z szaroburej biedaczki przeistaczało się w zaklętą, lśniącą nieskazitelną bielą królową śniegu ZIMĘ. Kiedyś tego śniegu było dużo, dużo więcej. Biegałyśmy z Anką nad jezioro i robiłyśmy orły, bałwany i inne cuda. Wracałyśmy do domu z mokrymi nogami, bo śnieg wpadał nam przez buty do środka. Było pięknie. Wszystko białe, bez ruchu, skrzące się i skrzypiące pod nogami. Wchodziłam na taflę jeziora bez szaleństw, ostrożnie i z szacunkiem. W końcu pozwalało mi ono stąpać po swojej powierzchni bezkarnie. Miałam świadomość, że pod twardą skórą lodu toczy się, wprawdzie uśpione ale jednak życie. Woda jak krew w żyłach krąży a zwierzęta czekają na lepsze dla nich czasy. Do dzisiaj pamiętam, gdy szłyśmy wraz z Mamą wydeptaną przez rybaków ścieżką po jeziorze. Zachodziło czerwono słońce, rzucając różowy blask na otaczającą nas białą powierzchnię. Przy nas, zapadając się raz po raz w śnieg biegł na swoich krótkich nóżkach mój pies, towarzysz dziecięcych przygód. Nos zamarzał, oczy bolały od blasku, ale wszystko we mnie cieszyło się z takich widoków. Byłam podekscytowana. Nie istniało nic poza jeziorem, Mamą i mną. Zimą chodziłam nad jezioro na łyżwy. Zazwyczaj byłam sama. W ciszy próbowałam wykonać kolejne kółka. Nieraz lądowałam na pupie i boleśnie odczuwałam, że woda faktycznie miała stały stan skupienia.

Po zimie, jak to zwykle bywa przychodziła WIOSNA i nowy etap w rozwoju jeziora. Mocniej grzało słońce, lód pękał, topił się aż wreszcie znikał. W powietrzu czuć było rodzącym się nowym życiem. Jezioro, ptaki i ludzie zaczynali się żwawiej ruszać w oczekiwaniu na coś nowego. Nową miłość, może nową podróż lub po prostu coś nowego, innego niż zwykle. Dookoła jeziora znowu robiło się zielono, wesoło i ciekawie. Ptaki rozglądały się za miejscem na założenie gniazda, zakochane pary plątały się po przybrzeżnej ścieżce a na cypelku, u ujścia kanału w promieniach wiosennego słońca wygrzewali się, gadali i podobno łowili ryby różni ludzie. Wiosna nad jeziorem niosła nadzieję na wakacje, na przygodę, na pieniądze od turystów, którzy lada chwila znowu ściągną na Mazury. W powietrzu czuć już było grupami niemieckimi, żeglarzami i mamusiami, które wylegiwały się na trawiastej plaży spod oka obserwując swoje pociechy. Wszyscy czekali na lato. W takich dniach mnie pochłaniało podglądanie ptaków. Przez ojcowską lornetkę obserwowałam łyski – czarne kaczki z białymi główkami, które pracowicie z gałązek, trzciny i czegoś tam jeszcze najpierw budowały gniazdo, potem wypełniały je jajeczkami, by wreszcie pokazać światu swoje nowe nieporadne i brzydkie potomstwo. Właśnie wiosną najwięcej uwagi poświęcałam przyrodzie – ptakom, roślinom a także trzeba to jasno powiedzieć pierwotniakom. Świetnie łapało się wtedy pantofelki, które po kilku dniach hodowli w domu można było oglądać pod mikroskopem i maltretować różnorodnymi stężeniami detergentów, by potem jasno dowieść, że duża ilość wpuszczanych do mojego jeziora proszków i innych świństw źle wpływa na jego faunę. Ciekawe ile pantofelków uśmierciłam, by napisać tę swoją para- naukową pracę z ekologii. Chyba właśnie z miłości do jeziora zostałam później biologiem.

Po wiosennych zalotach, rozkwitach i świeżej zieleni następowało oczekiwane przez wszystkich LATO. Eksplozja możliwości jeziora. Było wtedy hojne i cierpliwe. Przyjmowało na swoje łono wszystkich – mądrych i głupich, bogatych na motorówkach i biednych wpław, leniwych na leżakach nad brzegiem i aktywnych rozpryskujących jego wodę piórem wiosła, zakochanych, obejmujących się pod wodą rękami, potem uciekających do pobliskiego namiotu i tych złych na Nie, że nie jest Riwierą Francuską. Ile uczucia krążyło latem dookoła mojego jeziora. Wydaje mi się, że nie było osoby, która patrząc na drżącą taflę jeziora nie poczułaby potrzeby miłości, romantyzmu i drugiej osoby. Wszystkie moje młodzieńcze zakochania miały z letnim jeziorem wiele wspólnego. Latem uwielbiałam zanurzyć się w toń wody, ale nie w południe, gdy było gwarno i można było zarobić piłką plażową w głowę albo zderzyć się z kimś, komu także zachciało się akurat pływać. Ja chodziłam pływać późnym popołudniem lub wieczorem. Wchodziłam do wody powoli, by nie zburzyć jej bezruchu. Zanurzałam się i spokojnie w pełnej harmonii z otaczającą mnie przyrodą płynęłam. Czułam, że nie jestem kimś obcym i jezioro przyjmowało mnie jak najbliższą mu osobę. Nie zwracało na mnie uwagi, nie broniło się ani nie starało się mi niczym zaimponować. Było spokojne o siebie i o mnie. Przyjemność samotnego pływania w letnim jeziorze to chyba jedna z największych przyjemności, jaka spotkała mnie w życiu. Na Jana wypływałam prawie na środek jeziora, by zostawić tam upleciony wianek. Łowiłam ryby na cypelku i pływałam kajakiem obserwując prywatne życie ptaków w trzcinach.

I tak niespodziewanie, zupełnie nieoczekiwanie, jakby nikt nie wiedział, że tak będzie stawała się jesień... I koło się zamykało.

Jezioro rok po roku, pora po porze wnikało we mnie i moja krew chyba zmieszana już była ze słodką, pachnącą wodą jeziora. Aż do momentu, gdy wraz z dorosłością zostałam pozbawiona złudzeń. Wraz ze złudzeniami zostałam pozbawiona mojego jeziora, jego brzegu, ścieżki przy nim, trzcin i ptasich zalotów na wiosnę. Straciłam możliwość pokazania jeziora dzieciom, które nie rozumieją już moich uniesień. Teraz szukam nowego brzegu, nowego jeziora, z którym choć troszkę mogłabym się zaprzyjaźnić. Ale to już chyba niemożliwe. Nigdzie nie znajdę tych samych chwil, miejsc i klimatów. Jezioro i brzeg zostaną na zawsze w mojej pamięci i sercu. Stamtąd będę czerpać siły i wierzyć, że nie wszystko jeszcze stracone.....

Beata z drugiego brzegu

 

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.